wtorek, 13 lutego 2018

Zbrodnia nad urwiskiem - Marta Matyszczak, czyli śledztwo na 4 nogi i 3 łapy

Po przeczytaniu "Tajemniczej śmierci Marianny Biel" (recenzja) nie byłem za bardzo entuzjastyczny, ale mimo wszystko polubiłem tych bohaterów i jakoś tak automatycznie sięgnąłem po tom drugi Kryminału pod psem. Moje uwagi pozostają bez większych zmian - wciąż brakuje mi większej dawki humoru, Solański i Róża nadal wkurzają, cała reszta postaci jest jeszcze bardziej antypatyczna (rozumiem, że taki był pomysł, by podobnie jak w pierwszym tytule każdy wydawał się podejrzany), bo są jacyś mało ogarnięci, z całego towarzystwa nadal najfajniejszy jest Gucio. Ten trzynogi kundel przygarnięty ze schroniska bez trudu rozgryza sekrety, na jakie pan jest normalnie ślepy, do charakterów ma nosa prawie równie dobrego jak do jedzenia, szkoda tylko, że nikt nie potrafi go zrozumieć - nie biedziliby się tyle nad zagadką.
Tym razem wywiało (ze względu na aurę to nawet dosłownie) ich aż na irlandzką wyspę Inishmore, dokąd Solański przyturlał się autkiem, a potem łodzią, bo przecież nie będzie pieska stresował lataniem. O kasę, której zwykle mu brakowało, tym razem na szczęście nie musi się martwić, wszystkie wydatki pokrywa zleceniodawca.

A jest nim staruszek, który zaniepokojony milczeniem wnuczki postanowił wynająć detektywa. Takie to już czasy, że młodzi wyruszają "za pracą", choć zwykle ich marzenia mocno rozbijają się o rzeczywistość. Matyszczak dość zgryźliwie pisze o sytuacji w Irlandii, gdzie kryzys mocno dał się we znaki i teraz niechętnie już patrzy się na imigrantów z Polski, choć lenistwo nie pozwala im na podejmowanie się prac, którymi oni zwykle się zajmują. Kasia pracowała w jednym z hotelików na wyspie sprzątając i zarabiając grosze, niby była lubiana, ale jakoś jej zniknięciem też nikt za bardzo się nie przejął. Cała sprawa ma mieć związek z korespondencją sprzed lat, jaką pisali do siebie bracia - rozdzieliła ich wojna, potem jeden został w kraju, a drugi na Wyspach. Solański nie za bardzo rozumie jak ma się to wiązać ze sprawą dziewczyny, ale wierzy swemu zleceniodawcy i bada listy dość wnikliwie, w czym pomaga mu też Róża. Tak - ona też akurat znajduje się na tej samej wyspie, tu pracuje w jakiejś hamburgerowni i jest przeszczęśliwa bo ma adoratora. Skoro jej dawny ukochany jest ślepy, głuchy i niekumaty, to musi dziewczyna się jakoś ogarnąć prawda? Szkoda tylko, że gust tubylców sprawia, że już nie musi nawet chudnąć. A cała sytuacja jakoś dziwnie denerwuje detektywa - czyżby jednak zazdrość?
W hotelu masa sekretów do rozwikłania, czyli powtarza się schemat z tomu pierwszego, ale jakoś intrygi kryminalne wymyślane przez autorkę mnie nie wciągają. Znowu bardziej bawiły mnie same dialogi i scenki między bohaterami, rozmyślania Gucia i wątek historyczny - ten uznaję za dość ciekawy. Pogoda sprawia, że zielona wyspa wydaje się mało gościnna i przyjazna, nie będzie tu więc romantycznych zielonych wzgórz, klimatycznych pubów, pełnych przemiłych gości przygrywających wieczorami gościom. I może lepiej niech nie czytają tej książki irlandzcy policjanci, bo ich obraz również jest mało sympatyczny.
Co sądzę o tym tytule? Można przeczytać, ale moim zdaniem nic wyjątkowego.  

2 komentarze:

  1. Ja się dobrze bawiłam, więc czekam na tom trzeci. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. gdyby wpadł mi w ręce to też bym pewnie łyknął, ale chyba najbardziej ze względu na psa :)

      Usuń