czwartek, 6 października 2011

Aion - Dead Can dance, czyli głos anioła


Płytka może i ma swoje lata (21 dokładnie), ale ta muzyka się nie starzeje, a ostatnio do niej coraz częściej wracam. Jesień w końcu idzie, a jaka pora roku kojarzy się nam bardziej z aniołami niż jesień? Zaczynałem od słuchania audycji T. Beksińskiego i "bakcyl" tej niesamowitej muzyki pozostał na lata, potem juz sam szukałem kolejnych płyt. W okolicach 1 listopada przesłuchajcie np. Within The Realm Of A Dying Sun, a zakosztujecie jak ta muzyka może niesamowicie wpływać na oderwanie się od naszej przyziemnej rzeczywistości. Jak dla mnie to przede wszystkim zasługa niesamowitego wokalu Lisy Gerard, ale coby nie mówić - jej solowe projekty już nie robią aż tak wielkiego wrażenia jako domknięta całość. Widać więc wpływ na kompozycje drugiej połowy trzony zespołu czyli Brendana Perry jest niebagatelny... A dziś kilka słów o płycie Aion - trochę zmieniajacej obraz zespołu.
Ich wcześniejsze produkcje łączyły zimnofalowe, mroczne kawałki Brendana z niesamowitymi popisami Lisy. Tu po raz pierwszy pojawiają się w sporej dawce również fragmenty folkowe/ludowe (i również tego typu instrumentarium) ze średniowiecza, a fragmenty wokalne mają również taki sakralny, uduchowiony, chorałowy (Lisa), albo posępny (Brendan) klimat. Oczywiscie nie jest to myzka kościelna, mimo, że słychać tu np. organy, dziś można by to wrzucać do worka z napisami ambient, ethereal, muzyka dawna, ale w porównaniu z sieczką jaką zwykle otrzymujemy i która nudzi się po dwóch kawałkach - tutaj nastroje się przeplatają, uzupełniają i zarówno pojedyncze fragmenty jak i całosć po prostu urzeka i przyprawia o ciarki na całym ciele. Oczywiście dla mnie najbardziej niesamowite są kawałki z wokalme Lisy - tu naprawdę klimat jest niesamowity, a jej śpiew powoduje iż zaczynamy fruwać wysoko ponad podłogą. Kto słyszal ten wie o czym mówię - wymyślony przez nią język (podobno Japończycy wydali na swoje potrzeby książkę z tymi tekstami :)), głos jako kolejny niepowtarzalny instrument... Surowe, a jednoczesnie nieziemskie, anielskie dżwięki :) Na tej płycie sporo melodii, tańców, inspiracji muzyką średniowiecza i renesansu.    
Nie przepadam za nowofalowym "Black sun", za wstawkami typu "The garden of Zephirus", ale zarówno te szybsze kawałki (arabskie?) jak "Radharc", medytacyjne "The song of the Sibyl" czy "End of the words" po prostu uwielbiam.
A na okładce mój ukochany i niepowtarzalny Hieronim Bosch :)
Cała notka trochę zainspirowana wiadomoscią iż DCD ruszaja znowu w trasę w przyszłym roku, może będzie nowa płyta!!! Kto ma ochotę zakosztować muzyki ten może siegnąć po legalne 4 kawałki do ściągniecia ze strony http://www.deadcandance.com/

2 komentarze:

  1. Dead Can Dance to moje młodzieńcze (a raczej młodzieżowe) odkrycie zaraz potem było Cocteau Twins (szczególnie Heaven or Las Vegas). Teraz sobie przypomniałam, że mój tato ma książkę o Dead Can Dance Tomasza Słonia i jako mała dziewczynka książkę podczytywałam i nic nie rozumiałam rzecz jasna:) Potem już jako większa dziewczynka przeczytałam ponownie słuchając dźwięków:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisałam o jednym i drugim... Chodzę, chodzę po blogu i znajduję takie notki. Bosch jest ciekawy, chociaż o jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo.

    OdpowiedzUsuń