środa, 7 sierpnia 2019

Pavarotti, czyli wielki amerykański sen

Na pierwszy rzut oka dość sprawnie zrobiona filmowa biografia, bez fajerwerków, większych sensacji. Raczej laurka niż odkrywanie sekretów. Uwierzcie jednak, że nawet ci którzy niespecjalnie lubią muzykę operową, poczują w trakcie seansu ciary na plecach. Co sprawia, że tak jest?
Charyzma? Talent? Charakter?
Na pewno to ostatnie, bo trudno nie poczuć sympatii do człowieka, który jest prawie cały czas uśmiechnięty, ciepły i serdeczny (przynajmniej sprawia takie wrażenie). Trzeba przyznać też, że talent również ma tu znaczenie - chodzi nie tylko o głos, ale o odwagę by przełamywać pewne granice, by wprowadzić operę do popkultury, sprawić że śpiewak może mieć status supergwiazdy.


Kojarzymy operę przecież raczej z rozrywką dla smakoszy, a tu nagle okazuje się, że zachwycać się nią można nawet na stadionach. I to chyba właśnie nie początki kariery Pavarottiego robią tu wrażenie, jego role i uznanie środowiska, ale dla laika jakim jestem największe emocje budzą właśnie jego odważne decyzje, by występować samemu przed wielotysięczną widownią, wyprawa z Europy do Ameryki, gdzie wszystko ma inną skalę. Dodajmy do tego dobroczynność, jego zaangażowanie w różne projekty dla dzieci, słynny koncert trzech tenorów (ciary!!!!) i dzięki temu gwarantuję Wam, że poczujecie nie tylko piękno tej muzyki, ale i radość z jej słuchania.
Dobrze wykorzystane materiały archiwalne sprawiają, że możemy poznać kulisy (czasem dość zabawne) wydarzeń jakie przeszły już do legendy. No i świetnie udało się utrzymać równowagę między ilością muzyki i narracji. Skoro mnie opery nudzą, a tu nie byłem znudzony nawet przez chwilę, to znaczy że jest dobrze.
Wzruszający, momentami pełen ciepłego humoru hołd dla wielkiego artysty.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza