czwartek, 19 lipca 2018

Bandyci z Armii Krajowej - Wojciech Lada, czyli na razie jedynie parę zdań

 Lektura jeszcze przede mną, na razie jedynie przekartkowałem, ale ponieważ po spotkaniu autorskim mam trochę refleksji, pozwolę sobie teraz, żeby nic mi nie uciekło, a potem rozbuduję notkę do pełnej recenzji. Wiem, że to mało komfortowe, ale jak ktoś jest zainteresowany, to może niech sobie gdzieś zapisze link, a jak zaglądacie tu codziennie (bo przecież z taką częstotliwością piszę), to na pewno o tym będę informował.

Po pierwsze tytuł: mało szczęśliwy i to z różnych powodów. Nie chodzi jedynie o samą kontrowersyjność i chęć przyciągnięcia uwagi. Raczej chodzi o sugestię w nim zawartą, iż to nie pojedynczy ludzie, ale sama formacja ma jakieś winy na sumieniu. Autor oczywiście w treści i na spotkaniu mocno temu zaprzecza, twierdząc, że takie zdarzenia miały miejsce, ale były to nieliczne zdarzenia, zawsze piętnowane przez Armię Krajową, która za ich popełnienie ścigała oraz karała.
Idźmy dalej.


Skoro w tytule mówimy o Armii Krajowej, dziwne jest, że cześć sytuacji przytoczonych na spotkaniu i w książce to zdarzenia gdy ktoś powoływał się na AK, udawał jej żołnierzy, tak był odbierany np. przez ludność wsi. To w końcu skąd ci bandyci?

Cieszę się z obecności na spotkaniu prof. Żebrowskiego, bo dzięki temu mogliśmy na miejscu skonfrontować trochę przygotowanie autora i jego podejście do dokumentów, z krytycznymi uwagami kogoś, kto ma sporą wiedze w temacie. I tu zaczyna się chyba najważniejszy wątek moich przemyśleń. Książki, które mają popularyzować historię, na pewno podlegają trochę innym kryteriom oceny niż literatura specjalistyczna, jednak nie wolno traktować tematu zbyt luźno, szukając jedynie sensacji i bez większej analizy krytycznej źródeł, ich wyboru, cytować jedynie to co pasuje do tezy. A temat jest popularny (Zychowicz zdaje się, że też coś w tym stylu wypuścił). Choć atak na autora zdominował spotkanie i nie było już czasu na dłuższą dyskusję, ciekawie było posłuchać argumentacji obu stron.
Wybór źródeł, które historycy uznają za spreparowane, pełne błędów, na pewno nie jest zbyt szczęśliwy. Budzi jednak moje spore zdziwienie postawa w stylu: wszystko co napisano w oficjalnym nurcie w PRL, akta sądowe z tamtych czasów, to wszystko fałszywki, których nie wolno brać na poważnie, bo władzy zależało, żeby oczerniać żołnierzy AK. Autor oparł się w dużej mierze na aktach, nie wydaje mi się więc, żeby cytowane przez niego treści można było zignorować, zaprzeczyć im. Czy mógł sięgnąć do innych źródeł, które stawiają te same sytuacje w innym świetle? Tego nie jestem pewny, choć atakujący go twierdzą, że tak jest. O co jednak toczy się gra? Nie da się przecież zaprzeczyć wszystkim tego typu sytuacjom, twierdząc, że były prowokacją (nie wiadomo czyją), dziełem bandytów, którzy jedynie nazywali się żołnierzami albo że wyglądały zupełnie inaczej niż w dokumentach i zeznaniach świadków.


Napiszę więcej po lekturze.
A na razie moje pytania i wątpliwości, których nie miałem czasu wyjaśnić na spotkaniu:
Autor mocno zaprzeczał, by istniał w tych wszystkich zdarzeniach jakiś mocny podtekst antysemicki, że większość z tych morderstw była powodowana jedynie motywami rabunkowymi, ale jednocześnie przewijał się w jego słowach np. wątek rozpraw z tzw. agentami żydokomuny.
To jest ciekawa sprawa: na ile nawet obok zwykłej przestępczości, bandyterki poza rozkazami lub rozkazami, które uznane zostały za bezprawne, istniały sytuacje, że dokonywano wyroków na niewinnych ludziach, choćby ze względu na różnice w światopoglądzie, donosy, czy plotki. Jaka jest ich skala? Bo to bardziej by świadczyło o jakiejś mrocznej karcie w samej AK.
Autor mocno podkreślał, że większość tych spraw była ścigana przez samo AK, prowadzone było wewnętrzne śledztwo i były kary. I znowu pojawia się pytanie: a o ilu sprawach nie wiedziano lub nie chciano wiedzieć i nie ma po niech śladów w dokumentach Armii Krajowej, rozkazach. Może warto raczej analizować zeznania świadków, ślady po ofiarach, a nie jedynie archiwa AK?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz