niedziela, 11 sierpnia 2019

Wołyński gambit - Artur Baniewicz, czyli to niemożliwe, żeby w ten sposób...

Kontynuacja ciekawej powieści Pięć dni ze swastyką, choć pewnie można by i czytać to niezależnie. Baniewicz pisze niby powieści z mocnym wątkiem kryminalnym, ale fabuła jest tak mocno osadzona w historii, w realiach oddawanych tak żywo, że chwilami ciarki przechodzą z obrzydzenia, oburzenia. Wojna wyzwoliła w ludziach masę okrucieństwa i bezradności. Im bardziej ofiary stawały się bezbronne, tym bardziej oprawcy potrafili być bezlitośni, a świadkowie odwracali głowy. Niewielu było takich, którzy potrafili ryzykować własną głową za zupełnie obcych ludzi. Były policjant Paweł Bujnowicz zawsze jednak miał taki charakter, że sprawiedliwość przedkładał ponad racje polityczne i polecenia przełożonych. Może dlatego w czasie wojny pozostaje wolnym strzelcem, który nie zważa na narodowości, tylko próbuje ugrać coś dla tych, którzy są mu bliscy. Podejmie się zlecenia od Niemców, pod warunkiem, że nie będzie krzywdził nikogo niewinnego, ale w tym samym czasie będzie załatwiał inne sprawy wraz z Armią Krajową. Sam woli nigdzie się nie deklarować, choć wiadomo że chciałby końca wojny i wypędzenia okupanta. Jedni wypatrują zbawienia ze wschodu, inni już wolą Niemców, z grozą myśląc o komunistach, a on po prostu próbuje przeżyć i ocalić kogo się da. I własne sumienie, choć to niełatwe.


Tym razem los rzuci go na Wołyń, gdzie mieszkają jego rodzice, a gdzie ma nadzieję, dotrze jego ukochana Chaja. Tam jednak jest jeszcze bardziej niespokojnie niż w kieleckim, bo oprócz Hitlerowców i partyzantki, niestety coraz wyraźniej dochodzą do głosu podziały narodowościowe. Ukraińcy nie są zadowoleni z tego, że Niemcy nie realizują swoich obietnic, a ponieważ zaczyna się mówić o tym, iż mogą przegrać i wycofać się z tych terenów, różne organizacje wzywają do oczyszczenia tych ziem, aby zostali na nich jedynie oni. Żadnych Polaków, żadnych katolików, wyrżnąć w pień, wymordować, nastraszyć by uciekli, majątek zabrać, a ślady po wioskach zniszczyć, by nawet ślad po nich nie pozostał. Wielokrotnie napotykamy w tej powieści fragmenty, które pokazują jak rodziła się ta przemoc, jak to wyglądało od strony ludzi, którzy przerażeni słuchali o losach sąsiednich wsi, jak organizowano się w grupy samoobrony, szukano broni, a to wszystko przy kompletnej obojętności Niemców i dziwnej polityce władz polskich z Londynu, które snuły mrzonki o porozumieniu z Ukraińcami i wspólnej walce jak za Piłsudskiego.
Sam wątek kryminalny, przyglądanie się śledztwu prowadzonemu przez Bujnickiego i jego trochę chaotycznym ruchom, przyznam że chwilami się ślimaczy. Dziesiątki rozmów, wciąż nowe tropy, ich zaprzeczenia, kluczenie, kłamstwa, dowody, z których nic nie wynika... Niby normalne dochodzenie policyjne, tyle że przecież wokół trwa wojna, Ukraińcy nie zważając na nic zaczynają mordować niewinnych, nawet kobiety i dzieci, a on zachowuje się tak jakby złapanie mordercy czy złodzieja było najbardziej istotną sprawą na świecie. Bo wobec piekła jakie wokół, jest bezradny, a tu może coś zrobić.

Powieść, którą zapamiętam nie dzięki fabule, a dzięki wstrząsającym opisom początków rzezi wołyńskiej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza