
Kolejna lektura w ramach spotkań
Klubu czytelniczego (dyskusja zaczyan się jutro, wiec kto czytał to zapraszamy) - po raz drugi jestem wdzięczny za namowę by sięgnąć po lekturę, do której pewnie sam bym nie sięgnął... Na pewno ciekawe, choć o wrażeniach za chwilę. Rotha czytywałem w czasach licealnych (m.in. słynny Kompleks Portnoya) z wypiekami na twarzy - wiadomo, że szokowanie, bunt, kontrowersje to w tym wieku coś co rozpala wyobraźnię... I potem dlugo długo nic, aż do teraz. I jakże odmienny odbiór tej twórczości. Na pewno trudno porównywać (musiałbym sięgnąć po te same powieści i nie mam żadnych notatek z tamtych czasów), ale o ile moge sobie przypomnieć jakieś wrażenia z lektur to były one zupełnie inne. Myśląc o tytule tej notki miałem ochotę zatytułować go: czy to jeszcze sztuka (literatura) czy już pornografia... Bo powieść jest pełna fragmentów, które momentami moim zdaniem już niespecjalnie znajdują usprawiedliwienie i zaczepienie nawet jeżeli weźmiemy pod uwage specyficzny język, fabułę, czy bohatera. A więc po co? Po to żeby szokować jak kiedyś np. Żuuławski sceną zjadania mózg... Takich scen i w filmie i w literaturze sporo, często twórcy powołują się na potrzebę "przesunięcia granic wrażliwości estetycznej", potrzebami wyrazistości historii, racjami sztuki, która powinna pokazywać wszystko... Ale naprawdę czasem mam wrązenie, że to to już przerost formy nad treścią i epatowanie dosłownością aż do obrzydzenia. Dla dobrego reżysera, pisarza nie jest to konieczne abyśmy poczuli to co chce nam przekazać...
Czepiam się jakichś niewielkich fragmentów? Że niby całość jest inna i ma to jakieś uzasadnienie?