poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Danuta W., czyli… schowane emocje



Kiedy wybrzmiewają ostatnie słowa monodramu „Danuta W.” w wykonaniu Krystyny Jandy na scenie Teatru Polonia w ciszy cała sala podnosi się do oklasków… Te oklaski są dla obu Pań, dla Danuty Wałęsy – bohaterki sztuki, jak i dla Krystyny Jandy za sposób w jaki tego dokonała. Ale te oklaski są także hołdem dla każdej kobiety tamtych czasów, udręczonych kolejkami, strachem o rodzinę, które w tej momentami czarnej codzienności musiały ogarniać tak wiele. Jednak Danuta Wałęsowa miała po stokroć gorzej…

Chciała tylko uciec ze wsi, chciała kochać, mieć męża, dzieci… chciała. Chciała tylko tego o czym marzy każda dziewczyna na progu dorosłości.


Z perspektywy lat najlepiej wspomina pierwsze lata po ślubie. Kiedy było biednie, ciasno, kiedy rodziła pierwsze dzieci, opiekowała się nimi, czekała z obiadem na męża. Sama go wybrała, kochała go bardzo, zawsze dla niej był na pierwszym miejscu. Dbała o niego i dzieci jak przystało na matkę-Polkę, jak ją ukształtowało katolickie wychowanie i ciężkie życie na wsi. Bez skarg, z odpowiedzialnością za rodzinę, bez wzniosłych słów. I wtedy była najszczęśliwsza. A mąż? Po latach powie o nim bez skargi: „Nie okazywał emocji. No, taki był.”



On - egocentryk. Nie opowiadał się, nie mówił co robi, gdzie idzie, kiedy wróci. Przywykła. To ona była opoką, na jej barkach wspierała się coraz bardziej liczna rodzina. Od znajomych dowiadywała się co się dzieje w mieście czy w Stoczni, od innych dowiadywała się, że jej mąż przewodniczy strajkom. Często dowiadywała się od przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa, że właśnie go zatrzymano za kolportaż „bibuły”. Opowiada bez emocji. Jakby to wszystko przepłynęło obok niej, jakby nie uczestniczyła w tych wszystkich wydarzeniach. Ona tylko dbała o obiad na stole, rodziła dzieci, wstawała do nich po nocach, starała się o jedzenie… Teraz po latach wielu rzeczy nie pamięta. To „nie pamiętam” powtarza się bardzo często. Bo jak można pamiętać co, gdzie, kiedy, kto czy z kim… jak się ma ośmioro dzieci a nie ma wsparcia męża, jak trzeba przeprowadzić remont mieszkania a mąż robi z jednego pokoju biuro „Solidarności”, przez które przewijają się tabuny ludzi, którym też gotuje, po których sprząta. Mąż się nie pyta, mąż z nią nic nie negocjuje, mąż mówi co i jak ma być. A ona to robi, nie skarży się. Tylko czasami osuwa się po ścianie, ma zapaści, tylko czasami nie może przestać płakać przez dwa dni, tylko czasami stanie na środku mieszkania i zacznie wyć tak przejmująco, że w końcu „Solidarność” i jej przedstawiciele wyjdą z jej mieszkania.


Drobna kobieta z wielką historią w tle. I jej Lech, zajęty polityką, organizacją wolnych związków, nękany przez SB, internowany, opluwany, wywyższany, wybrany na prezydenta, posądzany o współpracę z SB, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Obywatel Świata, rewolucjonista – był wszystkim… tylko nie jej przyjacielem. Ona – bohaterka każdej minuty dnia codziennego. Teraz, kiedy ucichły już wichry historii, kiedy dzieci zostały odchowane może usiąść i opowiedzieć swoją własną historię, swoją prawdę o tych dniach, pokazać jak to wyglądało od strony kuchni, gdzie piekła te ulubione przez wszystkich jabłeczniki. Nie ma w niej jadu, złości, zawiści na to co jej zabrała historia. Bo tak trzeba było. Nie skarży się. Teraz jest tylko zmęczenie, mocno schowane emocje, przez które przebija się smutek i ogromna samotność. Dzieci odeszły, a mąż? Mąż jest dalej egocentrykiem…


Cóż mogę powiedzieć więcej…


Po tym spektaklu, ilekroć usłyszę „Lech Wałęsa” będę świadoma, że nie byłoby JEGO gdyby nie PANI.


Z ogromnym szacunkiem dla Pani Danuty


MaGa



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza