czwartek, 5 kwietnia 2018

Tomb Raider, czyli narodziny Lary Croft

Dwa średnio udane wyjścia do teatru dzień po dniu (Teatrze Młyn w niedzielę w Was moja nadzieja), więc nawet pisać mi się nie chce. Ale jednak myślę, że warto choć kilka zdań, żeby nie wypaść z rytmu. W kinie przynajmniej (zwykle) wiem czego się spodziewać. Nie oczekuję głębi psychologicznej idąc na film akcji. Kolejna odsłona przygód Lary Croft (a raczej prequel) nie mogła mnie jakoś więc bardzo rozczarować. Mało skomplikowana i trochę przewidywalna fabuła, za to dużo akcji, mniej lub bardziej dramatycznych, ale za każdym razem robiących wrażenie scen. No i Lara. W nowej odsłonie. Tyle lat minęło od filmu z Angeliną, że nawet nie ma co załamywać rąk nad jej nowym wcieleniem. Alicia Vikander zaskakująco dobrze weszła w te buty, choć jednak wolę ją jako aktorkę w poważniejszych filmach. Tu jej zadaniem jest jedynie bieganie i walka. Z niewielkimi przerwami na leczenie ran i zbieranie sił, co trwa czasami krócej niż mrugnięcie okiem.
 
Alicia Vikander jako Lara Croft TOMB RAIDERNa szczęście nie jest to ta sama Lara, ale jej młodsze oblicze. Twórcy sięgnęli po scenariusz jednej z gier, czyli młodość bohaterki, gdy próbuje odnaleźć zaginionego ojca i dopiero zdobywa szlify w swojej przyszłej profesji, czyli pani poszukiwaczki skarbów z dwoma pistoletami w rękach. Jako że jestem z pokolenia wychowanego na przygodach Indiany Jonesa, brakuje mi tu humoru, nie ma co jednak marudzić: jako film przygodowy, pełen akcji, Tomb Raider sprawdza się nieźle i miło się go ogląda. Trzeba oczywiście przymknąć oczy na realizm różnych scen, ale to w tych produkcjach normalne. Niczego więcej po tym filmie się nie spodziewałem, więc i zawodu nie ma.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza