sobota, 18 lipca 2026

Riddley Walker - Russell Hoban, czyli co po wielkim BUM

Widzę, że ostatnimi czasy lektury trochę układają mi się w jakieś ciągi tematyczne albo klimatyczne i tak po Listonoszu, a przed lekturą Kantyczki dla Leibovitza kolejna postapokalipsa. Wyjątkowa może nawet nie tyle ze względu na fabułę, ale na pomysł, na język. 

I to powiem że robi największe wrażenie. Zarówno jeżeli chodzi o autora, jak i tłumacza, który musiał wznieść się na wyżyny kreatywności. To jedna z takich powieści, która nabiera nowego życia w każdym z języków w jakim jest wydana, trzeba bowiem mistrzostwa by uchwycić ten koncept, klimat, nie przekombinować. 
 
W sam muj DzieńImienia, jakem skończył ja rokuf 12, ruszyłem ja z dzidom wrenku na szpicy po chodu i ubiłem dzika, coto chyba był ostatni dzik na Krajnych Wzgużach, takczy siak dzikuf ode dawna w ogóle aniwidu, tensie dopiero pszy trafił, a wiencej ich tesz jusz nie ma cosie spodziewać.

Tak brzmią początkowe fragmenty i tak też wygląda cała książka. Autor bowiem postanowił pokazać upadek cywilizacji nie tylko w tym że utracono dotychczasowy komfort życia, infrastrukturę, ale również wiedzę, język, kulturę...



To co dawne przebija mgliście w jakichś wspomnieniach, ale zmienione niczym w zabawie w głuchy telefon. Wszystko jest podporządkowane utrzymaniu ludzi w posłuchu, a opowieści o katastrofie, jej przyczynach jako ostrzeżenie przekazywane są w sposób dostosowany do sposobu myślenia prostych ludzi. To przedstawienia kukiełkowe, bajka dla dorosłych, które jeżdżą od jednego skupiska ludzkiego do kolejnego. Mity, które organizują kulturę, wspomnienia, wiedzę, ale i jak czujemy są też narzędziem do manipulacji. Są bowiem tacy, którzy "wiedzą więcej", uważając jednak że wszystkim ta wiedza niepotrzebna. Plebs trzeba ostrzegać iż "mundrość" prowadzi do zguby.

To społeczeństwo ma formę wspólnot koczowniczo-myśliwskich, ale już widać że przeradza się to w osadnictwo, a jednocześnie obserwować można iż są tacy, których ambicje władzy wykraczają poza jedną osadę.  

Język ma więc tu ważne znaczenie - dostrzegamy w nim ślady dawnych słów, nazw geograficznych, pojęć naukowych, ale znaczenie jakie im się nadaje często jest zupełnie odmienne. Wszystko jest uproszczone, chwilami może wydawać się zabawne, ale im dalej brniemy w tekst, wcale nie jest nam do śmiechu. Jest to bowiem opowieść o tym jak władza ingeruje w wykorzystanie zdobyczy nauki, a potem obwinia o wszystko tych, którzy dostarczyli jej narzędzi do katastrofy.  
 

Niby do fonetyczności języka i złamania reguł ortografii można się przyzwyczaić, ale to i tak niełatwa lektura, pewnie raczej dla wytrawnego czytelnika, bo też czasem mniej istotne od samej fabuły jest tu rozgryzanie wszystkich detali opowieści, wizji, refleksji jakie rodzą się w bohaterze tej powieści. One stanowią klucz do jej odczytania.

Warto, choćby ze względu na mistrzostwo tłumaczenia.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz