poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Oczy szeroko zamknięte, czyli wstyd, zazdrość, pożądanie


Stanley Kubrick to jeden z tych reżyserów, których filmy ma się ochotę oglądać po wielokroć, analizować i być może za każdym razem odkrywać dla siebie coś nowego. Ale jak to zwykle bywa, są obrazy, które lubi się bardziej i takie, które jakoś nie powalają. Dla mnie ostatni jego film niestety utknął na mieliźnie jakichś fantazji seksualnych i poważniejszych rozważań na temat ludzkiej natury.

Na pewno sporo zamieszania zrobiło to, że para, która w nim grała (Nicole Kidman i Tom Cruise) w odważnych scenach, zaraz potem rozstała się w bardzo złej atmosferze. Niektórzy nawet sugerowali, że coś zadziało się na planie takiego, co zniszczyło ich relację. Do tego doszły jakieś spiskowe teorie, że oto w filmie odkrywa się prawdę o jakiejś tajnej organizacji, która potem za to się zemściła, mordując reżysera... Ech.
Generalnie "Oczy szeroko zamknięte" kojarzone są właśnie z dość odważnymi jak na kino popularne scenami. A chyba nie o to chodziło reżyserowi.




W założeniu miała to być chyba analiza naszych ukrytych żądz, tej dziwnej mieszanki pożądania, zazdrości, fantazji, która sprawia, że zapominamy o jakichś normach i hamulcach moralnych. Gdy nuda codzienności odbiera frajdę ze wspólnego życia, czasem szuka się jakichś dodatkowych podniet. Tyle, że coś co wydaje się zabawą, może mieć dużo poważniejsze konsekwencje.
Ani aktorzy jakoś nie grają tu wyjątkowo, ani fabuła nie powala. A może jednak warto zaryzykować kiedyś ponowny seans, ignorując wszystkie sceny orgii, próbując dojść o co tak naprawdę chodziło Kubrickowi? Może kiedyś.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza