Drugie spotkanie na żywo z zespołem Hańba! tym razem jednak w zupełnie innym klimacie, bo współpraca z Hiobem Dylanem sprawiła, że ich wspólna trasa nie odbiera im energii, na pewno jednak trochę zmienia nastrój i muzykę.
Zamiast jednego koncertu mamy więc aż 3 odsłony: najpierw Hiob Dylan ze swoim repertuarem, potem Hańba! z tym do czego nas już przyzwyczaiła, a na końcu grają razem numery ze wspólnej płyty. Folkowa melodia i punkowska energia w połączeniu z country i folkowymi, prostymi numerami opartymi na banjo? Okazuje się że to wcale nie tak niemożliwe jak by się mogło wydawać. Co prawda wspólny repertuar to głównie zasługa gościa, który jest znany z tego że występuje w głowie wilka, mam wrażenie że chłopaki jednak fajnie poczuli się w tej trochę innej odsłonie muzycznej i dołożyli do tego trochę swojej wściekłości.
I wiecie co? Aż trudno mi powiedzieć która z tych 3 części koncertu była najlepsza.
Pewnie najsłabiej wypadła część Hioba, ale to bardziej kwestia techniczna, bo bas zdominował wszystko i te wibracje mocno psuły zabawę. Banjo z altówką po prostu gdzie niknęły w tle, a przecież ta muza ma w sobie jednak nie tylko melodię, ale i większą łagodność, nie trzeba tego aż tak bardzo podkręcać dudnieniem rytmu... Może niektórzy to lubią, ja niekoniecznie. Doceniam ironiczne teksty, zabawę do której zaprasza Hiob Dylan z przyjaciółmi i nawet jeżeli nie do końca muzycznie to moja bajka, w tej atmosferze klubowej sprawdzało się to bardzo fajnie.
Hańba! to bomba energetyczna i tu w sumie było bez zaskoczenia. Czy to znaczy że słabo? Oj nie!!! Było skakanie, wspólne śpiewanie, był przekaz który chyba jednoczył całą publiczność. Dodajmy że bardzo różnorodną wiekowo i środowiskowo. Nawet jeżeli nie zawsze jakoś czuję ten radykalizm i ostrość przekazu, to oni są bardzo celni w tym by łączyć poezję i opowieść o przeszłości z tym co może być ostrzeżeniem dla nas i dziś. Antywojennie, antyfaszystowsko, ze zwróceniem uwagi na los tych, o których historia często zapomina, bywają traktowani jako mięso armatnie albo tania siła robocza, która ma pracować na kolejne wille tych którzy ją zatrudniają. Bandżo, akordeon, klarnet, suzafon, instrumenty perkusyjne potrafiły nie tylko nas rozbujać, ale i uruchomić pogo na środku niewielkiej sali. Bo też tak to jest z tą kapelą, słucha się tych tekstów, wchodzą one jednak mocno w krwioobieg, doprowadzają do wrzenia. Międzywojenna Polska staje się lekcją, której najwyraźniej nie odrobili wszyscy, skoro wchodzą w te same buty hurrapatriotyzmu, decydowania o tym kto jest lepszym człowiekiem i dbania jedynie o interesy najbogatszych. Punkowa energia, nic dodać nic ująć.
No i wreszcie okazuje się, że na scenie składy się mieszają, krążą wymieniane banjo, przeplatają się wściekłe rytmy i melodie bardziej przypominające bluegrass, wokalnie też obaj panowie świetnie się uzupełniają. No i tak od Hau Hau, Za kim idziesz ziom, aż po Polskę B, przechodzimy przez prawie cały materiał płyty. I o ile wcześniej było gorąco i czuć było świetny kontakt między publiką i artystami, to teraz staje się wręcz wybuchowo.
Nie wiem czy to właśnie nie najlepsze fragmenty koncertu, choć czuje się już trochę nogi i zmęczenie po dwóch godzinach, oni wciąż podkręcają tempo.
Takie koncerty długo się wspomina... Może jakiś materiał znajdę na YT, choć na żywo jest duuużo lepiej od razu mówię!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz