wtorek, 21 kwietnia 2026

Zmienić coś w życiu, czyli Młode matki i Łobuz

Dziś podwójna dawka filmów dla wytrawnych kinomaniaków, może coś Was zainteresuje, to pozycje świeże które albo dopiero się pojawiają albo wkrótce będą na ekranach. 
 

Bracia Dardenne przyzwyczaili nas do historii, które niektórym mogą przypominać jakieś paradokumentalne seriale telewizyjne, w których podglądamy życie zwyczajnych ludzi, ich dramaty. Tyle że ich nie interesuje jedynie "dobra historia", wzruszenie widza, raczej chcą wzbudzić empatię, zainteresować tym, że ktoś wokół nas może przeżywać jakieś trudne sytuacje, no i czasem punktuje luki w systemie pomocy. Choć akurat mam wrażenie że nie w tym przypadku. Tu wsparcie jest potężne, ale bohaterki czasem są tak pełne lęku, wiary w siebie, że niestety nie wszystkie wychodzą na prostą i próbują zbudować coś dla siebie i dla tej małej istoty, którą noszą pod sercem.  

To co chyba najbardziej uderza nas to fakt iż wiele z tych dziewczyn, powiela losy swoich matek, które je porzucały albo fundowały dzieciństwo którego nikomu by się nie chciało polecić. Czy więc można się dziwić, że czasem wolą zrobić to samo, mając nadzieję, że w rodzinie ich dzieci znajdą więcej szczęścia niż one? 
 
Dobry dramat społeczny! Mimo że pewnie większości to nie są profesjonalni aktorzy, trudno się do czegokolwiek przyczepić, po prostu wierzy się w to co widzimy, trochę jakby to był dokument, w którym pozwalają nam towarzyszyć zarówno w chwilach gdy przeżywają szczęście jak i kryzys. Mają po kilkanaście lat, a znalazły się w sytuacji która ja przerasta. Pełne nadziei, ale nie raz też jej pozbawiane, uczące się bycia silnymi, choć przecież mają prawo do słabości. 

Surowe, ale pełne empatii. I mimo że nie wszystkie historie są szczęśliwe to film daje też nadzieję. Może jedynie wątek z uzależnieniem jakoś tak zafundowany wydawałoby się zbyt prosto. No i rozdzielenie naszej uwagi na kilka bohaterek może trochę osłabiać emocjonalną siłę oddziaływania. 

Jakby co polecam!

 

Z Łobuzem mam ciut większy problem. Może z powodu nieoczywistości bohatera. Debiut reżyserski Harrisa Dickinsona i świetna rola Franka Dillane’a mają w sobie jakąś bezczelność, przełamanie schematu - nie będzie tak jak byś się tego spodziewał...

To historia młodego chłopaka, który żyje na ulicy od dłuższego czasu, ale wciąż nie traci nadziei że znajdzie jakiś sposób na zmianę swojego życia. Nie pogrąża się tak bardzo w używkach jak wielu jego współtowarzyszy, wciąż potrafi być subtelny, sprawiać dobre wrażenie. Wciąż ma jednak w sobie jakąś niedojrzałość, która nie pozwala mu zbyt długo trwać w "porządnych" ramach, wymagających od niego jakiegoś dostosowania się, rutyny, zasad.  
Gdy ma z tego szybką gratyfikację, wszystko jest fajnie, szybko jednak się nudzi, woli wybrać lenistwo, luz, zabawę niż obowiązki i zobowiązania. 

Choć więc chciałoby mu się kibicować, jednocześnie widzimy że nie można mu ufać, wierzyć w jego obietnice. Głód bliskości, radość z szansy jaką może dostać, szybko przeradza się w agresję, jakby go próbowano więzić... A nikt nie ma takiej cierpliwości jaką mają opiekunki z ośrodka z pierwszego filmu, o jakim dziś opowiadałem. Można więc zadać sobie pytanie w którym z obrazów jest więcej prawdy: czy można liczyć nie tylko na ofiarowaną szansę, ale i towarzyszenie w tym by zmiana mogła się utrwalić, by zaufać, a nie wciąż traktować kogoś podejrzliwie i z dystansem. Bo tu nie chodzi o poprawność polityczną, a o prawdziwe życie i empatię. 

Ciekawe! I warte uwagi kino! Nawet w agresji tego chłopaka czujemy jakąś kruchość, jakby zagubienie - ja po prostu inaczej nie potrafię...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz