piątek, 20 lutego 2026

Klub Kawalerów, czyli wystarczy jedna bystra kobieta



MaGa: Ach, te kobiety… Z nimi źle, ale bez nich – jeszcze gorzej. Imć Michał Bałucki w 1890 roku stworzył „Klub Kawalerów”, a współcześnie Krystyna Janda, wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widzowie już od początkowych scen klaskali, zaśmiewając się w głos i przez to zatrzymując na chwilę akcję. Mimo tego tempo nie zanikło, a komedia bawiła wszystkich. I młodych i tych nieco starszych. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam. Bo komedię trzeba umieć zrobić, a Krystyna Janda to potrafi.


Robert: Rzeczywiście czuje się to, że zarówno aktorzy jak i widzowie znajdują w tej ramotce jakąś fajną energię, której brakuje nawet współczesnym farsom. To nie tylko sam tekst, ale to jak oni go ożywiają na scenie czyni go tak zabawnym. A fakt iż zmienia się język, maniery, stroje, ale pewne rzeczy się nie zmieniają, czyli zazdrość, gierki jakie czasem stosujemy, by pobudzić czyjeś ego, okazanie zainteresowania, które wyzwala jakby nową energię, wciąż przeżywamy i one w zabawny dla otoczenia sposób potrafią nas zmienić.

czwartek, 19 lutego 2026

Wielki Marty, czyli tupet kontra pokora

Chcę jak najszybciej opisać to co już widziałem spośród nominowanych do Oscara, do końca lutego będą więc chyba na Notatniku przynajmniej dwie notki filmowe. Zresztą nazbierało się tego trochę i marzec też chyba będzie pod znakiem seriali oraz nowości kinowych. W oglądaniu m.in. Ołowiane dzieci. I chyba jednak będzie lepiej niż zrobiło to TVP z Czarną śmiercią (kurczę, też muszę napisać notkę...).

Wielki Marty zbiera sporo pochwał, a ja mimo tempa tej produkcji, emocji jakich funduje, jakoś nie mogę znaleźć w sobie wielu słów zachwytu. To dobry film, niezły scenariusz, niestety mam wrażenie że główny bohater nie da się lubić i przez to jakoś ten brak sympatii przekłada się również na stosunek do całości produkcji. Mieliśmy już postacie, które potrafiły w uroczy sposób kłamać, manipulować, by coś tam dla siebie ugrać, to jednak był jakiś element gry, coś co czasem można było usprawiedliwić potrzebą chwili. Tymczasem w Wielkim Marty'm bohater robi w balona wszystkich po kolei, nawet własną matkę, snuje wielkie wizje, obiecuje, a potem ma wszystkich w dupie. Nie, to nie tylko dlatego że akurat mu się nie udało, bo nawet jak miałby kupę kasy, to też woli wydać na własne przyjemności, ba, nawet rozdać by udowodnić swój gest, a nie by oddać to co ofiarowali mu w potrzebie inni. Kawał cwaniaka i drania po prostu. 

środa, 18 lutego 2026

Siódmy koci żywot - Beata i Eugeniusz Dębscy, czyli to przecież niemożliwe by kot podrzucał wskazówki, prawda?

Nie dość że dziś środa, to wczoraj Dzień kota, a więc połączmy to w jednej notce. A kto poza Martą Matyszczak pokazuje iż nasze ludzkie intuicje, metody dedukcji i wszystkie talenty śledcze to pikuś w porównaniu z tym co potrafią koty? Ano ich miłośnicy, czyli Beata i Eugeniusz Dębscy. Mają już na swoim koncie kilka serii, w tym cykl o detektywie Tomaszu Winklerze, a Siódmy koci żywot miałby szansę otworzyć nowy pomysł. Lekki, ale wciąż kryminalny.

Przecież jest trup, jest śledztwo, są policjanci którzy je prowadzą pod przewodnictwem komisarz Borkońskiej, to byłoby jednak dość banalne gdyby nie ten dodatek - perspektywa kota, który postanowił wciąć sprawy dochodzenia w swoje łapki. Ludzie są tacy mało domyślni. A przecież zginął jego opiekun (właścicieli to mają psy, a nie koty prawda?), który tak o niego dbał. Może i człowiek nie do końca z czystą przeszłością, ale o wielkim serduchu, który starał się naprawiać popełniane przez siebie błędy. Należy się więc jakaś sprawiedliwość...

wtorek, 17 lutego 2026

Gerta Schnirch, czyli zawsze wolałaś milczeć

Chyba umknął by mi ten film, może ominąłbym go spodziewając się jakiegoś rzewnego historycznego melodramatu jakich wiele. Na szczęście Wydawnictwo Afera dało sygnał, że warto zwrócić uwagę, bo to przecież ekranizacja powieści Kateřiny Tučkovej. A po Bilej Vodzie, to dla mnie potwierdzenie jakości. Wciąż co prawda Boginie z Żitkovej czekają na półce, ale w tym roku na pewno trafią bliżej pod rękę - po prostu w skali roku te 180 tytułów przeczytanych to jest pewnie ze 20 procent tego co trafia na półki w domu lub na czytnik :( No nie da się wszystkiego...
 
Oglądając Gertę Schnirch trochę myślałem o tym ile hałasu by zrobił u nas podobny serial - w pewien sposób dotykający bolesnych ran, rozliczeń historycznych, tego jak czasem wolimy zapomnieć o winach i krzywdach, tłumacząc to jeszcze większymi grzechami. Historie pokazujące inną perspektywę zaraz oskarżane są o próby zakłamywania przeszłości, dorabiania poczucia winy ofiarom, a usprawiedliwianiem oprawców. A przecież nie chodzi o odwrócenie przekazu, tylko o to, by z uwagą pochylić się nad losem ludzi, a nie cyferek, nad dramatem, tragedią, a nie pojęciami z podręczników typu "naród", "odpowiedzialność", "wyrównanie krzywd". Nawet polityczne decyzje dotyczące przesuwania granic, nie usprawiedliwiają przecież okrucieństwa i odwetu na tych, w których widzimy jakby przedłużenie obecności krzywdziciela. Bo mówią tym samym językiem, bo wyznają tą samą wiarę, bo nie postrzegamy ich jako "swoich". A teraz możemy "odegrać się" za to wszystko czego doświadczyliśmy. Co z tego że zwykle na niewinnych, na kobietach i dzieciach, ale wmawiamy sobie że były współwinne, bo przecież przez krótki okres czasu żyły lepiej niż my, mogły korzystać z przywilejów, nie broniły nas tak jak byśmy tego chcieli. 

Tak. Gerta Schrnirch to poruszająca historia dotykająca tematu wypędzeń obywateli uznanych za niepożądanych, bo postrzeganych jako ludzi pochodzenia niemieckiego - dotyczy to m.in. nie tylko terenów Czech, ale i naszych ziem zachodnich, w obu przypadkach ludzi, którzy mieszkali tam od pokoleń, współdzieląc te tereny z sąsiadami innych narodowości. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Hamlet, czyli inna ona, inny on

Bardzo sobie cenię cykl pokazów z National Theatre w Londynie, które możemy oglądać w Polsce m.in. dzięki pokazom w Multikinie. Daje nam to bowiem możliwości poznania innego spojrzenia na teatr, na obsadę spektakli, pokazuje inne rozwiązania scenograficznych. Podobnie było i tym razem. Wydawać by się mogło, że „Hamleta” Szekspira znamy na wylot, że nic już nie jest nas w stanie zaskoczyć… a jednak. To tak jak ze znaną i lubianą potrawą, niby wiemy jak ją podać, a jednak każda restauracja robi to trochę inaczej czym może zaskoczyć.

Hamlet w wykonaniu Hirana Abeysekera jest zdecydowanie inny niż jego poprzednicy w inscenizacjach wcześniej oglądanych. Inna jest również Ofelia w wykonaniu Francesci Mills. Reżyser Robert Hestie pozbawił dramatu sztywności epoki elżbietańskiej ubierając obsadę w stroje zbliżone do współczesnych i przyspieszając akcję, równocześnie odbierając postaci księcia melancholii i czyniąc z niego młodzieńca na poły dziecinnego, na poły nadpobudliwego. Młodego człowieka, który nie jest w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez życie. Zabieg na pewno nowatorski, choć moim zdaniem zmniejsza dramaturgię na rzecz lekkości i rozmazuje sens tragedii. Natomiast pomysł na postać Ofelii wydaje się bardziej trafiony. Interpretacja jej postaci jest początkowo młodzieńczo żywiołowa, by zmienić się w tragicznie oszalałą. Według mnie to właśnie ona stała się centrum tego spektaklu i doprawdy jest zdumiewająca.

Flip Top Head - Trilateral Machine, czyli poeci też mogą zaszaleć

Czasem jestem pytany: skąd biorę różne tematy notek i swoje odkrycia np. muzyczne. Po prostu szukam. Czasem to kwestia zaglądania na strony ludzi, których znasz i szanujesz za ich gusta i tam coś trafiasz mniej znanego... Tak właśnie trafiłem np. na dzisiejszą propozycję, band który chyba nawet jeszcze nie ma na koncie albumu, same EPki, a znalazłem ich nazwę na liście tego co puszczał w swojej audycji Mariusz Duda w radiu 357. Jakoś wciąż nie trafiam na odsłuch na żywo, ale co mi szkodzi sprawdzać po nazwach i tytułach? 

Flip Top Head. Nawet nie wiem jak określić ich muzę, ale to ciekawa mieszanka art-rocka, może odrobina folku, ale i chwilami zadziora prawie punkowskiego. To co tworzy na pewno jakąś oryginalność to pomysł na delikatne, trochę melancholijne wokale i muzyka, w której nie brakuje melodii, czasem jednak potrafią zabrzmieć bardziej kakofoniczne nuty. Te przełamania, przejścia z jednego nastroju na drugi, sprawiają że to może trochę niepokoić, na pewno jednak zaciekawia. 

niedziela, 15 lutego 2026

Męczennik! Kaweh Akbar, czyli tak żeby to nie miało sens

O ile książka o której wczoraj pisałem, czyli Demon Copperhead, to rzecz, która wciąga prawie od samego początku, to Męczennik pewnie nie będzie powieścią która zachwyci każdego. Poruszający debiut prozatorski irańskiego poety, który od lat mieszka w Stanach, ma dość porwaną narrację, więcej tam świata wewnętrznego niż działań postaci, może jednak zachwycić nie tylko ze względu na odmienną kulturowość jakiej dotyka. Działa również język, poruszające dotknięcie tematyki śmierci, która czasem staje się tak bliska, na wyciągnięcie ręki. Już sam bohater zaskakuje oryginalnością - to młody poeta, dorabiający tym że w szpitalach jako aktor uczestniczy w szkoleniach studentów medycyny jak rozmawiać z pacjentami cierpiącymi ból, śmiertelnie chorymi albo członkami ich rodzin. 

Temat śmierci jest dla niego jednocześnie bliski ale i w pewien sposób bolesny, bo nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojej matki, która zginęła według ojca w strąconym przez Amerykanów samolocie. Cyrus Shams mimo młodego wieku ma na koncie już uzależnienia, a w sferze seksualnej też brakuje mu jakichś bardziej poukładanych relacji. To ciągłe eksperymentowanie, poszukiwanie siebie, czasem aż do autodestrukcji. 

sobota, 14 lutego 2026

Demon Copperhead - Barbara Kingsolver, czyli nikomu tak naprawdę na mnie nie zależy

Nawiązanie w tytule do słynnej powieści Dickensa nie jest przypadkowe, choć przecież Barbara Kingsolver nie opowiada historii w kostiumach epoki. Cofa, się ale nie za daleko, pisze o tym co zna, czyli amerykańskiej prowincji, borykającej się z biedą, alkoholizmem i uzależnieniem od opioidów. 

Wiele widziałem opinii na temat tego tytułu w samych superlatywach, że niby "genialny", "porywają" itp. Może nie używałbym aż tak wielkich określeń, ale na pewno to opowieść, która płynie, wciąga nas swoim rytmem, językiem, pewną nieuchronnością tego co przewidujemy. Wśród żywiołowo napisanych powieści społecznych może mieć moc rażenia nawet większą niż reportaże, bowiem porusza emocje. Wobec losu chłopaka, który nosi w sobie jakiś niepokój, bunt ale i wrażliwość, której nie daje w sobie zagasić, trudno pozostać obojętnym.

piątek, 13 lutego 2026

Wszystko na mojej głowie - Jakub Bączykowski, czyli każdy ma jakąś historię do opowiedzenia

Po Zadzwoń zanim dojedziesz dołączyłem do grona tych, którzy każdej książki Jakuba Bączykowskiego wyglądają niczym rośliny wody w ogrodzie. Powieści obyczajowych na rynku nie brakuje, ale on mam wrażenie uchwycił w świetny sposób potrzebę historii, w których najistotniejsze nie są porywy serducha, romanse i szczęśliwe zakończenia. Co w takim razie jest ma być ich siłą? Jakaś prawda w nich zawarta, emocje, uczucia, zakręty życiowe, szukanie nadziei i siły, zadawanie sobie pytań o to w którą stronę pójść. Może dlatego czytelnicy (nie tylko kobiety) tak je pokochali? Bo nie chodzi o to by opowiadać bajki, tylko dotknąć prawdziwego życia, czegoś co przeżywa większość z nas. Trudnych relacji z rodzeństwem, poczucia straty po kimś bliskim, miłości do rodziców którą odkrywamy często za późno, gdy ich już brakuje...  

We Wszystko na mojej głowie, czyli najnowszej książce Kuby znajdziecie nie jedną a kilka takich historii. I może jeszcze bardziej przypominać to różne azjatyckie comfort books, gdzie wokół jednego miejsca gromadzą się ludzie ze swoimi historiami, a wychodzą z niego jacyś spokojniejsi, mniej naładowani lękiem, stresem, czy złości. Salon fryzjerski w Polsce od lat trochę tak się kojarzył - ktoś nie tylko zaopiekuje się nami i sprawi że lepiej będziemy wyglądać, ale i wysłucha, może coś doradzi. Często kojarzymy to z miejscem na ploteczki, ale przecież dobry fryzjer, czy fryzjerka nie opowiadają o innych, nie powtarzają tego co usłyszeli. 

czwartek, 12 lutego 2026

Coben kontra Läckberg, Stany kontra Skandynawia, czyli O krok za daleko i Szklana kopuła

W ubiegłym tygodniu wyzłośliwiałem się nad dwoma serialami w oparciu o prozę Harlana Cobena, to dziś kolejny, ale żeby nie było nudy to tym razem w dwupaku z ekranizacją równie słynnej autorki z północy Europy.
Może za tydzień kolejny dwupak? Mam wrażenie, że jak ktoś wpadnie w rytm to po skończeniu jednego od razu szuka kolejnego, a po każdym rozczarowaniu myśli sobie, może następny wreszcie będzie lepszy. Obie dzisiejsze produkcje są lepsze od tego o czym opowiadałem tydzień temu, ale nie są też żadną rewelacją, mają swoje słabości i powtarzają pewne schematy. W przypadku O krok za daleko już sama obsada może rozbawić, bo oto w rolach głównych pojawia się aktor jakby dobrze nam znajomy (Zostań przy mnie), ale w zupełnie innej roli. Potem powtórzenie pewnych schematów (para morderców, którzy bawią się tym co robią) zwiększa jeszcze jakieś basze zdziwienie. Ta sama stacja robi z widzów idiotów? Nikt nie patrzy na scenariusz, na obsadę? 

środa, 11 lutego 2026

Sygnalista - Robert Peston, czyli polityka to brudna rzecz

Wydawałoby się, że z końcem zimnej wojny, thrillery polityczne trochę stracą rozpęd i nie będą miały już tej temperatury co kiedyś. Tymczasem jak pokazuje choćby House of Cards, polityka nieustannie dostarcza nam tematów, które mogą budzić emocje. W końcu ci ludzie decydują o naszych podatkach, podejmują ważne projekty zmian w prawie, pokazują kierunki zmian i inwestycji. Nie chodzi więc jedynie o bezlitosną walkę między kandydatami w wyborach, o bezwzględność, ale np. o tryb podejmowania różnych decyzji, o ukrywanie działań lobbingowych, czy też po prostu jakichś własnych grzeszków. 

Dziennikarze nie od dziś polują na takie tematy, jedni bardziej nastawiając się na plotki i sensacje obyczajowe, które przecież również mogą zatopić niejednego polityka, a inni mają większe ambicje - ich interesują programy, projekty, realizowanie obietnic, związki z biznesem, przejrzystość w podejmowanych decyzjach. I trochę właśnie takiego człowieka pokazuje nam Robert Peston w "Sygnaliście". Bohater by zdobyć jakieś informacje jest zdolny do bardzo wielu posunięć, czasem wiele ryzykując. Ma dodatkową motywację: podejrzewa że wokół tragicznej śmierci jego siostry, wysoko postawionej urzędniczki w rządzie, jest jakaś tajemnica, którą on musi rozwiązać. 

wtorek, 10 lutego 2026

Pillion, czyli poczuj coś mocniej

Cholera, mam problem z tym filmem, a może raczej ze sposobem w jaki Gutek Film go reklamuje - czyli jako świetną propozycję na Walentynki, jako romantyczny film jednocześnie przełamujący pewne tabu i myślenie o preferencjach seksualnych. 

Możecie stwierdzić że jestem homofobem, że nie kumam środowiska BDSM i jestem nietolerancyjny, jednak w całej tej historii nieśmiałego chłopaka, który zakochuje się w przystojnym motocykliście, jest coś co mnie bardzo uwiera. Gdyby to nie było dwóch facetów, tylko facet i kobitka, pewnie więcej osób podzielałoby moje zdanie - wszystkie te sceny, które niby mogą wydawać się zabawne i tłumaczymy je tym, że przecież to za obopólną zgodą, trzeba jednak wyraźnie nazwać przemocą psychiczną, emocjonalną i fizyczną, obejmującą również gwałt. I ok, jeżeli ktoś godzi się na taką przemoc, to nic mi do tego, choć moim zdaniem zamiast o tym opowiadać i się z tego śmiać, raczej powinniśmy delikatniej lub mocniej sugerować pomoc terapeuty. W tym przypadku moje serducho jest zdecydowanie po stronie matki, która obawia się że synowi dzieje się krzywda. Przesadza? Nie powinna się wtrącać? Kurcze, po to uwrażliwiamy na przemoc, żeby ją ignorować? Przecież ktoś kto jej doświadcza, czasem jest na tyle uzależniony emocjonalnie, tak bardzo zdominowany, że będzie się godził na wiele, byle tylko nie stracić obiektu swoich uczuć. Raniony, poniżany, wciąż spychany do roli tego kto nie ma prawa głosu, ma być posłuszny - czy ktoś taki może być szczęśliwy? 

poniedziałek, 9 lutego 2026

HÉR - Monochrome, czyli surowość północy i jazzowe szaleństwo

W ubiegłym roku muzyki na Notatniku było niewiele, na pewno jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się jazzu (m.in. Omasta) nie tylko w trakcie roku, ale i w podsumowaniach (Nene Heroine). A przecież dotąd tego nie słuchałem w większych dawkach, nie rozumiałem, drażniło mnie. Teraz odkrywam po raz kolejny jak różne oblicza może ta muzyka mieć. W wykonaniu gdańskiego zespołu HÉR przenosi ona nas w bardzo zaskakujące klimatu - surowej północy, nordyckiej mitologii, ale i jakiegoś world music przypominającego wciągające i transowe melodie tworzone przez ukochane przeze mnie od lat Dead Can Dance. 
 

Co kawałek, to zaskoczenie. No bo jest i gardłowy śpiew, są jazzowe wariacje na skrzypcach, ale jest i rytm, bardziej mroczny, rockowy, z wokalem opowiadającym jakąś historię. Ich odniesienie do Islandii, do dalekiej północy, czuje się w tej muzyce, czyni odsłuch podróżą w jakieś fantastyczne krainy. 

niedziela, 8 lutego 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska, czyli zdrada czy jednak zaniedbania i błędy

Warto domknąć dwutomową opowieść Elżbiety Cherezińskiej o Bolesławie II, królu któremu historia jakoś dziwnie zapomniała zasług, a pamięta głównie jeden czyn, który potem został obudowany czarną legendą przez Kościół. Oczywiście trudno oceniać z perspektywy prawie 1000 lat kto miał rację. To jakaś wersja wydarzeń autorki, choć warto podkreślić iż zwykle swoje powieści mocno opiera na źródłach historycznych. Powiedzmy więc że to próba trochę innego spojrzenia na króla, który dokonał bardzo wiele, a dziś wspomina się go głównie dzięki konfliktowi z biskupem krakowskim i egzekucji, która potem została wykorzystana przez niechętnych władcy. Nie od dziś wiadomo, że krew kogoś kogo można uznać za męczennika, służy sprawie o którą walczył. Cherezińska stawia zaś pytanie: co to była za sprawa. 


O pierwszy tomie tej opowieści pisałem już w grudniu - nosi ona tytuł Śmiały. Dopiero jednak po przeczytaniu całości, wszystko układa nam się zgrabnie, zaczynamy rozumieć znaczenie różnych konfliktów, ambicji, żali, gry rozgrywanej zarówno przez króla, próbującego umocnić państwo i swoją pozycję, jak i przez tych, którzy tego nie chcą. I nawet jeżeli dziś raczej trudno znaleźć wzmianki iż w drugiej połowie XI wieku wpływy różnych pogańskich plemion były tak silne, by mogli oni rozmawiać jak równy z równym z możnymi lub przedstawicielami Kościoła, to przecież byli oni jedynie języczkiem u wagi, siłą którą chciano wykorzystać dla odwrócenia uwagi lub zdobycia jakiejś przewagi. W powieściach o polskich władcach, szczególnie tych z rodu Piastów, autorka często wplata obecność ich kapłanów, żerców, wieszczek, elementy starych wierzeń, magii i można by uznać to za jakąś ciekawostkę, jej własną fantazję, również na to iż one wciąż były żywe nawet po 100 latach od oficjalnego przyjęcia chrztu przez kraj i wykorzenianiu tego co dawne. 

Żywego ducha - Jerzy Pilch, czyli jak bardzo może boleć samotność

Dawno już chyba nie miałem takiej zdegustowanej miny przy lekturze książki wybranej na DKK. Coś co stanowiło ciekawy pomysł, czyli zderzenie się jednego człowieka ze zniknięciem wszystkich pozostałych ludzi, jakby końcem świata, w którym ktoś o tobie zapomniał, z każdą stroną okazywało się coraz bardziej nużącym powtarzaniem tych samych przemyśleń i rozważań. Pilch zawsze lubił opowiadać historie, w których się pojawiał, potrafił to robić z ironią, z humorem. Tym razem jednak to skupienie na sobie - ja, ja, ja, doklejanie do tej historii na siłę cytatów z niby przypomnianych sobie książek, powtarzanie różnych refleksji po 10 razy na różny sposób, sprawiają że z lektury nie ma się prawie żadnej przyjemności. Początkowo tak, bo przecież Pan Jerzy potrafi pisać i nawet jak krąży jedynie wokół tego co ma głowie, wokół wspomnień, nudy nie będzie. "Żywego ducha" jednak wydaje się mocno wymęczone, na granicy grafomanii. To rozciągnięte na kilkaset stron kilka dobrych przemyśleń o tym co po nas zostaje. Przecież świat pozostał bez zmian, tylko ludzie zniknęli. Zostawili domy, zrobioną kawę, otwarte kawiarnie, sklepy, w hotelach rozgrzebane łóżka. Po prostu zniknęli. I w takiej rzeczywistości przechadza się bohater, facet już w starszym wieku, szukając odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

sobota, 7 lutego 2026

Frankenstein, czyli dałeś życie, to teraz nie uciekaj...

Rano o filmie Camerona, a wieczorem Guillermo del Toro. Dwa wielcy reżyserzy, którym zdarzały się filmy doskonałe, ale też od dłuższego czasu bardziej chyba ufają wielkości swojej wizji, niż rzeczywiście oferują nam coś nowego. Frankenstein zachwyca od strony wizualnej, po tylu ekranizacjach powieści Mary Shelley chciałoby się nie tylko wiernego opowiedzenia jej po raz kolejny i pięknych zdjęć, tylko czegoś więcej. Naukowiec ogarnięty obsesją o raz jego dzieło, które budzi u niego wyrzuty sumienia - stwór w którym widzi on jedynie ożywione ciało, a marzył mu się chyba umysł równie genialny jak jego. Istota której dał życie i dał nieśmiertelność, wyjątkową siłę, witalność, ale nie potrafił dać duszy, a może to tylko on jej nie potrafi dostrzec? Przecież jego ukochana (czy też raczej skrycie kochana, bo to wybranka jego brata), w tej istocie dostrzega coś więcej niż zwierzę. On przerażony jej siłą, więzi ją w lochach, ona zaś najchętniej wyprowadziła je na zewnątrz, by doświadczało świata, by się uczyło na niego patrzeć. 
 

Sporo osób podkreślało po seansie, że film jest piękny, brakuje jednak w nim emocji. I to jest pytanie, czy w historii oglądanej po raz... (dziesiąty?), można jeszcze te emocje odnaleźć. Niby wszystko u del Toro jest tak jak powinno być, może trochę bardziej chaotycznie niż można by się tego spodziewać, czegoś jednak brakuje. 

Avatar. Ogień i popiół, czyli jest widowisko ale duszy już brakuje

Trochę dla formalności notka o trzeciej odsłonie Avatara. Czemu dla formalności? Bo to zaczyna przypominać serial i to kiepski, gdzie w każdym odcinku powtarza się nie tylko ten sam schemat, ale nawet poszczególne rozwiązania i sceny. No jak to ma trzymać w napięciu?

A mimo to, podobnie jak pewnie wielu ludzi, których zauroczył pierwszy film z cyklu Camerona, jego widowiskowość, usiadłem na sali kinowej. I nie żałuję, choć już na notkę trochę miejsca mi było żal, gdy tyle innych tytułów czeka na swoją kolej, a na przyszły tydzień szykują się aż 4 spektakle. Noż kurde kiedy ja mam to pisać?  

Podkreślam więc: jedynie dla formalności i bardzo skrótowo, głównie o tym co na plus, bo tego co na minus, czyli powtórzeń, powtórzeń, powtórzeń, po prostu byłoby za dużo. Fakt - coraz większą rolę odgrywa już kolejne pokolenie, ono staje się nie tylko zakładnikiem, by wreszcie ludzie mogli dorwać "zdrajcę" Jake'a Sully'ego, ale też mają ważną rolę w procesie uratowania wszystkich Na’vi i całej Pandory. Ponownie różne plemiona będą musiały poświęcić wiele ofiar, by stanąć do nierównej walki z ludźmi, którzy myślą tylko o zysku i zemście. 

piątek, 6 lutego 2026

Potrójna dawka aburdalnego humoru, czyli Evžen Boček i Arytoskratki część 3, 5 i 6

Może nie polecam tego w tak dużej dawce jak sam sobie zapodałem, czyli 3 tomy jeden za drugim, ale cykl Evžena Bočka to perełka humoru i zdecydowanie jeżeli szukacie czegoś lekkiego na poprawę nastroju, to szukajcie Arystokratki. O poprzednich tomach też pisałem, one łączą się ze sobą, więc najlepiej czytać po kolei, ale każdy też stanowi pewną zamkniętą ramami historię, w które można dostrzec zarówno kontynuację (postacie), jak i nowe pomysły. 

I w sumie chyba nie powinienem zdradzać zbytnio fabuły, bo to sama przyjemność wejścia w te pokręcone historie, ale przynajmniej kilka zdań o każdym z tych trzech tomów napiszę, a wcześniej choć parę słów zarysu okoliczności w jakie wchodzimy. 

czwartek, 5 lutego 2026

Niebo. Rok w piekle, czyli czemu za nim poszedłeś

Dużo sobie obiecywałem po tym serialu, mam jednak wrażenie że nie do końca wykorzystano potencjał jaki był w tej historii. Mimo dobrej obsady (Kot, Różczka, Jastrzębska, Linowski), nie udaje się uchwycić tego co wydawałoby się w historii o sekcie Niebo najważniejsze, czyli psychologicznych mechanizmów, manipulacji. Zamiast tego mamy jakieś elementy dramatu, thrillera (nie da się stąd uciec, odbierają ci dziecko), a historia staje się letnia, brak w niej jakiejś iskry. Co z tego że Tomasz Kot jak zwykle magnetyczny, skoro nie do końca wierzymy w tą jego siłę oddziaływania. Bombardowanie miłością? Przepowiadanie? Uzdrawianie? Przecież pytanie czemu ludzie oddają cały swój majątek, idą za kimś kto karze im żyć w komunie, ciężko pracować fizycznie, w dodatku klepiąc biedę, stawia sobie każdy widz i chciałby zrozumieć, chciałby to poczuć.   

Tymczasem w Niebie od początku wyczuwamy jakieś napięcie, jakieś niepokoje, które potem w naturalny sposób prowadzą głównego bohatera do prób odejścia. Początkowo bardziej by chronić innych, niż siebie, ale to jego zmaganie się z samym sobą, z tym czego doświadczył, z tym że ktoś go "wybrał" aż prosiłoby się o jakieś pogłębienie. 

środa, 4 lutego 2026

Kapsuła - Wojciech Wójcik, czyli ile o sobie wiemy

Powieści Wojtka Wójcika już parę razy gościły na moim blogu i choć można pewnie by wskazać jakieś cechy ich wspólne, za każdym razem wciągają mnie zupełnie w inną historię. Zaskakującą o tyle, że u niego raczej na próżno możecie wypatrywać super przenikliwych gliniarzy, detektywów, pościgów, strzelanin, fajerwerków. Są jakieś zwroty akcji, gdy coś nagle przed nami się odsłania, wszystko jednak toczy się dość powoli. To nie znaczy że brakuje dramatyzmu, albo nie wciąga, z góry jednak trzeba nastawić się na wolniejsze tempo, na zbieranie okruchów i z nich składanie sobie jakiejś historii. Wójcika interesują losy zwykłych ludzi i tam wynajduje materiał na intrygę. Czy to znaczy że jest to mniej ciekawe od wymyślanych seryjnych morderców i genialnych śledczych, którzy ich ścigają? Jest inaczej.  
 
Tu prawie każdy coś ukrywa, ma jakiś sekret, mniej lub bardziej wstydliwy, czasem w ludziach buzują jakieś emocje, pretensje, żale, zazdrość czy coś mniej osobistego, ale bazującego na ich własnych traumach. I to bywa równie ciekawe jak thrillery gdzie co parę stron ma dziać się coś ekscytującego. 

Niby zwykłe miasteczka, środowiska które pewnie znamy i może do nich należymy, a tu nagle jakaś tragedia. Jak reagują ludzie, co mówią i komu nie chcą nic powiedzieć (zwykle policji), może czasem wyjdą jakieś plotki i historia robi się coraz bardziej skomplikowana. 

Czy Coben zawsze będzie trzymał w napięciu, czyli Zostań przy mnie i Już mnie nie oszukasz

Netflix zdaje się uznał że Harlan Coben gwarantuje im sukces serialu, więc produkują je już seryjnie, nie zważając na to iż nawet najlepszemu pisarzowi zdarzają się powieści słabsze no i niestety: im więcej, tym bardziej widać schematy w jego twórczości. 

Oczywiście dużo do zrobienia ma też reżyser, który przecież może trochę poczarować z materiałem, obsada, ale jak widać po przykładach o których dzisiaj - samo nazwisko autora na podstawie którego powieści robi się film, to za mało. Nawet już aktorzy zaczynają być taśmowo zatrudniani przy tych produkcjach i potem zdziwienie, że ta sama twarz ale przecież gra zupełnie kogoś innego. Tych seriali jest już chyba z 10 na samym Netflixie więc nie dziwcie się artykułom w sieci - najlepsza dziesiątka ekranizacji powieści Cobena jakie kochają widzowie. 
Ostrzegam, choć te dwa też znajdziecie na takich listach. Omijajcie je raczej z daleka, bo to strata czasu. 

wtorek, 3 lutego 2026

La Grazia, czyli do kogo należą nasze dni

W niedzielę pisałem o Kandydacie Żulczyka, gdzie mamy obraz prezydenta Polski, a oto powracamy na najwyższy urząd tyle że we Włoszech. Paulo Sorrentino kreśli jednak zupełnie inny obraz - oto człowiek powszechnie szanowany, uznawany za wyrocznię w dziedzinie prawa, choć z wiekiem wydaje mu się że coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością, która tak szybko się zmienia. Oczekiwania by podejmował odważne decyzje, najwyraźniej są dla niego ciężarem, wolałby końcówkę swojego urzędowania potraktować jako spokojne żegnanie się z władzą, bez żadnych gwałtownych ruchów, żeby nikogo nie drażnić. 

Czy więc to film o odwadze i jej braku? A może o rozsądku i spokoju, towarzyszącemu dojrzałości? Wbrew pozorom w bohaterze filmu kotłuje się całkiem sporo emocji, jednak dotyczą one głównie przeszłości - wciąż na przykład przeżywa to że 40 lat temu został zdradzony przez żonę, po której śmierci mocno tęskni. Tą jego samotność wyczuwamy dość mocno, choć wybuchy zazdrości są sporadyczne, częściej to jakaś nostalgia w jaką wpada, może również lęk przed jakimiś radykalnymi zmianami.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Za kim idziesz - Hańba, Hiob Dylan, czyli orkiestra uliczna tym razem bardziej po amerykańsku

Najnowszy krążek Hańby to efekt współpracy z Hiobem Dylanem, songwriterem który od kilku lat zdobywa popularność na polskich scenach ze swoim banjo. Sporo tu jego numerów (jak choćby Polska B), ale w zupełnie innych aranżacjach, z szalonym rytmem, energią i naturalnością jaka z tego materiału bije. 

Chłopaki z Hańby, dotąd znani z radykalnych tekstów, punkowo-folkowej muzyki, tym razem trochę skręcają ku amerykańskim brzmieniom, to wciąż jest jednak muzyka ulicy. Rytm, melodia, instrumenty nie wymagające żadnego prądu, nagłośnienia, po prostu czysta zabawa. Tyle że więcej country i bluegrass z punkową energią. No może klarnet i akordeon sprawiają że to wciąż jest takie nasze, swojskie. 

niedziela, 1 lutego 2026

Kandydat - Jakub Żulczyk, czyli teatr pozorów i patologiczny koszmar

W zanadrzu kilka dobrych przeczytanych powieści, pojawia się więc dylemat o czym pisać najpierw. Wybieram najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, choć muszę przyznać że trochę zmęczyła mnie ta lektura. To trochę jak z filmami Smarzowskiego - trzeba się przygotować na to, że nie będzie to przyjemna opowieść o dobrych i złych, o tych co grzeszą i o tych, którzy niosą dobro. U Żulczyka może i pojawiają się ci, którzy mają jakieś dylematy, wyrzuty sumienia, chcą coś naprawić, dość skutecznie jednak los im pokazuje że świat ma w dupie ich "słabość" i albo pogodzą się z tym że są częścią moralnego brudu albo zostaną wymazani z pamięci, zgnojeni, bo nikt nawet nie zauważy ich próby naprawienia czegokolwiek. Zostaną wyśmiani, poniżeni i po prostu skazani na egzystencję w mroku, który coraz bardziej ich będzie pogrążał. 
 
Niech się nie ekscytują więc ci, którzy mieli nadzieję: ach, wreszcie ktoś odważnie dołoży tym ..., pokaże ich zakłamanie, układy i brudne interesy. To nie jest panflet na prezydenta, na popierające go ugrupowanie. To raczej dramat, w którym widzimy ile bólu, samotności, pychy i kompleksów jest we wszystkich uczestnikach tej gry zwanej władzą. 

Bohater Żulczyka jest niczym schodzący przez kolejne poziomy piekła, nigdzie nie znajdując nadziei, wsparcia czy iskry jakiejś siły będącej alternatywą. Polityka, media, służby, niezależnie czy jest to jedna czy druga opcja, prawicowi fanatycy, czy ci którzy sami siebie uznali za elitę intelektualną przemian po roku 1989, moralną wyrocznię, jedynych którzy mają rację, w Kandydacie jawi się jako bagno, w którym każdy myśli tylko o sobie, o władzy, o pieniądzach, o jakichś korzyściach. Gdzie tu państwo, społeczeństwo, gdzie ludzie? No przecież ci maluczcy są tak głupi i nieistotni że nie ma co się nimi przejmować. Liczą się tylko masy, którymi można manipulować. Kłamać, zaprzeczać, preparować fakty, prowokować, ogłaszać wyroki. A gdy ktoś zasługuje na uwagę, szuka się sposobu by go kupić lub zastraszyć.