Dziś we wtorkowym kąciku wytrawnych kinomaniaków dwie produkcje, które niby się różnią, znowu jednak w zagadkowy sposób się dla mnie łączą, bo dotyczą życia uczuciowego, tego jak szukamy, jak czasem czujemy się zagubieni, nie bardzo potrafiąc podjąć decyzję.
MIŁOŚĆ Daga Johana Haugeruda to część jego większego projektu, trylogii w której wciął na warsztat temat przeżywania miłości, emocji. Skandynawowie potrafią opowiadać o takich sprawach bez specjalnego skrępowania – seks bez zobowiązań wydaje im się taką samą opcją jak i przysięga małżeńska. Wszystko zależy od Ciebie: czego potrzebujesz i na co jesteś gotowy. I nie myśl o tej drugiej połowie, bo to Ty jesteś najważniejszy. Brzmi egoistycznie? Ktoś inny by powiedział że to droga do lepszego zdrowia psychicznego, tylko pytanie czy na pewno daje to szczęście, czy sprawia że mamy w sobie mniej obaw, mniej kompleksów, czy jakoś z większą odwagą staramy się zawalczyć o uwagę kogoś kto wpadł nam w oko.
To film naprawdę raczej dla wytrawnego widza, bo też pozornie niewiele się w nim dzieje, to podglądanie bohaterów w dość prozaicznych sytuacjach, temat zaangażowania się emocjonalnego jednak wciąż powraca. Jakie to ma dla nas znaczenie? Wolimy być z kimś czy sami? Czy to tylko kwestia rozładowania napięcia seksualnego i czy to właśnie ta sfera jest najważniejsza?
Bohaterami Miłości Haugerada są pracujący w jednym gabinecie lekarka neurolog (heteroseksualna singielka) i pielęgniarz gej, wokół nich jednak będą krążyć też inne postacie, pokazując nam różne wizje rozumienia relacji, związku, rodziny.
Dość subtelnie, spokojnie opowiedziane, raczej do refleksji niż do zachwycania się warstwą wizualną czy samym scenariuszem. Ale ciekawe!
PS nie oczekujcie scen! Oglądamy więcej rozmów o seksie niż jego uprawiania.
Przepis na szczęście może Was zaskoczyć z trochę innego powodu. Dylematy prawie czterdziestoletniej kobiety, szefowej kuchni u progu wielkiej szansy jaką jest otwarcie własnej restauracji, chwilami mające ciężar niezłego dramatu czy kina z zacięciem psychologicznym (niespodziewana ciąża, rodzice którzy zaczynają chorować i potrzebują wsparcia) przeplatane są bowiem wstawkami niczym z musicalu. Ot tak. A co? Nie wolno? Reżyserowi wszystko wolno.
Mamy więc bohaterkę, która wyrwała się z malutkiej mieściny, gdzie rodzice prowadzą bar dla kierowców, a teraz wraca do nich na chwilę i musi trochę skonfrontować się z tym jak ją wszyscy postrzegają. Nie tylko dlatego, że jej się udało, że jest znana, ale też że zaczyna zadzierać nosa, udawać że przysmaki prowincji to jest niższy poziom kultury kulinarnej. Francuzi jak wszyscy wiemy mają trochę do powiedzenia na temat kuchni i jedzenia (albo uważają że mają), łatwo więc kogoś urazić, zostać oskarżonym o schlebianie gustom bogaczy i modom, a nie prawdziwemu jedzeniu. Do tego spotkanie z dawną miłością, kłótnia z obecnym partnerem - nie są to łatwe dni dla kobiety. Choć widzi że ci którzy zostali w jej rodzinnych stronach nie zbili wielkich majątków, ale czy to znaczy że jest od nich szczęśliwsza? Że wybrała lepiej? Jaką cenę płaci się za pęd za marzeniami...
Niby kino obyczajowe, nic wielkiego, taki powrót do czasów młodości i chwila zatrzymania w pędzie, w którym bohaterka od dawna tkwi, ale te sceny muzyczne nadają trochę lekkości i oryginalności filmowi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz