niedziela, 8 lipca 2018

Vanished gardens - Charles Lloyd&The Marvels, Lucinda Williams, czyli leniwa niedziela

W planach miałem wypad na jakiś darmowy koncert, bo też spory wysyp ich ostatnio w okolicy, ale jednak lenistwo bierze górę. Człowiek obiecuje sobie, że posprząta, rozmrozi lodówkę, ugotuje, popracuje przy kompie, bo terminy gonią, a potem wychodzi na to, że zrobił zbyt mało, za to poleżał, polenił się i pooglądał coś na małym ekranie.
Jakoś chodzi za mną ostatnio muza trochę łagodniejsza, a że obiło mi się o uszy, że w Suwałkach właśnie trwa bluesowy festiwal, postanowiłem zapuścić sobie coś właśnie z bluesa. I w sumie fajnie wyszło, bo nie znając wykonawców i wybierając w ciemno, trafiłem na...

...jazz. A przecież miałem ochotę jechać wczoraj na Starówkę, gdzie przez wakacje koncertują za darmo gwiazdy jazzu światowego formatu. Snuje się więc ta muza z głośników, próbuję skupić się na pracy, a w tle jeszcze miga telewizor bez dźwięku. Jakby mało tych bodźców, nie? Skupmy się jednak na muzie, chwilami bardzo łagodnej, kołyszącej, szczególnie gdy pojawia się wokal Lucindy Williams, a momentami znów wybudzającej z letargu, wibrującymi solówkami saksofonu i gitary. To cały czas jest fajny poziom leniwej energii, balansujący między ładnymi balladami bluesowymi i improwizacjami muzyków, szczególnie słyszalnymi w utworach instrumentalnych. Wytwórnia Blue Note ma swoją markę i choć w tej chwili rzadko kupuję krążki w realu, częściej słucham w sieci, nadal zwracam uwagę na to kto jest wydawcą, szukam potem informacji o wykonawcach i sprawdzam kolejne nagrania. Ciekawe gdzie jeszcze zaprowadzą mnie dziś muzyczne poszukiwania.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza