O filmie z Ryanem Goslingiem jest głośno i trzba przyznać, że wizualnie robi on wrażenie. Po Marsjaninie kolejna ekranizacja powieści Andy’ego Weira może okazać się sporym przebojem, mimo tego, że fabularnie jest to dość miałkie. No nie obrażajcie się, ci którym się to podobało, którzy się wzruszali na filmie, ale naprawdę historia jest dość prosta, nie ma w niej jakichś większych zaskoczeń, a to balansowanie między komedią a tragedią wiszącą nad ziemią, wcale nic dobrego nie wnosi. Ten humor może i wnosi trochę luzu, skutecznie jednak likwiduje jakiekolwiek napięcie, którego w sumie po filmie z wątkiem katastroficznym raczej bym oczekiwał.
Fizykiem nie jestem więc nie wypowiem się na temat naukowego prawdopodobieństwa, podejrzenia mam jednak spore, że to wszystko mocno wyssane z palca.
Ziemi grozi niebezpieczeństwo i jedynym sposobem jest wysłanie załogi, która znajdzie na innej planecie rozwiązanie problemu i przekaże to rozwiązanie by wszystkich uratować. Misja jest delikatnie mówiąc samobójcza, bo wszyscy sobie zdają sprawę, że wrócić nie ma jak, nikomu więc się nie uśmiecha do niej dołączać. I mamy uwierzyć, że zostaje do niej zmuszony człowiek, którego jedyną zasługą jest dość kontrowersyjna teoria, która akurat okazała się pomocna w badaniach nad nadciągającą katastrofą, trochę ekscentryczny nauczyciel, luzak, który nie przeszedł żadnych testów.
A co tam.
Lepiej nie analizujcie tej fabuły tylko skupcie się na tym co wysuwa się na pierwszy plan, czyli relacji jaka nawiązuje się pomiędzy człowiekiek a obcym, który znalazł się w bardzo podobnej sytuacji. Od samotności i desperacji, przechodzą w błyskawiczny sposób do prób porozumienia, zbudowania współpracy. Ba! Szukania rozwiązania ich problemu i wypełnienia misji!
W efekcie dostajemy nie tyle poważne S-F tylko kino familijne o przyjaźni, poświęceniu, w którym nawet jak pojawia się zagrożenie, to szybko trzeba je rozładować humorem.
Czy czuję się rozczarowany? Na poziomie dziecka, które każdy chyba z nas w sobie nosi, miałem frajdę, ale jako widz tęskniący by jednak gatunek traktować trochę poważniej niż jedynie kino rozrywkowe w którym można wcisnąć każdy kit, mam w sobie sporo rozczarowania.
W kinie myślę że będzie robić większe wrażenie niż na małym ekranie, więc jakby co: mimo wszystko namawiam na seans.

O ile Ryan Gosling w projekcie Hail Mary trochę robi z siebie pajaca, to druga propozycja jest przegięciem w drugą stronę. George Clooney nie dość że mocno postarzony, gra tu człowieka, który prawie nie okazuje emocji, chyba że oczami. Czujemy w nim jakiś upór, cierpienie, determinację, choć nie do końca rozumiemy wszystko co za nimi stoi.
I to pierwszy minus filmu: tówrcy nie podejmują próby wyjaśnienia powiązania scen z nadlatującego statku kosmicznego oraz z ziemi ogarniętej jakąś katastrofą klimatyczną, tym samym odbierając trochę również sens działania bohatera. Wszystko do finału ma być tajemnicą, a jak stanie się jasne, zrozumiemy jego wielkie poświęcenie i motywy. Tyle że to nie działa.
Dawno nie widziałem tak nudnego filmu S-F czy katastroficznego i bynajmniej nie chodzi jedynie o nieustanne wracanie do umęczonej twarzy Clooneya i jego wciąż taki sam wyraz twarzy. Choćby atakowały niedźwiedzie, waliły się lodowce, nadciągały burze, emocji starcza na kilkanaście sekund i wszystko wraca do jakiejś dziwnej atmosfery przepełnionej mieszanką rezygnacji, porażki i postanowienia że mimo wszystko spróbuje się zrobić ostatnią rzecz w życiu, choć i tak nie wierzy się w powodzenie. Bohater, starszy naukowiec, brnie z napotkaną przez siebie dziewczynką, ratując jej życie, przez jakieś lody, śniegi, w sumie nie wiadomo po co, skoro równie dobrze mogliby po prostu czekać na finał w ciepłej i bezpiecznej bazie. Cały czas się nam sugeruje, że wszyscy pozostali ludzie Ziemię opuścili, a ta dwójka po prostu została, jakby na własne życzenie. Nikt po nich raczej nie przyleci, choć początkowo może się wydawać iż właśnie po to próbują nawiązać kontakt z nadlatującym statkiem.
Na plus fragmenty filmu jeżeli chodzi o zdjęcia i ich klimat, może muzyka. A reszta? Ktoś tu chyba miał ambicję stworzyć coś na miarę Drogi McCarthy'ego, ale tu nawet ta więź wypadła jakoś blado i mało przkonująco.
Szaro, smutno, nudno.
Odradzam. Szkoda czasu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz