niedziela, 22 kwietnia 2018

Siedem minut po północy, czyli zmierzyć się z lękami


W trakcie wyjazdu z młodszą córką obejrzeliśmy wieczorami końcówkę drugiego sezonu Stranger Things, czyli serialu, który oboje bardzo polubiliśmy, ale dzisiejszą notkę chciałbym poświęcić czemuś trochę innemu. Rzecz jak najbardziej do familijnego oglądania, ale dużo poważniejsze, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się bajką. Za tą otoczką kryje się jednak wzruszająca opowieść o bardzo trudnych emocjach. Mamy więc do czynienia z mieszanką fantazji i twardego życia, baśnią pełną metafor, ale prowadzących jednoznacznie do odkrywania tego co wokół. To film o życiu, śmierci, stracie, miłości, tęsknocie i samotności. Również w warstwie zdjęć obie te płaszczyzny ciekawie zostały połączone. Nastoletni Conor mieszka z matką, która choruje na raka i stara się za wszelką cenę podtrzymywać iluzję, że wszystko zmierza ku dobremu, że nie potrzebują pomocy. Wie, że jeżeli wkraczają między nich inni dorośli, to znak, że z mamą jest coraz gorzej. Ucieka w świat fantazji (kapitalne, mroczne sekwencje animowane), rysunku, na spotkanie z potworem, który próbuje go oswoić z jego lękami i pokazać, że życie nie jest tak proste jak mu się wydaje. Całość opowiada właśnie z punktu widzenia chłopca, jego buntu, wściekłości, a potem łez i poszukiwania spokoju, pewnie będzie czytelna bardziej dla dorosłych niż dla młodych widzów, ale warto próbować i potem rozmawiać o tym co w tej historii dostrzegli. Reżyser miał nosa do młodego aktora: Lewis MacDougall zagrał fenomenalnie, ale tu zachwyca nie tylko jego gra, ale także cały pomysł na opowiedzenie tej historii. To pewnie zasługa również Patricka Nessa, który najpierw napisał powieść, a potem pisał scenariusz do tego filmu.
Seans może i smutny, ale jakże piękny.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza