Asaf Avidan. Mówi Wam to coś?
Większości pewnie kompletnie nic, podobnie jak mi. To teraz wrzućcie sobie w jakiś odtwarzacz, wyszukiwarkę utwór Reckoning song. I co? Znacie? Jasne że znacie. Gość miał kupę szczęścia że błysnął tym jednym kawałkiem, zdobył na tyle dużą popularność, że koncertuje, nagrywa, jeździ po świecie i bynajmniej nie jest artystą tego jednego przeboju. Może po prostu nie potrzebuje więcej takiego rozgłosu. Tam zresztą chodziło o remiks, który bardzo mocno odbiega od oryginału.
Gdy słuchasz jego emocjonalnych numerów myślisz sobie: kurcze to takie intymne, osobiste, nie banalizujmy tego, nie wsłuchując się w słowa, a jedynie bujając do rytmu, bo melodia fajna.
Proszę Państwa - kolejne moje odkrycie muzyczne, którym chcę się podzielić: Asaf Avidan. Wow! Co za głos! Ta chrypka, a jednocześnie te wysokie tony.
Pierwsze skojarzenie: Macy Gray! Ale przecież to mężczyzna, tyle że jego specyficzny, androgeniczny, wyjątkowy głos tworzy tu magiczną barwę. Izraelczyk jednak wnosi tu dużo więcej: swoją wrażliwość, doświadczenie, ból, emocje, którymi się dzieli, to nie eksperyment, muzyczna zabawa, tylko coś bardzo, bardzo osobistego co czuje się od początku. I choć wybrałem nie jeden z albumów studyjnych jako temat, tylko płytę z koncertu, warto po prostu poszukać jego muzyki w większej dawce. Ten krążek po prostu zbiera różne jego mniej lub bardziej znane numery, pokazuje też charyzmę, jaką czuje się od samego początku.
A muzycznie? Niby pop, ale w wyczuwa się energię bluesa, soulu. To tak jakby ktoś próbował połączyć Bowiego, Cohena z Janis Joplin, czy Plantem. W większości raczej numery spokojne, balladowe, tyle że to niby wrażliwość songwritera, rozmach jednak dużo większy, bardziej performance, niż kameralne spotkanie.
Po prostu posłuchajcie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz