
Oto świat, w którym z dnia na dzień odebrano kobietom wiele praw - zwolniono z pracy, zablokowano konta, samotne skierowane do specjalnych placówek gdzie miały przygotowywać się do swej przyszłej roli matki. W świecie podporządkowanym mężczyznom i w dużej mierze pełnym hipokryzji, znaleziono też sposób na problem bezpłodności wielu kobiet - po prostu młode i zdolne do rodzenia, przechodzą z domu do domu, gdzie mają służyć jako "naczynie", najpierw do zapłodnienia, a potem do wydania potomka na świat. Porządku pilnują uzbrojone straże, wszystko przypomina państwo policyjne, gdzie każdy może na ciebie donieść, a w efekcie albo wykonają na tobie karę śmierci albo wylądujesz w obozie pracy, gdzie skonasz od głodu i chorób. Nic nowego?
Nowe o Atwood na pewno jest to skupienie się na sytuacji kobiet. Niewiele dowiemy się na temat tego jak żyje się mężczyznom z klas niższych (poza tym, że wcale nie jest łatwo uzyskać zgodę na założenie rodziny i teoretycznie obowiązuje ich abstynencja seksualna), tak naprawdę niewiele też dowiemy się o zasadach rządzących tym światem, ani o tym jak doszło do takiego przewrotu. Możemy przypuszczać iż był on efektem wojny, kryzys wykorzystała grupa, która miała jakąś wizję, po czym z pełną determinacją zaczęła to wdrażać, za wszelkie odstępstwa każąc jak najsurowiej. Niby mamy parę scen pokazujących nam ciała wiszące na murze, czy też świetnie uchwycone "seanse nienawiści", ale to nie wizja świata była dla autorki najbardziej interesująca. To co nam pokazuje to przede wszystkim sposób myślenia głównej bohaterki, powolny proces zacierania się wspomnień o tym co było przed, zobojętnienie na poniżającą sytuację, wszelkie cierpienie i strach, funkcjonowanie niczym lalka, która nie ma prawa do własnego życia i uczuć. Jest w niej jeszcze jakaś resztka siły psychicznej, nie poddała się całkowicie, a przynajmniej takie sprawia wrażenie gdy dostaje chwile na to, by zapomnieć o sztywnych zasadach. Tyle, że nadal nie widać szansy na wyrwanie się z tego systemu.

Koleżanka po lekturze stwierdziła, że to ramotka, że nie ma tam nic odkrywczego. Ale coś mi się wydaje, że to tak jak z Orwellem - wtedy na pewno był bardziej wstrząsający, można go wciąż jednak czytać, odkrywać w nim nie tylko ostrzeżenie na tamte czasy lecz i na dziś, na jutro. Pytanie tylko jakie wyciągamy z tego wnioski...
Fot. Ewa Milun-Walczak. Dzięki za możliwość upiększenia moich notek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz