sobota, 11 sierpnia 2018

Sicario 2: Soldado, czyli macie wolną rękę

Ależ to jest mocne! I nie szkodzi, że bardziej płaskie, mniej prawdopodobne, gdy porównujemy to ze świetnym filmem Vileeneuve'a. Została dwójka bohaterów, ale mamy zupełnie inną historię, reżyser dostał zdaje się, że wolną rękę, więc nie ma co się spodziewać wiernej kopii. Tak jakby ktoś na tych samych dekoracjach i rekwizytami (spluwy, opancerzone wozy, śmigłowce itp.), grał trochę inną sztukę. Nie ma jednak co marudzić: to nadal twarde, brutalne kino, które może się podobać. A za pokazanie tego jak Amerykanie rządzą się nawet nie u siebie, jak robią rozpierduchę, nie przejmując się konsekwencjami (najwyżej się posprząta), duże brawa. Nawet jeżeli połączenie logiczne: ataki terrorystyczne Jemeńczyków z pieniędzmi karteli narkotykowych i gangami z Meksyku, wyda się dość naciągane.


Josh Brolin jako Matt Graver, w tle po prawej – Alejandro (Benicio del Toro).
Plan jest dość oryginalny: zrobić rozpierduchę wynajmując odpowiednich ludzi i mając nadzieję, iż rozpoczęta wojna między gangami, na tyle ich osłabi, że będzie można ich potem spokojnie schrupać na kolację. Matt Graver (Josh Brolin) i Alejandro (Benicio del Toro), czyli nasi dobrzy znajomi z części pierwszej chcą uderzyć w jednego z najpotężniejszych bossów narkotykowych Carolsa Reyesa, porywając mu córkę. Tyle, że gdy już tego dokonają, wszystko zaczyna się pieprzyć, bo politycy z Waszyngtonu nie są szczęśliwi gdy efekty pracy ekipy, czyli trupy pozostawione za granicami USA, są zbyt oczywiste. Tylko co teraz zrobić z nastolatką, która widziała zbyt wiele?
To kino dużo mniej duszne i bardziej sensacyjne niż oryginał. Dla niektórych to może nawet być zaleta, choć ja wolę Sicario, które kazało mi główkować, nie było oczywiste. Tu wszystko podane jest na tacy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza