czwartek, 20 września 2018

Nina, czyli silna kobieta i słabi faceci

Wrzesień sypnął premierami, a jakoś tak zabawnie się złożyło, że przez kilka tygodni mam sporą ilość okazji chodzić do teatru na rzeczy komediowe, lekkie i rozrywkowe. Żona się cieszy, bo właśnie w takich rzeczach gustuje. Ciekawe, który spektakl i która scena spodoba jej się najbardziej.
Zacznijmy od Teatru Studio Buffo, który kojarzony jest przede wszystkim ze spektaklami pełnymi ruchu i piosenek. W tym są dobrzy i mimo niewielkiej sceny, potrafią robić rzeczy, które bawią i potrafią rozruszać publiczność. A jak wypadają w komedii bardziej klasycznej, która gościnnie jest u nich wystawiana? "Nina" w reżyserii Macieja Kowalewskiego oparta jest na tekście dwóch
francuskich autorów Andre Roussina i Gabriela Arouta. To komedia współczesna o zdradzie, pragnieniu zemsty i o tym jak ludzie różnie traktują miłość. Czy jest możliwe uczucie bez dochowania wierności? Albo czy to możliwe, by zdradę wybaczyć? Niby na scenie trójkąt, ale w tle przecież jeszcze cała masa postaci, uwikłanych w tą intrygę. 
 
Reżyser postawił na dwa nazwiska znane ostatnimi czasy chyba najbardziej z programów telewizyjnych, w których zasiadają w jury i pewnie to niezłe rozwiązanie. Coraz więcej osób szukając propozycji teatralnych szuka też możliwości zobaczenia na żywo kogoś znanego, lubianego. Nie krytykuję za to teatrów, o ile rzeczywiście nie proponuje się totalnych gniotów, w których mają oni jedynie "dawać twarz", bo nawet nie ma za bardzo co sensownego zagrać.
Komedia nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga czasem od aktora dużych grania ról, które są już na granicy kiczu, żenującego wygłupu, który nawet przestaje być zabawny. Czy tym razem udało się nie przekroczyć tej granicy? Moim zdaniem tak.

Paweł Królikowski na początku może wydawać się trochę zagubiony w roli męża, który przybył dokonać zemsty na kochanku swojej żony, nie wie czy ma być wściekły, czy bardziej załamany, ale później dość naturalnie przyjął pozę misiowatego pantoflarza i był w tym przekonujący. Przyluźna pidżama, brzuszek, już nie tak kondycja - czyż może się on równać z młodym, cały czas dbającym o formę kochankiem (gra go Krzysztof Wieszczek, ale zdaje się, że na zmianę z Piotrem Borowskim)? 

 
Skoro żona jest nim znudzona, to może najlepiej napisać list na policję, iść z bronią do mieszkania przeklętego amanta, zabić i spokojnie poczekać na aresztowanie? Nic jednak nie idzie tak jak to sobie bohater zaplanował. W zabójstwie przeszkadza mu nie tylko choroba, ale i wyrzuty sumienia, panowie zaczynają więc rozmawiać. I nawet znajdują porozumienie. Starszy trochę podziwia młokosa, zwłaszcza gdy orientuje się, iż ten kochanek ma sporo i musi się nieźle nakombinować, by się o sobie nie dowiedziały. A młody? W sumie trochę spanikował, ale nie tylko samą groźbą morderstwa, co tym iż Nina, zdaje się oczekiwać czegoś więcej niż przelotnych spotkań.
A gdy już na scenie pojawi się ta, która była źródłem ich konfliktu (Nina - Małgorzata Foremniak), sytuacja jeszcze bardziej się skomplikuje. Szalone to wszystko, choć intryga jest mało złożona, to jest w tym dużo farsy, przerysowań. Foremniak w jednej chwili potrafi być kusząca, by zaraz znów wybuchnąć złością. Bo przecież ona nie chce nic zmieniać w tym układzie, w którym może korzystać z zainteresowania obu panów. Chwilami miałem wrażenie (oglądaliśmy tuż po premierze), że chyba aktorzy ciut improwizują, że gubią się w tekście, ale to pewnie do dogrania.
Sympatyczne, choć oczekuję od komedii mniej oczywistości, więcej zaskoczeń. W "Ninie" ich trochę w scenariuszu i na scenie zabrakło.

Tu więcej o spektaklu i stąd też pochodzą zdjęcia autorstwa Artura Adeszko/ Tito Productions.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza