wtorek, 19 listopada 2013

Martyna Jakubowicz - Burzliwy błękit Joanny, czyli kobiecość i delikatność

Już wczoraj wspomniałem co w ostatnich dniach zagościło u mnie w głośnikach. Od kilku dni wsłuchuję się w najnowszą płytę Martyny Jakubowicz. Pamiętacie? Pewnie pokolenie słuchające muzy w latach 80-tych i 90-tych lepiej będzie kojarzyć ten głos i tę postać. Pani Martyna nie tylko dalej śpiewa, nagrywa, ale i potrafi zaskakiwać. Od zawsze kojarzyła mi się z bluesem, z tekstami śpiewanymi spokojnym, ale i mocnym głosem - do Dylana, któremu złożyła już kiedyś hołd muzyczny, pasowało to jak ulał. A teraz otrzymujemy kolejną płytę będącą ukłonem dla innej gwiazdy. Jak sprawdza się Martyna w delikatnych, troszkę zwiewnych piosenkach Joni Mitchell? 
Album ukazał się u nas 7 listopada, w 70-tą rocznicę urodzin artystki z Kanady, a teksty przetłumaczył Andrzej Jakubowicz. 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rosja i narody. Ósmy kontynent. Szkic dziejów Eurazji - Wojciech Zajączkowski, czyli spojrzenie od wewnątrz

W głośniczku snuje się najnowsza płytka Martyny Jakubowicz, a ja znowu już późnym wieczorem, dopiero zabieram się za notkę. Ale tym razem chyba będzie krótko. Nie dlatego, że to mało ciekawa lektura, ale jak dla mnie jedna z tych, o których mi ciężko pisać na szybko. Nie jestem ani historykiem (choć mnie to pasjonuje), ani politologiem, żeby pisać dogłębne analizy, wskazywać na nowe źródła, dyskutować, czy spierać o to czego zabrakło. Przy takich pozycjach po prostu mam kłopot. Mogę powiedzieć jak mi się czytało (w tym przypadku dobrze), mogę wskazywać na najciekawsze fragmenty, czy znalazłem coś nowego (całkiem sporo). Ale tu pojawia się kolejna trudność. Niestety póki co nie zdobyłem tego tytułu w wersji papierowej, czytałem to jedynie na smartfonie w ramach abonamentu Legimi. Czytałem i kląłem. Bo to ewidentnie nie jest lektura na komórkę - zdjęcia, zestawienia statystyczne, mnóstwo dat... Tyle razy ma się ochotę by się cofnąć, do czegoś wrócić, a tu kłopot. Ale nie mogłem sobie odpuścić, bo jednak lektura na tyle była interesująca, że nie chciałem jej porzucać. Męczyłem się, robiłem sobie przerwy, ale wracałem. I nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś do niej będę mógł wrócić.

Oz wielki i potężny, czyli Dorotko wróć!

Już parę dni temu wspominałem, że ostatnimi czasy więcej rzeczy oglądam nie tylko "swoich", ale i tych familijnych. Jedne sprawiają mi więcej frajdy, inne mniej, ale staram się przede wszystkim nimi cieszyć, tak jak cieszą się moje córy. Może nawet o paru książkach wkrótce napiszę - podsuwam, szukam, rozmawiam. Dobrze, że to jeszcze taki czas, gdy bez żenady możemy sobie pogadać o lekturach czy filmach, że nie mają oporów przed wspólnymi seansami (ze starszą idę chyba na maraton z Igrzyskami)...
O filmie Oz trochę słyszałem, dzieci były nawet w kinie i miałem w głowie, że to widowiskowe (chyba było pokazywane w 3D) i sporo się dzieje. Kurcze, jednak na małym ekranie ten film chyba traci połowę swojego uroku.

sobota, 16 listopada 2013

Bojowa pieśń tygrysicy - Amy Chua, czyli a wszystko z miłości

W Stanach książka wywołała burzę, ale jak się okazało na DKK, mimo średniej wartości literackiej, rzeczywiście i w Polsce pobudza do wielu refleksji i prowokuje dyskusję. A więc może spełnia swój cel? Rozumiem, że cel pierwotny, czyli zarobienie kasy udało się zrealizować w 100%, ale co w nas zostanie jeżeli chodzi o emocje? Czy jedynie złość i oburzenie na matkę, która "znęca się" nad dziećmi, czy też rzeczywiście zastanowimy się nad tym co ją popycha do tego by zmuszać dzieci do wysiłku?
Pokazanie różnic w mentalności wielu amerykańskich rodziców, oraz tym co autorka nazywa rodzicielstwem wg. modelu chińskiego, to jakby wartość dodana. Oczywiście jest to przerysowane, ale mimo wszystko jakoś wiele naszych obserwacji i doświadczeń mocno pokrywa się z tym co pisze Amy Chua.

piątek, 15 listopada 2013

Rząd, czyli jaką cenę płaci się za utrzymanie władzy

Weekend zapowiada się jako spędzony na kurowaniu pod kocem, więc może będzie wreszcie chwila na dłuższe poczytanie :) Zwłaszcza, że do czytania sporo, oj narobiło się zaległości, a ja wciąż znoszę nowe rzeczy. Dziś na DKK (rozwija się aż miło) ustaliliśmy lektury na 3 miechy do przodu, więc już książki zniesione i wylądowały na szczycie stosu. Chyba biję własne rekordy: 3 książki papierowe, jedna w wersji audio, jedna czytana na kompie, jedna na komórce. Czyli 6 jednocześnie... Może choć jedną uda się skończyć do poniedziałku. Bo kuszą kolejne, a rozsądek już odmawia.
Ale obok czytania, jest przecież jeszcze drugie moje maniactwo, czyli filmy. Zacząłem przygodę z Lackberg, tym razem w wersji filmowej, kontynuuję Wallandera (cholera, im starszy tym lepszy, ten aktor coraz bardziej mi pasuje, a tak marudziłem przy pierwszym sezonie), a na dziś o jeszcze innym serialu. Porównywanym do House of Cards, ale mam wrażenie, że to trochę inna liga. Bliżej mu raczej do naszej "Ekipy" (kto jeszcze pamięta ten serial?), ale ja mam chyba jakąś słabość do takich historii. To znaczy utopijnych opowiastek o tym, że polityka może być uprawiana w sposób uczciwy, otwarty i jeszcze na dodatek dla dobra ludzie. No normalnie Sci-Fi. W Ekipie doszukiwano się agitki pro-Tuskowskiej, ale pal licho jakiego człowieka by się widziało w głównym bohaterze. Daj Boże żeby wreszcie którykolwiek z polityków, choć trochę starał się być właśnie takim politykiem. Aby przywrócić zaufanie i sens chodzenia na wybory...

czwartek, 14 listopada 2013

Samo voo voo, czyli i tyle mi wystarczy

Od czasu do czasu szukając okazji wysupłuję jakieś ostatnie grosze na płyty, ale chyba równie często jak rzeczy nowe, są to starocie, którymi uzupełniam kolekcje. Najlepsza okazja to trójpak (albo pięciopap). Wiem, że brakuje ładnych wkładek, tekstów, ale ta ile muzy! Za jedną płytę wychodzi około 10-12 zeta. Tak właśnie kupiłem zestaw starszych płyt kapeli, którą uwielbiam, czyli Voo Voo. Zanim wiec w moje ręce trafi najnowsza produkcja ojca i synów Waglewskich, dziś o Samo Voo Voo. Proste, rockowe granie, nieskomplikowane rytmy, ale jak to jest genialnie zagrane, jak ładnie komponuje się w całość. Czterech panów, którzy znają się jak łyse konie, tym żadnych gości i oto muza, która wciąga niczym niejedna wypieszczona produkcja nad którą siedzą dziesiątki speców. No i do tego te teksty. Po prostu uwielbiam Waglewskiego i jego melancholijny, a zarazem bardzo trafny sposób opisywania świata, jego metafory i skojarzenia.

środa, 13 listopada 2013

Chce się żyć, czyli empatia, a nie współczucie

Gdy tylko zobaczyłem zwiastun tego filmu, wiedziałem, że będzie to coś czego nie przegapię. Nie tylko ze względu na kierunek swoich studiów i zainteresowania, ale raczej o to, że wciąż brakuje nam filmów pokazujących w jakiś normalny sposób świat niepełnosprawnych. Nie przez pryzmat litości, tragedii, ograniczeń, inności, ale raczej poprzez ich człowieczeństwo, umysł, uczucia, które wcale nas tak bardzo nie różnią (o czym często zapominamy). Ile razy trafiam na takie obrazy, staram się nie tylko sam je oglądać, ale i rekomendować znajomym (tak jak ostatnio troszkę kontrowersyjne, ale ciekawe Sesje). Dlaczego? Bo to jeden z lepszych sposobów w prosty sposób zmieniać ludzkie nastawienie, przełamywać różne uprzedzenia, brak zrozumienia, obojętność. Wiadomo - najlepiej zmienia to osobisty kontakt (np. wizyta w Laskach, albo na Niewidzialnej Wystawie może być fajnym wejściem w poznanie świata ludzi niedowidzących lub niewidomych), ale niech będzie to i film. Może od niego zacznie się zmieniać nasze nastawienie, myślenie, a przy spotkaniu już będziemy bardziej otwarci, mniej skrępowani. 
I pewnie z powodu tego, że zawsze interesują mnie takie filmy (polecam np. Nienormalnych), nie wiem czy moja opinia na temat "Chce się żyć" będzie obiektywna. Całemu światu bowiem ogłaszam: to bardzo dobra rzecz i trzeba koniecznie ją obejrzeć!

wtorek, 12 listopada 2013

Wśród obcych - Jo Walton, czyli ile w życiu znaczą książki

Zwykle gdy myśli się o książkach, które zdobywają rozgłos, wiele nagród i to wygrywając z utworami znanych autorów, przychodzi nam do głowy wyobrażenie czegoś porywającego, odkrywczego, a jeżeli mówimy o sci-fi i fantasy to w głowie uruchamiają się od razu przykłady takich wielkich powieści.
Tymczasem skromna powieść Jo Walton (zupełnie chyba u nas nie znanej) wykosiła konkurencję (Hugo, Nebula i inne najważniejsze nagrody) i będąc zaskoczeniem dla każdego fana tej literatury. Nie znajdziecie tu żadnych nowych światów, wspaniałych bohaterów, obcych cywilizacji, żadnej akcji, pytań filozoficznych... I tak można by ciągnąć długo, czego nie znajdziecie. Ale paradoksalnie to i tak książka, którą chyba najlepiej zrozumie właśnie fan literatury fantastycznej (szeroko pojmowanej). Dlaczego? Bo chyba w niewielu
mi znanych powieściach, jest tyle miłości do tego gatunku, tyle pasji. To jak fanzin rozbudowany do powieści o miłości do książek, o dorastaniu i zbudowaniu własnego świata w głowie.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Panny Wyklęte, czyli brawa dla Fundacji Niepodległości

Pisałem już o koncercie, a dziś pora na płytę, to dobry dzień, bo przecież projekt też w jakiś sposób odnosi się do naszej historii i walki o niepodległość. Zachęcam do zerknięcia do tamtej notki, bo wtedy będziecie znali troszkę kontekst, a ja tym razem króciutko o samej muzyce.
Po "Pannach morowych", Darek Melejonek ze swoim zespołem po raz drugi zaprosił różne młode wokalistki do napisania i zaśpiewania tekstów nawiązujących do historii. Współczesna muza, czasem dość odważne zestawienia stylistyczne - można odnieść wrażenie, że to płyta skierowana głównie do młodych odbiorców, którym nie będzie to zgrzytać. Jeżeli podobne melodie słyszymy w radiu na co dzień, to może budzić trochę zdziwienie, że tu śpiewa się o poważniejszych rzeczach. A dla młodych to chyba właśnie jest plus.

niedziela, 10 listopada 2013

Mała miss, czyli pieprzyć to...

Uwielbiam takie filmy. Pokręcone, absurdalne, a jednocześnie mające w sobie jakąś sporą prawdę o życiu. I śmieszne i gorzkie zarazem. Tu nie trzeba specjalnych starań by nas rozbawić, gagów, wysiłku, nikt nie zaplanował przerw sitcomowych na to żeby wybrzmiał rechot. Tu mamy samo życie - gdy wszystko wydaje się walić ci na głowę, przychodzi taki moment, że przestajesz się przejmować tym co pomyślą inni, że wezmą cię za wariata. 
Świetnie zarysowane postacie, trochę konfrontacji, które zachwieją ich sposobem patrzenia na świat, banalne wydawało by się rozwiązanie by wysłać bohaterów w jakąś podróż i oto mamy film, który zapamiętuje się na długo.

sobota, 9 listopada 2013

Narrenturm - Andrzej Sapkowski, czyli ty się bawisz, a tam płoną stosy

Najnowszy Wiedźmin już w czytaniu, ale prawdę mówiąc trochę to chyba bardziej sentymentalny powrót, niż rzeczywisty hit tej jesieni. Dużo więcej frajdy mam za słuchania. Doczekałem się wreszcie zakończenia produkcji trzeciego tomu (dzięki http://kolekti.pl/) w wersji audio, zaczynam więc przygodę z całą trylogią husycką w formie słuchowiska. Wrażenie niesamowite! Rzeczywiście nazwanie tego megaprodukcją nie było bezzasadne, bo to chyba pierwsza książka, która zrobiona została w taki sposób: muzyka, efekty dźwiękowe i tło charakterystyczne dla epoki, 112 aktorów... To naprawdę robi wrażenie.

piątek, 8 listopada 2013

Hotel Transylwania, czyli potwory też mają uczucia

Pora na kolejną notkę, tak by nadgonić listopadowe zaległości i po raz kolejny to rzecz z worka "familijnych". Coraz rzadziej córy chcą oglądać rzeczy animowane (obawiam się, że już wkrótce czeka mnie etap produkcji typu Zmierzch), ale zdarzają się jednak takie, przy których chichramy się wszyscy razem. Ta produkcja na pewno do takich należy. I co jest dodatkowym plusem - po Meridzie, jest to kolejna rzecz, która daje fajną okazję do przemyśleń (obu stron) i obgadania tego co dzieje się/może zadziać się w komunikacji między rodzicem, a dzieckiem. Tam była płaszczyzna matka-córka, a tu mamy ojca. Co z tego, że samotnie wychowującego, co z tego, że to wampiry, ale pewne mechanizmy są przecież takie same, nie? ;)
Hotel Transylwania

Paranoid - Black Sabbath, czyli jak 3 minuty mogą przypomnieć o genialnej płycie

Ta notka ma dziwny początek. Kilka dni temu wszedłem do sekretariatu w swojej firmie (zwykle gra tam trójka) i natychmiast zelektryzowały mnie dźwięki gitary, które tam brzmiały. Zamiast załatwić szybko sprawę i wyjść, stałem ze 3 minuty i słuchałem jak zahipnotyzowany. Od razu stwierdziłem, że to musi być jakaś klasyka, bo teraz tak nikt nie gra... I rzeczywiście Kaczkowski nie podając tytułu powiedział tylko: Black Sabbath. No i potem wieczorem było szukanie tego kawałka, co to mogło być?
Cholera po 43 latach ta płyta nadal ma siłę bomby atomowej. Surowe granie, ale ileż w tym emocji. Żadna współczesna kapela metalowa, czy hardrockowa nie wywołuje u mnie aż takich ciarek Nie robi aż takiego wrażenie wokal Ozzy'ego, ale te gitary, rozbudowane pasaże, miejsce na długie (kawałki po 7-8 minut) solówki, improwizacje (również na perkusji). Cholera, kto teraz tak gra, by fragmenty instrumentalne były dłuższe niż te z wokalem?
No jak tu nie przypomnieć o takiej płycie i o tej muzie? Skoro pisałem o Zeppelinach, Doorsach, to musi być przynajmniej jedna notka na kolejnego klasyka.