czwartek, 21 czerwca 2018

Miasto gniewu, czyli wcale tego nie chciałem

Lubię tego typu filmy, bo mogą w mocny sposób uświadomić nam jak bardzo schematycznie myślimy o innych, jak często ignorujemy ich potrzeby, a potem dziwimy się, że wokół narasta wzajemna niechęć, frustracja, złość i agresja. Odpowiedz na to co cię spotyka, oddaj, wyładuj się na słabszym, żeby ci ulżyło... Tyle osób to robi, a przecież od drobnych zdarzeń do dużych tragedii wcale nie jest daleko.
Podobno nad pomysłem tego obrazu reżyser zaczął pracować po tym jak go okradziono. Chciał zrozumieć dlaczego. I podobne pytania zadaje widzom. Widzimy ciało młodego Afroamerykanina, zastrzelonego w ciemnej uliczce, a potem cofamy się, przyglądając różnym zdarzeniom, które do tego doprowadziły. Zupełnie obce osoby, których ścieżki się przecięły, będą mogły coś dorzucić do tej historii.


Rasistowskie i seksistowskie uwagi, kradzież, obwinianie kogoś za fuszerkę, kłótnia - dużo wcale nie trzeba, a gniew narasta. Skrzywdzony szuka okazji, by się wyładować, winnego lub ofiary, na której odbije sobie swoją frustrację. Małe rzeczy, narastają do dużych konsekwencji. Skrzywdzony łatwo może stać się krzywdzącym.
I niezależnie czy oglądamy wielokulturowe Los Angeles, czy też sprowadzilibyśmy tę historię na nasz grunt - uprzedzeń, różnic w wyglądzie, poglądach, wykształceniu, miejscu zamieszkania, coś w niej nas uwiera. Bo widzimy, że sami bywamy podobni. I dopiero tragedia potrafi czasem wybić nas z naszych przyzwyczajeń i dać do myślenia. Na krótko niestety.
Skromny film, choć nie bez znanych nazwisk (Sandra Bullock, Matt Dillon). Przypominający filmy Altmana, gdzie każda z postaci opowiada równie ważny fragment historii. Tu może jest to dość łopatologiczne, ale i tak uważam że warto. I to bardzo!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza