sobota, 26 listopada 2011

Ojciec chrzestny III czyli siejąc wiatr, zbierzesz burzę

Wreszcie chwila żeby napisać o ostatniej części trylogii "Ojca chrzestnego". Części, która powstała po bardzo długiej przerwie i dla wielu (dla mnie też) mocno juz straciła tego ducha i klimat z poprzednich części. Może Francis Ford Coppola uznał, że trzeba iść z duchem czasu i postawić na trochę inne wątki, inaczej opowiedzieć tę historię? Zarys mógłby wydawać sie podobny - starzejący się ojciec chrzestny, który już nie ma siły ciągnąć interesu, wciąż jest atakowany, znajduje następcę, któremu może przekazać władzę i razem planują okrutną zemstę na wszystkich wrogach. Nie można narzekać na tempo, na grę aktorską, ale mimo wszystko temu filmowi brakuje jakijś magii, którąmiały poprzednie części. Nie jest źle, ale to poziom do którego już spokojnie można zaliczyć wiele innych filmów sensacyjnych, gangsterskich, dramatów, które zahaczały o tę tematykę. Film więc ma dodatkowe plusy tylko dlatego, że jest kontynuacją pewnej opowieści, która zafascynowała (dobrze, że nie przyszło już im do głowy kręcić części czwartej, boję się, że to już byłoby bardzo odległe od oryginału).
Don Michael Corleone (jak zwykle świetny Al Pacino) to już starszy pan, nadal przewodzi "rodzinie" i otacza go szacunek, ale powoli zmierza do spełnienia swoich marzeń - legalizacji wszystkich interesów, odcięcia się od tego co podejrzane. Chce być postrzegany jako biznesmen, filantrop (m.in. wspierając działania fundacji prowadzonej przez córkę), a nie gangster - z tym już by chciał skończyć. Jest blisko kościelnej chierarchii (jak to Włoch i katolik), i tu chce też robić interesy. Niestety nie idzie mu to tak łatwo jak by tego chciał - czuje, że ktoś zaczyna mu przeszkadzac w sfinalizowaniu operacji wejścia w posiadanie akcji Banku Watykańskiego. Przeszłość wciąż będzie powracać, dawni kompani wcale nie chcą iść w odstawkę i chętnie weszli by razem z Michaelem w interesy by szybciej prać swe brudne fundusze.   
Prywatnie też chciałby stać się innym człowiekiem. Mimo, że marzy o tym by syn Anthony został prawnikiem, w którymś momencie ulega namowom byłej żony by zezwolić mu na robienie kariery śpiewaka. Michael sprawia jeszcze wrażenie twardziela, ale widać, że jest już coraz bardziej łagodny, hamuje swoją porywczość, myśli o tym by w spokoju dokonać żywota. Jego największą radością jest córka Mary (słabiutka niestety Sofia Coppola), która ma z nim dobry kontakt. Gdy na horyzoncie pojawia się młody i porywczy Vincent (nieślubny syn starszego brata Michaela, Sonny'ego), najpierw dostanie on szansę na to by stać się bliskim współpracownikiem, ale gdy zaczyna on uwodzić Mary, sytuacja bardzo się komplikuje. Vincent (ciekawa rola Andyego Garcii, choć nieporównywalna z poprzednimi kreacjami Brando, DeNiro czy Pacino) jednak swoją brutalnością, zdecydowaniem i intuicją staje się coraz bardziej potrzebny Michaelowi. To nie oni chcieli wojny, ale skoro już ją mają, to postarają się by zwycięstwo było po ich stronie, a wszyscy wrogowie zginęli marnie.  
A więc mamy to co w poprzednich częściach - władzę, tradycję, miłość, zemstę, pieniądze... Michael Corleone mimo swoich marzeń nie uwolni się do końca od przekleństwa swej przeszłości, wcześniejszych wyborów i tego na czym zbudował swoją pozycję. To człowiek zmęczony, mobilizowany do walki głównie chęcią obrony rodziny, nakręcany też przez pełnego gniewu i zapału Vincenta. Pacino dobrze zagrał postać, która marzy o cieple, miłości, szacunku (ale nie tym jako ojca mafii) i szuka przebaczenia za dawne grzechy (fajna scena u papieża).  
Ktoś może kręcić nosem na wątek podejrzanych interesów, w które angażują się niektórzy chierarchowie Kościoła, ale kto wie czy naprawdę takie rzeczy miejsca nie miały. Bardziej przeszkadzały mi np. mało autentyczne sceny akcji (egzekucja w hotelu z helikoptera czy zadźganie okularami). Ale co tam. Film warto zobaczyć, nawet jeżeli jest słabszy od poprzedników i nawet przy filmach, które pojawiły się w tym samym czasie (np. Chłopcy z ferajny) wypada średnio. 
trailer

zobacz też: część I  i część II

 

1 komentarz:

  1. No, żeby zamknąć sobie cykl, obejrzeć trzeba koniecznie.

    OdpowiedzUsuń