niedziela, 8 kwietnia 2018

Zła pora roku - Antonio Manzini, czyli jak ja lubię tego drania

Czasem tak jest, że gdy podpasuje jakiś autor, od razu masz ochotę sięgnąć po kolejną jego książkę. Szczególnie gdy masz do czynienia z serią z jednym bohaterem, a Tobie ta postać bardzo się spodobała. Właśnie tak mam z Manzinim i wymyślonym przez niego wicekwestorem Rocco Schiavone. Zaczynałem od "Żebra Adama", poluję jeszcze na pierwszą z serii "Czarną trasę" i już wiem, że to połączenie kryminału ze specyficznym czarnym humorem, dość specyficznymi metodami śledczymi i okropnym charakterem bohatera, to dla mnie idealne połączenie. On jest tak wredny dla swoich podwładnych, tak odpychający w kontaktach z ludźmi, wciąż wściekły na pogodę, na miasteczko, które jego zdaniem jest dziurą, że trudno o bardziej oryginalnego policjanta. Dzień zaczyna często od wypalenia trawy, wszelkie śledztwo traktuje jako przekleństwo i karę z niebios, ale angażuje się w sprawę w 100 procentach, potrafiąc przyjść na posterunek nawet w środku nocy, tego samego wymagając od innych. A tym razem rzeczywiście czas będzie bardzo istotny.

Wyjaśnijmy jeszcze dlaczego Schiavone jest tak sfrustrowany koniecznością pracy w niewielkim miasteczku pod Alpami - trochę narozrabiał w Rzymie, podpadł wielu przełożonym i ci zesłali go na daleką północ, by do stolicy już nigdy nie wrócił. Nie może się pogodzić z tym, że tu nie ma co robić, że wszyscy się znają i wiedzą prawie o wszystkim (również o każdej jego próbie podrywu), ale najbardziej dobija go pogoda. Już cieszył się z pierwszych przejawów wiosny, a tu znowu śnieg i musi wyrzucić kolejną parę swoich ulubionych, eleganckich clarksów - w tym sezonie kupował nowe już jedenaście razy.
Irytujący wszystkich, ale jednocześnie szanowany za swoją skuteczność (którą osiąga czasem mało zgodnymi z prawem metodami), tym razem będzie miał niezły orzech do zgryzienia. Wszystko wskazuje na to, iż dokonano porwania córki bogatego przedsiębiorcy, ale ten za nic nie chce się do tego przyznać, licząc na to, iż zgadzając się na żądania porywaczy, uratuje jej życie. Wicekwestor (funkcja mniej więcej rangi komisarza), musi więc prowadzić dochodzenie po cichu, początkowo nawet bez wiedzy przełożonych, zdając sobie jednocześnie sprawę, że każda godzina zwłoki może oznaczać mniejsze szanse dziewczyny na przeżycie. Co tam papiery i procedury, ważne jest działanie. Resztą będzie przejmować się potem. Zgarnia więc cały swój, niezbyt profesjonalny zespół podwładnych z komendy i goni do pracy, nie zważając na choroby, czas wolny i jakiekolwiek inne wyjaśnienia. I o dziwo wykonują wszystkie jego polecenia bez szemrania.

Naprawdę niezły kryminał. Finał nie tylko przynosi tym razem rozwiązanie, ale i otwiera szeroko furtkę na kolejny tom. Intryga trzyma w napięciu, ale najlepsze jest tu właśnie to tło, sam Rocco, jego relacje z otoczeniem, jego zaskakujące posunięcia i intuicja. Dzięki Manziniemu odkrywamy na nowo Włochy w kryminale (no nie jest jedynym znanym autorem w ostatnich latach Skandynawowie wydawało się, że wyparli z gatunku wszystkich innych).
Polecam.
PS Czyta się błyskawicznie także dzięki wydaniu: duże litery to będzie ogromna przyjemność dla wielu osób, które męczyły się dotąd, klnąc na drobny druk w tego typu literaturze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz