środa, 6 czerwca 2018

Fargo, czyli kocham ten film

Pisałem o pierwszym sezonie serialu, o drugim chyba już nie będę (ale jatka!), ale przecież nie pisałem jeszcze o oryginale, od którego wszystko się zaczęło. Film braci Coen, tak prosty, a jednocześnie tak cudownie pokręcony, szybko zyskał status kultowego i nic dziwnego, że potem inspirował do stworzenia czegoś w tym samym stylu. Połączenie dramatu, kryminału z dość zaskakującymi postaciami, sprawia, że Fargo często odbierane jest jako czarna komedia. W tak zaskakujący sposób twórcy kierują losami tych postaci, łącząc grozę z groteską, przemoc z totalnym nieudacznictwem i pechem, że tego filmu trudno nie pokochać.
W zimowej scenerii Minnesoty, w niewielkim miasteczku, ciężko jest o odmianę swojego losu. Jednym z najlepszych wyjść wydaje się wyjść za kogoś bogatego, ale co zrobić jeżeli teść nie jest skory do oddania nadzoru nad funduszami na które się liczyło? Przed takim wyzwaniem staje Jerry (William H. Macy), drobny sprzedawca samochodów, marzący o wielkim biznesie. Jak zdobyć pieniądze i wyjść z kłopotów finansowych?

Pomysł na jaki wpada wydaje się prosty i bezproblemowy. Wystarczy wynająć dwóch zbirów, by porwali żonę, a potem podzielić się z nimi okupem. Tyle, że nie wszystko idzie zgodnie z planem.
Nie ma tu jakiegoś zawrotnego tempa, komediowych gagów, a i tak zabawa jest przednia. Tu każda postać, dialogi, miny, to perełki scenariuszowe. Policjantka w zaawansowanej ciąży, dwóch nieprzewidywalnych idiotów, nieudacznik, groźny teść, czy wreszcie ofiara, której nawet nam specjalnie nie szkoda... I do tego to śnieżne pustkowie, beznadzieja podkreślana jeszcze nostalgiczną muzyką.
Po prostu kocham ten film.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz