poniedziałek, 7 maja 2018

Zjednoczone stany miłości, czyli po prostu przytul

Czasem zdarzają się takie filmy, wobec których człowiek czuje się po prostu trochę bezradny. Widzi układankę, rozumie mniej więcej co było celem jej twórcy, ale za cholerę nie rozumie komplikowania fragmentów obrazów, ich sensu i potrzeby. To tak jak w teatrze gdzie modne zrobiło się rozbieranie, rzucanie kurwami i odwoływanie się do współczesnych realiów, niezależnie od treści sztuki. Szokować. Wstrząsnąć. Zaskoczyć.
Tyle, że to co ogląda się po raz n-ty, nie ma w sobie już nawet ułamka potencjału i siły tego kto pierwszy się odważył. Jeżeli ktoś oglądał filmy choćby Seidla, tego Wasilewski pewnie raczej znudzi niż oburzy. W przeplatających się historiach czterech kobiet dostrzeże samotność i ogromne pragnienie miłości, ale i tak będzie pewnie zadawać sobie pytanie czy to trzeba opowiadać w ten sposób.

W jaki? Ano trochę odhumanizowany, jakby się podglądało zwierzęta. W bohaterach są jakieś pragnienia i uczucia, ale wobec innych zachowują się jakby kierowali się jedynie najprostszymi instynktami. Jeść, napić się, kopulować. No może jeszcze dodajmy palenie jako sposób na radzenie sobie z nerwami. Ciekawe odtworzenie szarej atmosfery przełomu lat 80 i 90 tak naprawdę chyba jedynie zamydla sens tej historii, jej uniwersalność, bo widz próbuje się doszukiwać jakichś dodatkowych odniesień do polityki, przemian ustrojowych. A przecież te bohaterki z ich pragnieniami można by spokojnie przenieść w jakąkolwiek dekadę i wyglądałoby to podobnie.
Pustka. Męczenie się w obecnej sytuacji życiowej. Rozpacz, nawet jeżeli nie wyrażana, tłamszona w sobie, to taka że i tak słyszymy krzyk.
Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Marta Nieradkiewicz i Dorota Kolak zagrały mocne role. Coś jednak naprawdę mnie w tym filmie uwiera, czuję w nim jakąś nienaturalność, brak szczerości, na siłę zohydzanie wszystkiego, odbieranie jakiejkolwiek nadziei.
Kto wie może kiedyś podejdę do niego jeszcze drugi raz? 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza