niedziela, 12 kwietnia 2026

Null - Szczepan Twardoch, czyli brutalność i szaleństwo wojny

O tej powieści trudno pewnie będzie mi coś napisać. Bardziej mam wrażenie się ją odczuwa i przeżywa niż analizuje i ocenia. Szczepan Twardoch nie raz już w swoich powieściach dotykał spraw tożsamościowych, wrzucał swoich bohaterów w sytuacje, gdzie byli zmuszani do rewizji różnych swoich systemów wartości i zasad, burzył ich światy. I tak jest i teraz. Można powiedzieć że to książka o wojnie na Ukrainie, ale przecież nie jest to reportaż, nie jest to analiza geopolityczna, nawet trudno powiedzieć, by jednoznacznie biła z niej pewność co do przekonania walki o sprawę. To raczej powieść o człowieku, którego wojna zmienia. Zobojętnia, wypełnia jakimś przedziwnym stanem zawieszenia. Lękiem który obezwładnia, ale i złością na cały świat. Na tych po drugiej stronie, na siebie, na kolegów z oddziału, a przede wszystkim na tych, którzy w garniturach przesuwają pionki ich armii po mapie, kompletnie nie wiedząc co na froncie się dzieje.  
 
Ta wojna pokazuje też jak bardzo zmieniają się zasady jej prowadzenia i jej realia. Śmierć może przyjść zupełnie z zaskoczenia z powietrza, choć jest wymierzana bardzo celnie, nie na ślepo jak kiedyś. To już nie są bomby i rakiety, ale drony, kamery, satelity. Armie zamiast się przesuwać raczej tkwią w miejscu, tygodniami siedząc w okopach i schronach, po jednej i po drugiej stronie linii frontu. Sukces pójścia do przodu jest pozorny, bo w każdej chwili możesz zostać odcięty od jakichkolwiek dostaw, zdany na siebie, sam już nie wiedząc czy lepsza będzie śmierć na miejscu czy tortury, które czekają jeńców.  

Twardoch, choć może nie walczył na pierwszej linii, wie o czym pisze, rozmawiał z tymi ludźmi, dostarczał im pomoc, więc opisuje realne doświadczenia żołnierzy, spisuje ich opowieści, wplatając je do fabuły. Może dlatego lektura jest tak wciągająca. Z jednej strony przepełniona jakąś depresyjnością, fatalizmem, przesądami, a z drugiej przekonaniem że tak właśnie trzeba, że nie można pozostać obojętnym gdy wróg chce zniszczyć i odebrać twoją wolność. 
To ludzie mający świadomość, że by przeżyć zmuszeni są inwestować własne pieniądze albo prosić o pomoc w zdobyciu kamizelek, dronów, sprzętu, bo tego wciąż brakuje. Niezależnie czy to ochotnicy z innych krajów, czy sami Ukraińcy, próbują szukać sensu w tym co przeżywają, odbierając człowieczeństwo wrogowi, próbując zapomnieć o tym że to ludzie podobni do nich. Mówią o nich "pidary", choć mają świadomość że sami pewnie podobnie są postrzegani: jako faszyści, jako ludzie nie zasługujący na to by dalej żyć. 

Niewiele tu miejsca na przechwałki, na bohaterstwo, czymś powszednim są raczej błędy i głupia śmierć, której można by było uniknąć. Trzeba jakoś mimo strachu funkcjonować, trzeba wykonywać misję, bo jeżeli nie ty to ktoś inny. A przecież wy jak bracia. Wszyscy jesteście w tej samej dupie. Czarnej. Pochłaniającej. Bo nawet jeżeli większość czasu jedynie czekacie, to świadomość tego co może w każdej chwili się zdarzyć, wciąż wisi w powietrzu. 

Bez idealizowania i machania flagą. Mocno. Brutalnie. 

Niełatwo to się czyta, nie tylko ze względu na język, pełen wtrąceń ukraińskich, przekleństw, czy technikaliów. To jednak lektura która mocno osiada w głowie i w sercu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz