Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klub czytelniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klub czytelniczy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2013

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk, czyli Blake, ludzie, zwierzęta i Gniew

Zanim przejdziecie do notki, zapraszam was jeszcze do przeczytania kilku słów na temat Historii rodzinnych - ciekawego dokumentu - tekst pojawił się na miejscu konkursu, więc nie chcę by gdzieś umknął uwadze. I zapraszam do konkursów (odpowiednia zakładka). 
A dziś... Druga w ostatnich dniach notka z odchyłem ku ekologii i świata przyrody. Jak zastanawiałem się nad tym co popkultura robi z takim świętym jak Franciszek, tak i tu można snuć rozważania nad tym czy są granice w umiłowaniu zwierząt i roślinek (tzn. czy można je kochać bardziej niż ludzi)... Kryminał ekologiczny, jak go sobie nazwałem dla własnych potrzeb i książką o najbardziej pokręconym tytule z ostatnio czytanych - oto książka Tokarczuk. 

Tak naprawdę tę powieść tworzy, w odróżnieniu od innych kryminałów nawet nie sama tajemnica, jakaś zagadka, choć przecież morderstw jest nawet kilka, ale postać głównej bohaterki i jej sposób widzenia świata. Janina Duszejko - kiedyś inżynier budujący mosty, a obecnie mieszkająca na odludziu w Kotlinie Kłodzkiej i doglądająca domy letników kobieta jest narratorem całej historii, ale nawet gdyby tak nie było i tak przykuwała by chyba całą uwagę.

wtorek, 7 maja 2013

Nie tylko pomarańcze - Jeanette Winterson, czyli gdy świat dzieli się na dobrych i złych

Ta książka była kolejną pozycją przeczytaną w ramach klubu dyskusyjnego u Anki. Dawno nie sięgałem po wybierane przez Nią pozycje, ale po raz kolejny muszę przyznać, że jak zwykle jest niebanalnie.
Niestety nie ominąłem wstępu, w którym autorka strasznie puszy się jaka to wielce oryginalna powieść wyszła spod jej ręki, ważna, wyjątkowa itd. Lubimy takie rzeczy, prawda? Zwłaszcza gdy przy okazji podsuwa nam się klucz do odczytania powieści, tak jakbyśmy sami mogli go nie dostrzec. To mam wrażenie, że trochę problem przeróżnej twórczości spod znaku kolorowej tęczy, poruszającej jakieś ważne dla środowiska LGBT treści - dla nich każdy film, książka jest niczym broń w walce "o sprawę", musi coś atakować, udowadniać, tak jakby nie wystarczyło by była po prostu dobra i broniła się sama. Trzeba kłuć w oczy, drażnić i wszędzie gdzie się da podkreślać swoje stanowisko, opowiadać o prześladowaniu, walce o prawa i dogryzać tym, których postrzega się jako wroga...

czwartek, 16 lutego 2012

Gottland - Mariusz Szczygieł czyli Czesi i Historia

To fatalne jeżeli prawie miesiąc od przeczytania i od spotkania w ramach DKK nie potrafię usiąść i na spokojnie napisać czegoś o tej książce. To dobrze świadczy o książce (bo ostatnio coś mi łatwiej przychodzi krytykowac i marudzić), ale źle o mnie... Liczyłem jeszcze po cichu na Leszka (YB), który razem ze mną był na spotkaniu i Szczygła czytał po raz pierwszy... Jak widać jednak jemu też nie łatwo przelać myśli na klawiaturę. Dopisał się jednak potem jak widzicie kursywą w mój tekst.

Gdy się jest na gorąco po przeczytaniu tej ksiązki na pewno jest dużo więcej informacji, myśli w głowie i jakichś emocji w sercu. Przede wszystkim refleksje, że ci Czesi wcale nie mieli takiej wesołej historii w ostatnim stuleciu, że lekko im nie było i generalna myśl, że jakoś zupełnie inaczej sobie radzą z takimi trudnymi czasami. To bynajmniej nie kwestia "wesołkowatości" i obojętności wobec spraw ważnych jak czasami ich jako Polacy postrzegamy. To pewnego rodzaju dystans, wycofanie się w jakiś prywatny świat, czasami w postawę stoika na zewnątrz, często niestety w samotność.

środa, 18 stycznia 2012

Khaled Hosseini - Tysiąc wspaniałych słońc czyli dyskusje o islamie

Wczorajsze spotkanie klubu dyskusyjnego było chyba jednym z najbardziej ożywionych w ostatnim czasie i to mimo, że kilka osób książki nie przeczytało. A przecież ta lektura wcale nie zapowiadała jakichś gorących dyskusji. Powieść opowiadająca losy dwóch kobiet z Afganistanu, ich niełatwe życie na tle różnych wydarzeń historycznych i tła kulturowego wydawałoby się można zamknąć w kilku słowach - smutna, poruszająca, egzotyczna.
Gdy wspominałem ten tytuł kilka osób stwierdziło, że to literatura kobieca i zastanawiało się czy mi "podejdzie". Od razu odpowiem, że tak - "podeszło", podobało się, choć muszę przyznać, że nie doszukuję się w niej jakiejś wyjątkowej oryginalności, czegoś odkrywczego. Ot po prostu nieźle napisana powieść obyczajowa, bolesna historia, ale to co stanowi o jej inności i sprawia, że czytamy z zaciekawieniem to kraj w jakim umiejscowiona jest akcja.

piątek, 16 grudnia 2011

W sieci - Iris Murdoch czyli na pierwszy rzut oka zabawnie...

Lektura z Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego prowadzonego przez Anię. Ponieważ to był dla mnie pierwszy taki klub i jak dotąd jeszcze się "nie przejechałem" na jej propozycjach to mimo, że czas nie pozwala mi zdążyć na czas i tak postanowiłem, że będę sobie czytał te tytuły. Ot tak dla siebie, może gdzieś tam na końcu dołożę i swój skromny głos... Jak to frajda odkrywać rzeczy dla siebie kompletnie nieznane albo takie, o których człowiek sobie myślał, że pewnie sa mało ciekawe. Iris Murdoch znałem chyba jedynie z powieści i filmu "Iris", reszta była dla mnie zagadką. A tu proszę - okazuje się, nie taki diabeł straszny - powieść napisana swobodnie, lekko, z lekko szalonym bohaterem, ale jakże łatwo się z nim zaprzyjaźniamy.... Nawet wstawki filozoficzne i dyskusje bohaterów wcale nie są jakąś straszną pigułką nafaszerowana teorią i terminami oderwanymi od życia. To dość swobodna rozmowa, rzeczywiście odwołująca się do pewnych pojęć, teorii, lecz już w życiu dyskutantów specjalnie wpływów tych ich poszukiwań i dociekań filozoficznych nie odnajdziemy. Są zagubieni, nie bardzo potrafią przełożyć różne swoje idee na konkretne czyny, nie są tez w stanie znaleźć prawdziwego szczęścia. Czy jest to więc dzieło, którego głównym celem byłoby akurat przekazanie jakiejś konkretnej doktryny, sposobu myślenia czy choćby propagowanie wiedzy na temat filozofii (w końcu po autorce, która właśnie ten przedmiot wykłada można było spodziewać się również czegoś takiego). Mam wrażenie, że nie choć pewnie w różnych fragmentach można by doszukać się pewnych konkretnych prądów i kierunków. Ale nawet bez znajmości Sartre'a spokojnie możecie po tę ksiązkę sięgać...

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Historia filozofii po góralsku - ks. Józef Tischner czyli Dyskusyjny Klub Książki po raz kolejny

Jeszcze przez kilka dni będę miał mało czasu by pisać notatki, ale potem mam nadzieję, że wreszcie odetchnę i spróbuję różne rzeczy uporządkować, bo mam wrażenie, że dawno bloga i zakładek nie aktualizowałem... A na dziś kilka słów o książce, którą jak widzicie w tytule notki wybraliśmy na lekturę w klubie dyskusyjnym (na warszawskiej Ochocie). Po pierwszych kilku rozdziałach miałem pewien dyskomfort z tą książką - pomyślałem sobie: taki intelektualista, a pokusił się na napisanie jakiegoś żartobliwego zbiorku gwarą góralską? Dla kogo to jest? Język niełatwy do zrozumienia, pomysł na dopasowanie postaci jakichś znanych filozofów do postaci prostych górali ciekawy, ale wykonanie mało porywające - ot zestaw anegdotek o chłopskich mędrkach, piciu okowity i dogryzaniu babom.

czwartek, 17 listopada 2011

Traktat o łuskaniu fasoli - Wiesław Myśliwski czyli przesyt i niedosyt

Kolejna lektura, po którą sięgam niejako z rekomendacji - tym razem był to wybór na klub dyskusyjny w jednej z bibliotek warszawskich (a ja wciąż czekam na nasz lokalny...). I cieszę się, bo lektura warta jest przeczytania, choć niełatwa, bardzo rozbudowana nie tyle akcją i postaciami co wielością wątków i dygresji w jakie meandruje ta opowieść. Dialog w formie monologu, bo też jest to opowieść jednej tylko osoby, jej wspomnienia, refleksje, a w to znów wplecione opowieści i refleksje innych, których spotykał. Tajemiczy przybysz odpowiada, ale słyszy go tylko nasz bohater, my możemy poznać jedynie jego reakcje na niesłyszane komentarze. Początkowo sprawia to trochę trudność aby sie do tego przyzwyczaić, ale po pierwszym stronach wciągnęła mnie ta historia.

wtorek, 15 listopada 2011

Bezsenność w Tokio - Marcin Bruczkowski czyli wesołe jest życie gajdzina

Notka może będzie chaotyczna bo chciałoby się i o książce i o klubie dyskusyjnym na Ochocie (pozdrawiam wszystkich!), bo to przecież pierwsza wybrana przez nas lektura. Pewnie też dlatego do książki podszedłem z dużo większą uwagą niż do innych rzeczy. Robić notatki czy nie? A może lepiej notować jakieś pytania, aby łatwiej było dyskutować? I ciekawość jak to będzie w realu gdzie wszyscy się widzimy, a nie na blogu, gdzie czasem na odpowiedź czeka się kilka dni. Moje przygotowania jednak trochę spełzły na niczym - lektura jest lekka i z gatunku tych, które średnio do dyskusji się nadają. Najbliższa "Bezsenność" jest chyba reportażowi, ale niewiele informacji "ogólnych" o kulturze, zwyczajach, różnicach, raczej można by to wrzucić do worka "moje przygody, anegdoty i ciekawostki".

sobota, 22 października 2011

Sonata Kreutznerowska czyli anatomia zazdrości

Niech sobie rozdawajka trwa, ale czas na kolejne notki. Wśród ostatniego zabiegania przecież czytam sporo, tyle, że czasu brakuje by zebrac myśli - o filmie pisze się szybciej niż o książce :) A przecież od wczoraj już pora na kolejną lekturę klubu dyskusyjnego na blogu Ani. Ale, że jutro wyjazd służbowy, więc i notka będzie którka, a na samą dyskusje pewnie zajrzę dopiero jutro w nocy...
Cieniutka książeczka Tołstoja byla dla mnie prawdziwą przyjemnością, ale nie ukrywam, że trochę również zaskoczeniem. Jakoś w głowie miałem zupełnie inny język i inny klimat powieści Tołstoja. Ale to po raz kolejny miłe zaskoczenie, że coś co wydawałoby się już trochę przebrzmiałe, klasyczne, w odległej dla nas perspektywie, okazuje się nie tylko czytelne, ale i całkiem aktualne (albo nadal świeże).

czwartek, 18 sierpnia 2011

Konające zwierzę - Philip Roth, czyli powrót do autora po latach

Okładka - Konające zwierzęKolejna lektura w ramach spotkań Klubu czytelniczego (dyskusja zaczyan się jutro, wiec kto czytał to zapraszamy) - po raz drugi jestem wdzięczny za namowę by sięgnąć po lekturę, do której pewnie sam bym nie sięgnął... Na pewno ciekawe, choć o wrażeniach za chwilę. Rotha czytywałem w czasach licealnych (m.in. słynny Kompleks Portnoya) z wypiekami na twarzy - wiadomo, że szokowanie, bunt, kontrowersje to w tym wieku coś co rozpala wyobraźnię... I potem dlugo długo nic, aż do teraz. I jakże odmienny odbiór tej twórczości. Na pewno trudno porównywać (musiałbym sięgnąć po te same powieści i nie mam żadnych notatek z tamtych czasów), ale o ile moge sobie przypomnieć jakieś wrażenia z lektur to były one zupełnie inne. Myśląc o tytule tej notki miałem ochotę zatytułować go: czy to jeszcze sztuka (literatura) czy już pornografia... Bo powieść jest pełna fragmentów, które momentami moim zdaniem już niespecjalnie znajdują usprawiedliwienie i zaczepienie nawet jeżeli weźmiemy pod uwage specyficzny język, fabułę, czy bohatera. A więc po co? Po to żeby szokować jak kiedyś np. Żuuławski sceną zjadania mózg... Takich scen i w filmie i w literaturze sporo, często twórcy powołują się na potrzebę "przesunięcia granic wrażliwości estetycznej", potrzebami wyrazistości historii, racjami sztuki, która powinna pokazywać wszystko... Ale naprawdę czasem mam wrązenie, że to to już przerost formy nad treścią i epatowanie dosłownością aż do obrzydzenia. Dla dobrego reżysera, pisarza nie jest to konieczne abyśmy poczuli to co chce nam przekazać... 
Czepiam się jakichś niewielkich fragmentów? Że niby całość jest inna i ma to jakieś uzasadnienie?

piątek, 22 lipca 2011

Sztukmistrz z Lublina - Isaak Singer, czyli podziękowania dla klubu czytelniczego za dobrą lekturę - moje spotkanie pierwsze

Jak już wczoraj wspominałem zawziąłem się aby w kilka dni na wyjeździe przeczytać tę niedużą książeczkę aby zdążyć na mam nadzieję ciekawą dyskusję w klubie czytelniczym. I cieszę się bardzo, bo pozycja jest ciekawa, niby należy już do pewnego rodzaju klasyki, a ja jakoś nigdy dotąd nie miałem okazji po nią sięgnąć. Nie będę się zatem rozpisywał - bo i na dyskusję trzeba sobie zostawić parę refleksji, a i z netem nadal nie za ciekawie - jak widać wczoraj próba udała się dopiero za 50 razem po północy. Na szczęście na urlopie można pospać i do 9 rano... Czasem tylko rodzina goni by wcześniej pójść na plażę. Ale do rzeczy. 
"Sztukmistrz z Lublina" opowiada historię Jaszy Mazura - prowincjonalnego akrobaty i magika, który marzy o tym by wreszcie zdobyć sławę i pieniądze, Żyda, który już dawno porzucił nauki i wiarę ojców i jakbyśmy to nazwali dziś "amanta" czy bawidamka  - jak na tamte czasy (wiek XIX) pewnie nieczęsta sytuacja by oprócz żony w każdym mieście mieć kochankę. Oto nasz bohater - niewiarygodny szczęściarz żyjący bez odpowiedzialności, trochę z dnia na dzień, bez planów, bez odkładania na przyszłość, skoro wszystko "jakoś się układa" to niech trwa.