poniedziałek, 29 października 2018

Dzikie róże, czyli co wy ode mnie chcecie...

I jeszcze jeden film, przy którym trzeba trochę się skupić, bazujący bardziej na emocjach, wrażeniach niż na prostym stwierdzeniu: porwała mnie twoja historia.
Przypominał trochę dość głośny w ubiegłym roku film "Cicha noc". Tu też mamy obraz polskiej prowincji, niełatwe relacje rodzinne. Film Jadowskiej jest jednak dużo bardziej kameralny, skupiony na rozdarciu emocjonalnym bohaterki, nie znajdziemy w nim żadnych zabawnych scen rozluźniających atmosferę. Jest duszno i tak ma być.
Chwila zauroczenia, samotność, tęsknota za bliskością, a potem zaciskająca się pętla plotek i pomówień... Byle tylko mąż, który ma wrócić na jakiś czas z zagranicy gdzie pracuje, o niczym się nie dowiedział.


Ewa nie dość, że ma na głowie wykończenie nowego domu, na który pracuje mąż, dwójkę dzieci na głowie, to ma jeszcze jeden problem. Taki, którego nie potrafi sama rozwiązać. Gdyby jej związek był jeszcze z kimś poważnym, ale to nastolatek, który sam przecież jeszcze jest dzieckiem.
Atmosfera wsi, ale nie jakiejś zapijaczonej, siermiężnej, tylko takiej z aspiracjami, która rozbija się wcale nie gorszymi samochodami, a jak wyprawia rodzinny obiad z okazji pierwszej komunii, to wygląda to tak jakby prawie wesele było.
 

"Dzikie róże": kadr z filmuMarta Nieradkiewicz zagrała rozedrganie bohaterki, tą niepewność, strach przed tym co dalej, ale i lęk przed podjęciem radykalnych decyzji. Zwinąć się w kłębek i przeczekać... Głównie dla jej roli ten film warto zobaczyć. Pozostałe postacie bardziej drażnią niż cokolwiek wnoszą. Ale może tak właśnie miało być? Jeszcze bardziej rozumiemy jak Ewa się dusi w tej atmosferze, nie chce kłamać, ale i nie potrafi znaleźć jakiegoś dobrego rozwiązania.
Ciekawe kino, choć raczej dla wytrwałych. To jeden z filmów gdzie więcej milczenia niż słów.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza