piątek, 31 października 2014

Drwal - Michał Witkowski, czyli luje, prochy i podobno kryminał

Ciekawostka - notka numer 1400.
Kończę październik kontynuacją klimatów kryminalnych. I obiecuję ciąg dalszy! W końcu "Gniew" już na ukończeniu (b. się podoba), a jeszcze kilka smaczków czeka na stosie. Ale dziś rzecz starsza i bardzo specyficzna. I znikam do niedzieli - dopiero wtedy rozstrzygnięcie i dalszy ciąg konkursu. 
Tak naprawdę moim zdaniem to nie jest kryminał, ale raczej zabawa konwencją i to średnio udana. Pal licho zagadkę i wątek kryminalny, tu bardziej liczy się klimat i spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. To one są jedyną siłą tej książki, stanowią o jej oryginalności. Aby zwiększyć sobie jeszcze ten poziom autoironii, absurdu i smaczków opowieści pisarza przed 40, homoseksualisty i celebryty uciekającego przed sławą w głuszę, zapodałem sobie to w wersji audio (czyta sam autor).

czwartek, 30 października 2014

Gość, czyli zabawa konwencją

Jutro premiera, więc chyba najwyższa pora by wspomnieć o "Gościu". Co prawda w ten weekend pewnie mało kto będzie siedział w kinie, ale zaraz potem to czemu nie. Ostatnio rzadko piszę o nowościach kinowych zza Oceanu, ale o tym filmie napiszę z przyjemnością. 
Jak czytacie jakieś zapowiedzi i informacje o tym tytule, wszędzie znajdziecie określanie go jako thriller. I niby racja, ale powiedziałbym: taki nie do końca na poważnie. Może to i lepiej? W końcu wszyscy mamy chyba przesyt filmów sensacyjnych, w których kule omijają tylko głównego bohatera, pościg przez miasto może trwać bez końca mimo rozlicznych dachowań i stłuczek, a blondynki uciekając mordercy zawsze podejmują decyzje najgłupsze z możliwych (a nie, to akurat do horrorów). I mamy to brać na poważnie? 
W każdym razie - trudno wymyślić coś oryginalnego w tym gatunku. A tu mam wrażenie, że się udało. Ja w każdym razie bawiłem się bardzo dobrze.

środa, 29 października 2014

Szubienicznik. Falsum et verum - Jacek Piekara, czyli kończ Waść...

Listopad coraz bliżej, ja wciąż przypominam i zachęcam do zaglądania do zakładki konkursy (12 książek do wyboru), natomiast losowanie przesuwam na niedzielę i wtedy dorzucę do koszyka kolejne tytuły - jeden już zdradziłem (Krajewski), ale pewnie będzie też coś z Fabryki Snów i może coś Rylskiego?

A dziś Piekara i drugi tom "Szubienicznika". O pierwszym już kiedyś pisałem, więc wiadomym było, że i po kontynuację sięgnę. Natomiast chyba mam już dość. Okazuje się bowiem iż to jeszcze nie koniec. Nie dość, że nie doczekaliśmy się rozstrzygnięcia i Pan Jacek przerywa znowu w najciekawszym momencie, to niestety powiela pewne wady pierwszej części "Szubienicznika". Ile można ciągnąć w tym samym stylu? Gdyby to było jeszcze coś co można czytać oddzielnie, połączone bohaterem i nawet będące kontynuacją, ale jednak z jakimś zakończeniem, można by było czekać kolejny rok, ale tak? To rozwiązanie dobre na serial (pamiętacie Czarne chmury), albo na powieść w odcinkach, gdzie czeka się krótko, ale nie do powieści, gdy czekamy ileś miesięcy zanim autor wypuści coś spod swojego pióra. Gdyby kolejny tom też okazał się podobnym mamieniem czytelnika, obiecywaniem czegoś ciekawego i kończeniem w pół zdania, to na czwarty już chyba nikt by nie czekał. Jeżeli skończy się na trzech, to wartość ostatniego i wyjaśnienie zagadek muszą być naprawdę na najwyższym poziomie, by cała trylogia też była zaliczona na plus. 

wtorek, 28 października 2014

Curly Heads - Ruby Dress Skinny Dog, czyli wyszli z garażu i pięknie łoją


Dziś miało być o książce, ale odkładam to na jutro, bo płytka, na którą trafiłem tak mnie nakręciła, że nie mogę się powstrzymać, by natychmiast nie podzielić się tym materiałem. Przypominam tylko o konkursie gdzie możecie wybierać między 12 książkami i spieszę donieść cóż  to za odkrycie.

Ano właśnie: podzielić. Ponieważ coraz więcej artystów zamiast wciskać nam w ciemno płytę CD, najpierw daje ją do przesłuchania - sami możemy ocenić czy chcemy ten materiał mieć na własność. Spotify, Deezer i jeszcze kilka innych miejsc służy nie tylko fragmentami jak dotąd, ale całością do odsłuchania. Cudo. Korzystam z tej możliwości już od dłuższego czasu i nawet miałem w ostatnim tygodniu chyba 3 nowe krążki "na widelcu" z zamiarem by o nich napisać. Nie zdradzę jakie to tytuły, może niedługo o nich wspomnę, ale jakoś żaden nie rzucił mnie na kolana od razu. A dokonał tego właśnie (już przy pierwszym numerze) Curly Heads. Cóż za energia! Jakie brzmienie! 

poniedziałek, 27 października 2014

Geograf przepił globus, czyli zajrzeć w duszę Rosjanina

geograf-przepil-globus-plakat-2014
Rosyjskie filmy tak rzadko goszczą na ekranach naszych kin (no może poza Sputnikiem i podobnymi festiwalami), że każda taka okazja jest już sama w sobie małym świętem. Dociera do nas niewiele, ale są to już perełki wybrane, nagradzane i wyjątkowe. Warto na nie polować w kinach studyjnych, albo potem na płytach, czy w telewizji. Niejednokrotnie się o tym już przekonałem (choćby Elena, Wyspa, Rusałka, wymieniając te nowsze). 
"Geograf przepił globus" również ma w sobie coś wyjątkowego. Historie o relacjach między nauczycielem, który ma dość luźne podejście do nauczania i młodzieżą, którą próbuje zarazić jakąś pasją (a nie tylko wbić wiedzę do głów) to temat często podejmowany. Ale pokażcie mi jakiś film, w którym nauczyciel nosiłby w sobie taką oryginalną osobowość jak Witkor z filmu Aleksandra Vedelinskiego.  

niedziela, 26 października 2014

Bum! Mo Yan, czyli wielkie żarcie, ale uczty literackiej to tu nie znalazłem


Nie dość, że ominęły mnie zarówno targi w Krakowie, jak i forum blogerów w Gdańsku, to jeszcze jakieś paskudztwo się przyplątało i cała niedziela pod kocem... I nawet poczytać w spokoju nie można, bo zatoki bolą tak, jakby ktoś w czaszkę wbijał gwoździe. Do pisania sił brakuje, ale żeby nie wypaść z rytmu, sięgam po jeden ze starszych szkiców. W końcu książka była omawiana na DKK już miesiąc temu, jesteśmy już nawet po kolejnej, a ja wciąż nie napisałem o niej ani słowa.
Przyczyn jest przynajmniej kilka. 
Po pierwsze sama postać laureata literackiej nagrody Nobla sprzed dwóch lat, jakoś mnie nie fascynuje - ze względu na przeszłość (był oficerem politycznym), wydaje mi się on jakiś mało ciekawy. 
Po drugie książka. Skoro już wybrano lekturę na DKK, nie mogłem się wymigać.

sobota, 25 października 2014

The Knick, czyli stulecie chirurgów

Zbierałem się do napisania o tym serialu już po pierwszym odcinku, bo zrobił na mnie spore wrażenie, ale chyba dobrze, że się trochę wstrzymałem. Mam już za sobą całość i wstępny entuzjazm trochę osłabł. Może nie na tyle, by nie wyglądać drugiego sezonu (ma być!), ale teraz już nie mam pewności czy się znajdzie wśród ulubionych w podsumowaniach roku. W końcu przede mną jeszcze Fargo.
The Knick ma kapitalny klimat. Niby realia początku XX wieku, wszystko raczej siermiężne, nowoczesności za grosz, za to przesądów cała masa, ale przy chwilami szokująco kontrastującej z obrazem muzyce elektronicznej, możemy być świadkami przełomu, który zrewolucjonizuje świat. W mrocznej, dziwnej atmosferze, żyją i pracują prawdziwi geniusze, którzy za swój cel postawili sobie ratować ludzkie życie. Nie tylko poprzez powtarzanie tego co ich nauczono na studiach - oni rzucają wyzwanie śmierci i chorobie, wciąż szukając nowych dróg, sposobów na dokonanie tego, co nie udaje się innym.

piątek, 24 października 2014

Niezwyciężony, czyli smutno mi się zrobiło

Gdy już obejrzałem ten film i dotarło do mnie, że zrobił go Werner Herzog, zrobiło mi się jakoś smutno. Czy to kwestia tego, że jako młody człowiek odbierałem jego produkcje inaczej, czy też (jak podejrzewa) na starość facet po prostu ma totalną zniżkę formy? Cholera, z tej (podobno autentycznej) historii żydowskiego siłacza Zishe Breitbarta występującego przed hitlerowcami, mam wrażenie że dałoby się wyciągnąć coś więcej. Nie dość, że widz nie czuje żadnych emocji w trakcie seansu, to wszystkie zarysowane wątki są tak banalne, jakby to była praca studenta pierwszego roku reżyserii (scenopisarstwa). A może to ja mam uraz do filmów, które opowiadają o historii krajów europejskich, historii, a grają w nich amerykańscy aktorzy gadający po angielsku albo kaleczący obrzydliwie inne języki?

czwartek, 23 października 2014

Miasto 44, czyli robi wrażenie i chyba tylko tyle

Trzeba się wreszcie zabrać do notki o Mieście 44. Tyle już o nim napisano, że nie mam zamiaru wydawać wyroków: warto - nie warto, bo kto miał się wybrać do kina, pewnie już to zrobił. Robię więc tę notkę trochę więc bardziej dla siebie, by uporządkować myśli i wrażenia. 
W skrócie: widać wydane duże pieniądze i było warto je wydać, bo pod względem wizualnym trudno tej historii cokolwiek zarzucić. Czuje się też, że film jest robiony przez młodego człowieka i dla młodych ludzi - teledyskowość pewnych scen, niektóre rozwiązania dla mnie były dziwaczne i raczej się nie podobały, ale zdaję sobie sprawę, że ta estetyka w całości może być kupiona przez młodsze pokolenie. Oni nie lubią ciszy w kinie, oczekują podkładu muzycznego, emocji, tego żeby "się działo". No to się dzieje.

środa, 22 października 2014

Siostry wampirki, czyli dorastanie nie jest łatwe

Moje córy w dzieciństwie szalały na punkcie różnych Witch, Winx i tego typu postaci, teraz już trochę wyrosły, ale nadal z lubością sięgają po rzeczy z nutką magii, zjawisk paranormalnych. Na razie nie jest to "Zmierzch", ale wszystko co trąci takimi klimatami i nie jest horrorem (moje nastolatki wolą komedie i przygodówki) musi być sprawdzone. Dotąd polowały na seriale, ale właśnie z Dorotką (czyli z młodszą córą) odkryliśmy coś fajnego w nowościach kinowych. Premiera w najbliższy piątek, więc jeżeli w najbliższych tygodniach szukacie czegoś familijnego w kinach, to "Siostry wampirki" są bardzo fajną propozycją. Zabawną, ale i z przesłaniem.
Wiem, że niektórzy będą kręcić nosami - że to Halloween, że obce nam kulturowo tradycje itd. Ale bez przesady - moje pokolenie bardzo dobrze bawiło się na "Rodzinie Adamsów" i nikt jakoś od tego nie zgłupiał. Tu właśnie mamy do czynienia z czymś podobnym - może mniej jest groteski, ale cała rodzinka Tepesów jest dość zwariowana i równie oryginalna jak Adamsowie. Tata - wampir z Transylwanii, jak najbardziej ludzka mama i dwie córki, która są pół-krwi wampirami, posiadają więc jedynie część wyjątkowych zdolności.

wtorek, 21 października 2014

Jeździec burzy w teatrze Rampa, czyli legenda żyje

Od premiery upłynęło już ponad 10 lat, ale jest ponownie szansa by zobaczyć to na żywo! Świetna sprawa, bo wiele musicali po intensywnym graniu, znika na dobre (przynajmniej u nas - to zbyt drogie spektakle). A "Jeździec burzy" jest wart zobaczenia na żywo jak mało który. Nawet nie ze względu na jakąś super oprawę sceniczną, bo ta jest skromna; nawet nie względu na choreografię, bo ta też nie powala (malutki ten zespolik taneczny). Siłą tego spektaklu jest muzyka. Grana na żywo przez zespół Romualda Kunikowskiego i to daje taką energię, że ciarki przechodzą. Największe brawa należą się muzykom. Zaraz po nich, albo na równi z nimi, zasługuje na nie grający Jima Morrisona Marcin Rychcik. To już nawet nie jest kwestia podobieństwa fizycznego, ale ma świetny głos i przeżywa tą muzykę tak, że ją czujemy całym ciałem. Warto też wspomnień iż wszystkie teksty są przetłumaczone na polski (maczał w tym palce Krzysztof Jaryczewski) co jeszcze mocniej łączy różne sceny i piosenki. Choćby ze względu na te trzy aspekty tego spektaklu - warto się wybrać na Targówek.

poniedziałek, 20 października 2014

Swoją drogą - Tomek Michniewicz, czyli opowieść o czterech podróżach po inne życie

Tomasz Michniewicz, Swoją drogą - okładka książki
Wracam do Tomka Michniewicza. Po całkiem udanej Samsarze to była kwestia czasu, a dzięki koleżance z pracy, spotkanie nastąpiło szybciej niż myślałem. I powiem, że chyba stawiam je nawet wyżej niż pierwsze. 
To na pewno różne książki. Obie pięknie wydane, okraszone świetnymi zdjęciami, pełnymi ciekawostek, ale tam było trochę takie pisanie "dla jaj", bez ładu i składu, a tu jest ciekawy pomysł i myśl przewodnia. 
W tytule swojej notki wspomniałem o czterech podróżach. Ktoś może zapytać: jak to? Przecież autor pisze tylko o trzech. Ale oprócz tego, że zabiera trójkę bliskich sobie osób w trzy różne miejsca świata, by czegoś doświadczyły, pamiętajmy że w punkcie wyjścia jest jeszcze on sam. Nie tylko oni coś przeżywają w trakcie tych podróży. Sam autor, choć dla niego to nie pierwszyzna, też czegoś doświadcza - w interakcji z nimi, obserwując różnice w swoim i ich spojrzeniu na różne rzeczy. I to było dla mnie nie mniej ciekawe, niż same podróże.

niedziela, 19 października 2014

Elizjum, czyli efekciarsko, ale miernie

Dzień dość intensywny - najpierw seans prasowy z córką (o "Siostrach Wampirkach napiszę z jej pomocą w tygodniu), a wieczorem jeszcze teatr. Troszkę się tym autkiem pokrążymy, zwłaszcza, że to dwa razy wyprawa na Pragę. Dziś więc notka z zasobów archiwalnych. Jutro podróżniczo, wtorek pewnie Miasto 44, środa relacja z teatru, czwartek coś filmowego, piątek premiera filmu familijnego, o którym wspominałem wyżej, sobota kolejna wymianka książek u nas w miasteczku, więc będzie książkowo. Plan zrobiony, zobaczymy czy wszystko się uda. Uparcie zmierzam do zamknięcia kolejnego miesiąca taką samą ilością notek co i dni...

Dawno, dawno temu (no może nie tak dawno, ale kilka latek minęło), zachwycałem się Dystryktem 9. Filmem trochę niszowym, ale dzięki temu zaskakująco świeżym. Wtedy na nowo poczułem frajdę z oglądania Sci-Fi. Jakoś nie po drodze mi z tym gatunkiem, tak jak i z kinem katastroficznym - efekty niby coraz lepsze, ale fabuła zwykle leży i kwiczy, wszystko jedzie po tych samych schematach. Ach żeby tak kolejny "Piąty element", który skrzył się od dowcipu, albo właśnie "Dystrykt 9". Niestety, chyba nie na co liczyć. Reżyser Neill Blomkamp skuszony wielkimi pieniędzmi, wolał nakręcić kolejny raczej szablonowy obrazek, w którym jeden facet ma zmienić wszechświat...
Może ja się nie znam, mam inny gust, marudzę, wiec dla porównania opinii, zerknijcie na dużo bardziej pozytywną reckę z zaprzyjaźnionego bloga.