wtorek, 16 stycznia 2018

Song of experience - U2, czyli ale na koncert to bym poszedł


U2 dziś ogłosiło plany koncertowe na Europę, ale niestety tym razem Polski nie ma na liście. A szkoda, bo nawet jeżeli płyty nie brzmią jakoś wyjątkowo, ten zespół na koncertach wypada świetnie, a każdy z nich jest dużym widowiskiem. Do Berlina niby blisko, ale kasa jednak większa... No nic, może jeszcze coś dołożą.
 
A jaka jest ta najnowsza płyta? Kupiłem ją nie spodziewając się zbyt wiele, bo dinozaury mam wrażenie, że powielają już sami siebie, niewiele potrafią zaproponować nowego. Ale przecież mam wszystkie ich płyty więc czemu nie kontynuować kolekcji? "Song of experience" jako żywo przypomina poprzednią ich płytę - ta sama mieszanka rocka, popu, chwytliwych melodii i chórków, kawałki opracowane zdaje się, że z różnymi producentami, przemyślane do ostatniej nuty. Tylko szkoda, że niby wpadają w ucho, ale zaraz drugim wylatują.

 
Pojawiają się jakieś odwołania do dawnego grania, ale brakuje w tym takiej energii jaką kiedyś fundowali słuchaczom. To jest jakieś nijakie po prostu. Tekstowo poświęcone ważnym dla nich miejscom, osobom (nie brakuje też odrobiny polityki), muzycznie nie wnosi nic nowego. Tak jakby nie mogli się zdecydować, czy grać ostrzej, łagodniej, czy korzystać z elektroniki, mieszają wszystko jak leci. Kiedyś ich albumy były jakieś, teraz po prostu są. I tyle.
I niby przyjemnie się tego słucha, ale nie towarzyszą temu ciarki jak dawniej. Numery, które zabrzmią trochę surowiej, przypominające "War" czy "Joshua Tree" wypadają jak dla mnie tu najlepiej. Bono sprawdza się również w balladach i pewnie gdy usłyszy się to 100 razy w radiu, też będziemy nucić, ale czy to naprawdę takie świetne numery? Panowie po prostu czuli, że muszą coś nagrać i ruszyć w trasę, choć za wiele nowego już nie mają do powiedzenia. A w trasie koncertowej i tak publika najbardziej czeka na stare hity. Muszę je podsunąć 17 letniej córce, której o dziwo "Song of Experience" przypasowało. Może odkryje dlaczego wciąż mam do nich sentyment?
Najlepszy numer? Chyba "American Soul".

I tylko żal kupować wersję deluxe - wersje zmiksowane są dla mnie po prostu mało strawne.

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od czasu kiedy U2 zaczeli scigac sie z Coldplay,to nie jest z ich muzyka najlepiej.Az sie prosi o to,aby zamiaast sie powtarzac,sprobowali znowu stylistycznej wolty,tak jak bylo w przypasdku "Achtung Baby".Moze nie bedzie najlepiej,ale przynajmniej bylby jakis oddech swiezosci.Co nie zmienia faktu,ze na koncert rowniez bym sie wybral.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a po tamtym szoku, potem jeszcze bardziej smakował powrót do korzeni - chyba moje ulubione numery to płyty Joshua i Ruttle

      Usuń
  3. "Songs of Experience" to album, w którym panowie z U2 trochę bardziej powracają do klasyki. Znajdzie się tutaj kilka utworów z mniej popowym, a bardziej rockowym brzmieniem, ale jeśli nie ten krążek... to który jest Twoim ulubionym z całej dyskografii? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. największy sentyment mam chyba Do Joshua Tree i Rattle and hum, ale lubię i te wcześniejsze. Chyba najmniej późniejsze eksperymenty elektroniczne, popowe, a ostatnimi laty te płyty są trochę mdłe - na każdej znajdę jeden, dwa utwory wpadające w ucho, ale nie genialne.

      Usuń