niedziela, 30 września 2018

Róbrege, czyli w hołdzie Brylewskiemu

Niby wciąż sobie obiecuję zwolnić tempo, nigdzie nie biegać, uporządkować różne rzeczy w domu, ale wciąż kuszą różne zdarzenia tak bardzo. Choć wczoraj umówiony byłem na wieczorną pogrywkę Detektywa, chciałem choć na parę godzin postanowiłem zajrzeć na Róbrege. Raz: każdy kto słuchał polskiej muzyki rockowej od lat 80 jak ja, nie może zapomnieć o tym ile w nią włożył jeden facet, tworząc kolejne projekty, zarażając innych pasją. Sam nigdy nie osiągnął wielkiego sukcesu, nie miał szczęścia, a może nie chciał iść na kompromisy. Dlatego gdy odszedł w tak tragiczny, zaskakujący sposób, pozostaje o nim pamiętać i dokładać swój kamyczek choćby w formie biletu, aby jakoś go uczcić, a jego rodzina miała choć parę groszy. W sumie to on właśnie był jednym z twórców legendy Róbrege, więc fajnie, że ktoś zamierza jego robotę kontynuować.
Napiszę więcej może jutro. A dziś powiem tylko tak: Armia wciąż wywołuje u mnie ciarki na plecach. A Darek Malejonek fajnie wczoraj połączył swój występ, z pokazaniem legendarnego zespołu Izrael. Niepowtarzalna okazja zobaczyć ich w takim składzie, być może o raz ostatni.
To naprawdę był świetny wieczór. Mimo, że namiot pod Pałacem nie ma jakiejś atmosfery, chyba wolałbym koncert w klubie.

Minęło parę miesięcy, a ja trochę zapomniałem o tej notce i obietnicy napisania więcej. Może więc przynajmniej w paru zdaniach. Odpuściliśmy różne projekty, które jakoś nawiązywały do Roberta, ale muzycznie nie zawsze nam pasowały, wariacje jazzowo, elektroniczne, skupiliśmy się na tym co znaliśmy najlepiej i co tak naprawdę przyciągnęło nas na ten koncert.
Armia. W nowym składzie - mam wrażenie, że niedługo poza Tomkiem same małolaty będą grać ten repertuar, który częściowo powstawał gdy jeszcze ich na ziemi nie było - ale wciąż ta sama moc. Charyzma Budzego, jego dziwnie poetyckie i czasem zakręcone teksty, to znów przepojone duchowością, z połączeniem tymi ciężkimi riffami to rzecz absolutnie niepowtarzalna. Ciarki chodzą po grzbiecie. Gdy słyszysz jak padają ze sceny słowa: Robert nie umarł, on jest z nami obecny, przechodzą cię tym mocniej. Głównie stare numery, te które grali jeszcze z Brylem albo tuż po jego odejściu, więc to co najbardziej lubię :)
No i Maleo. Jakoś mam do niego dość ambiwalentne uczucia, bo niby czasami się pokiwam do jego "regałowego" bujania, ale często mam wrażenie, że to wszystko jest na jedno kopyto i po kilku numerach zaczyna mnie usypiać. Ten koncert był jednak dość wyjątkowy, bo po kilku kawałkach Darek zaczął zapraszać na scenę gości i zrobiło się magicznie. Kawałki Izraela, choć w tak podobnym klimacie jak to co gra jako MRR (może mnie popowe, bardziej hipnotyczne), po prostu nas wszystkich zaczarowały. Na scenie pojawiali się kolejno wszyscy ci, którzy kiedyś z Brylem grali, muzycy z innych składów, legendy jak Milo Curtis, ale też ci, którzy dawno zarzucili muzykę. Byli Kelner, Kinior, Dżu Dżu, Kasia Grzechnik i wielu innych. Łącząc się z muzykami MRR stworzyli magiczny wieczór przypominając najlepsze numery Izraela. Tyle wspomnień... O tych, którzy już z nimi nie zagrają, ale wciąż są obecni w tych dźwiękach, którzy je współtworzyli. Widziałem już różne składy grające numery Brygady Kryzys i Izraela (m.in. z Brylem), ale ten naprawdę był wyjątkowy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza