wtorek, 30 stycznia 2024

Reacher, czyli on tu tylko przejazdem, ale i tak skopie wszystkim tyłki

Styczeń postanowiłem skończyć na luzie, porządkuję sobie notki, jest parę dobrych filmów, nadrabiam zaległości oscarowe, może uda się jeszcze jakiś wypad do kina np. na Kosa. Książek też kilka się nazbierało, nawet teatralnie mam zaległości do opisania, tylko z muzyką jakoś nie mam serca, by czegoś słuchać w całości i potem jeszcze o tym pisać. Ale w lutym obiecuję że z czymś wrócę.
A dziś Jack Reacher. Cholera, dopiero gdy widzisz Alana Ritchsona, obraz jaki miałeś po lekturze powieści Lee Childa układa się jakoś w całość. Tom Cruise? Wolne żarty. Od początku ten bohater miał być właśnie taki: mocny, mało skomplikowany, skuteczny i honorowy. Mniej biega, raczej walczy. I woli przywalić niż strzelać w plecy.

Oglądanie dwóch sezonów serialu to przyjemność trochę przenosząca nas dwie albo i trzy dekady wstecz, gdy królowały właśnie takie produkcje, gdzie scenariusz nie jest skomplikowany, koniec jest przewidywalny, ale i tak ma się frajdę z obserwowania jak kolejne złole dostają wycisk.

poniedziałek, 29 stycznia 2024

1670, czyli witajcie w najpotężniejszym państwie na świecie

Nie spieszyłem się z pisaniem o tym serialu, wszyscy chyba zdążyli już sprawdzić czy to poczucie humoru im odpowiada, ale dla formalności trzeba jednak napisać kilka zdań. Pewnie nie odkrywczych, jak zwykle jednak notuję swoje refleksje, a nie mam presji, żeby gdzieś to potem publikować, chwalić się, wymądrzać...

Formułę mockumentu twórcy serialu na pewno zgrabnie wykorzystali, a dzięki kasie z netflixa, nie musieli się martwić o detale (ten dwór! to błoto!). I to połączenie na pewno zachwyca. Plenery, stroje, dbałość o realizm, a jednocześnie cały czas zabawa nawiązaniami do współczesności, śmieszkowanie, stanowią o sile 1670. Dobry scenariusz, dialogi no i casting zagrały na 100% - tu prawnie nie ma słabych punktów. No dobra, wchodząc w poszczególne sceny można już wskazać, że jedne śmieszą, inne nie, że bywa już spadek energii, ale mimo wszystko - utrzymać uwagę widza na podobnym poziomie wcale nie jest łatwo. A tu nie chodzi jedynie o przebranie postaci w kostiumy i opowiadanie jakichkolwiek dowcipów, trzeba zadbać by historia jakoś się kleiła, żeby nie było zażenowania, a humor zbyt chamski. Przyznaję - zwiastun już dawał nadzieję na coś fenomenalnego, a całość raczej nie rozczarowuje.

niedziela, 28 stycznia 2024

Niepowstrzymani - Yuval Noah Harari, czyli błyskotliwie, żartobliwie o historii, która podobno jest nudna jak flaki z olejem...

Powolutku styczeń dobiega końca, notek wciąż trochę w zapasie, więc Notatnik pewnie będzie dalej dostarczał Wam codziennie jakąś propozycję kulturalną. Dziś nawet podwójną, ale z obietnicą, że jak przeczytam część trzecią spróbuję się powstrzymać od pisania, bo pewnie nie będzie odbiegać od tych, które już ukazały się na rynku. Wszystkie zalety i wady książek Harariego już można sobie sprawdzić i wiedzieć czego się spodziewać. Choć przyznaję, że trochę mnie zaskoczył tym, że pokusił się o wykład historii dla dzieci. Chwilami jako gawędziarz sprawdza się bardzo dobrze, ale jak to ma w swoim zwyczaju, robi zbyt wiele dygresji, których potem nie tłumaczy. Co z tego, że wyjaśnia jakieś mechanizmy dotyczące ludów pierwotnych (np. sposobu zdobywania pożywienia), jak nie potrafi się powstrzymać od podrzucania nawiązań zupełnie współczesnych - korporacji, komunizmu itp. jakby nie można było zrobić tego prościej, bez konieczności tłumaczenie kolejnych pojęć. No i kolejna rzecz, tak charakterystyczna dla niego...

sobota, 27 stycznia 2024

Noc szpilek - Santiago Roncagliolo, czyli jak wszyscy to wszyscy

Opowieść o dorastaniu, thriller, a może próba rozliczenia przeszłości, dramat odwołujący się do wspomnień z dzieciństwa - Noc szpilek to tak naprawdę z każdego po trochu.
Zaczyna się jak szczeniacka, dość bezczelna opowieść o grupie chłopaków co to tylko jedno im w głowie. Dorastają, potrafią więc każdą rozmowę sprowadzić na temat dziewczyn, seksu i własnych wyczynów na tym polu. Wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że większość z tego to jedynie fantazje i marzenia, ale przecież żaden się do tego nie przyzna. Trzeba pozować na twardziela, nie być miękkim, a najgorsze co mogłoby by ich spotkać, jak sobie o tym myślą, to być nazwanym pedałem.

Powoli jednak poznajemy każdego z tych chłopaków, jego sytuację rodzinną, a przy okazji dowiadujemy się jakichś niewielkich fragmentów historii politycznej i życia społecznego Peru. Lima jawi się jako miasto niebezpieczne, pełne gangów, ale w niektórych dzielnicach życie toczy się jakby trochę w innej bajce. I choć chłopaki nie należą w większości do jakichś elit, rodziców stać na szkołę prowadzoną przez Jezuitów, chcą oni swoje dzieci "wyprowadzić na ludzi". Oni jednak mają to w większości gdzieś, bo przecież są w wieku gdy robienie głupich rzeczy to sprawa zupełnie naturalna.
A gdy przyjdzie zmierzyć się z konsekwencjami? Cóż...

piątek, 26 stycznia 2024

Komediant, czyli a może to o nas samych?

Aktor Bruscon wraz z rodziną przybywa do prowincjonalnego miasteczka, by w miejscowej gospodzie przedstawić swoją sztukę „Koło historii”. Poznajemy go kiedy peroruje przed właścicielem gospody na swój temat i sztuki, którą napisał. Ta długa i nudna mowa pełna jest napuszonych słów na temat własnej wielkości, degrengolady środowiska w jakim się obecnie obraca i rodziny, która go zawodzi na każdym kroku. Zaczynamy się zastanawiać czy to naprawdę wielki aktor czy może pozer i hipokryta. Trudno go polubić. Z kim nie rozmawia temu daje długie pouczenia i odnosi się wrażenie, że on cały czas gra, tworzy wokół siebie teatr. Kimże on jest naprawdę? Wrażliwym człowiekiem czy kabotynem? A może te sprzeczności tworzą jego samego… pogardza wieśniakami, ale jednocześnie marzy, by zapełnili salę; dręczy rodzinę a jednocześnie twierdzi, że ich kocha; pogardza władzą, ale woli z nią nie zadzierać. Bruscon jest tymi sprzecznościami przepełniony, żyje nimi, tylko odnosi się wrażenie, że w nim samym zatarła się granica oddzielająca te sprzeczności od siebie. A może on kłamie? Tylko kiedy? Czy w jego wypowiedziach zawarty jest paradoks kłamcy, że jeśli kłamca kłamie to wtedy mówi prawdę? A może jako wielki aktor chce nam powiedzieć, że wszyscy kłamiemy. I autor gdy pisze i aktor gdy gra. Kłamią także widzowie. Wobec tego teatr to wielkie kłamstwo, a ponieważ życie też jest swoistym teatrem, wobec tego ludzka egzystencja oparta jest na kłamstwie. Nie chcemy czy nie umiemy tego dostrzec? Czy dlatego nie wzbudza naszej sympatii, bo stara nam się uświadomić, że bez kłamstwa nasze życie nie byłoby nic warte? I może dręcząc rodzinę jedynie uczy ją życia? A może to jedynie stary, złamany aktor, który patrzy jak jego świat odchodzi, umiera a jego miejsce zajmuje bylejakość i miałkość i wie, że nic się już nie da zrobić?

czwartek, 25 stycznia 2024

Weronika i zombie - Marcin Szczygielski, czyli nie musisz być sam

Muszę chyba trochę odpocząć po emocjach filmowych, bo obejrzałem dziś na dużym ekranie dwa z nominowanych do Oscarów filmów i trochę mną wstrząsnęły. A że pół wieczoru zeszło na dodawaniu kolejnych książek z autografami na aukcje WOŚPowe (jakby co sprawdzajcie tu: https://allegro.pl/uzytkownik/Piastow_WOSP), to dziś szybka notka. Choć nie wiem czy będzie szybka. Młodzieżówki niby nie są zwykle skomplikowane, ale jak są dobre (a ta jest), budzą we mnie tyle emocji, że chętnie bym pisała i pisał...
To co zwykle jako młodzieżówki w tej chwili się sprzedaje, czyli paranormalne romanse, fantasy, masę różnych erotyków, to w większości literatura, która daje chwilę przyjemności, ale zero refleksji. To nikomu nie pomaga. Może dlatego jak wpadnie mi w ręce książka mądra, poruszająca, dająca nadzieję, to cieszę się do niej jak mysz do sera.  

Marcin Szczygielski potrafi wzruszyć, jak i przy okazji opowiedzieć o czymś ważnym. O tym jak to jest gdy ma się lat 14, ma się poczucie że starzy cię nie rozumieją, gdy zaczynasz w nowej szkole i wszystko jest nie tak sobie to wyobrażasz i tego chcesz, jak przychodzą ci do głowy jedynie coraz bardziej desperackie pomysły do głowy na rozwiązanie twoich problemów...

środa, 24 stycznia 2024

Sfora - Przemysław Piotrowski, czyli nie umkniesz przed karą i swym losem

Miałem nawet zrobić tu mały pojedynek, czyli zestawić świeżo przeczytaną Sforę z innym kryminałem, który czytałem niedawno, ale tu chyba byłby mecz do jednej bramki. Przemysław Piotrowski po raz drugi po prostu brawurowo rozgrywa fabułę, tak że mimo sporej objętości książki, nie ma miejsca ani na nudę, ani nawet na chwilę odwrócenia uwagi. I choć Wojciecha Wójcika polubiłem w ubiegłym roku i jego książka mi się podobała, w porównaniu wypadłby chyba blado, niech więc poczeka na swoją kolej, może wystawię go do pojedynku z kimś innym?

Piętro, czyli pierwszy tom cyklu o komisarzu Igorze Brudnym mnie porwał, jednak z cyklami często jest tak, że z tomu na tom jest coraz słabiej, miałem więc lekkie obawy. Tak jak jednak historie się mocno ze sobą splatają, tak i napięcie jest bardzo podobne, ich poziom jest bardzo wyrównany.

wtorek, 23 stycznia 2024

Cięcie, czyli tanio, szybko, przyzwoicie

Dzień ogłoszenia nominacji oscarowych, więc dziś o filmie :) Artysty, który kiedyś mocno zaskoczył swoim zwycięstwem - Michel Hazanavicius to ten od Artysty. A potem zniknął. I jak widać wciąż ma ciekawe pomysły, ale trudno powiedzieć, żeby to było wielkie kino. Zresztą Artysta też takim nie był.
Cięcie potrafi zaskoczyć - pierwsze pół godziny, w które jesteśmy wrzuceni bez żadnego przygotowania, to totalna żenada, jakby produkcja klasy B, gdzie nic się nie klei, aktorzy nie wiedzą co grać, jest chaos, ale na szczęście na plan horroru wpadają prawdziwe zombie i skracają naszą mękę jako widzów, wykańczając po kolei wszystkie postacie. Zwykle jednak staram się oglądać filmy do końca, więc nie odpuściłem, czekają na to co można po takim groteskowym spektaklu jeszcze pokazać. Ale wiecie co?
Dalej jest ciekawiej!

poniedziałek, 22 stycznia 2024

Historia Jakuba, czyli jak to wszystko posklejać?

MaGa: Nie pierwszy raz można zobaczyć tekst Słobodzianka na scenie (poprzednio w Teatrze Dramatycznym) i po raz kolejny po jego obejrzeniu mam w duszy grozę, że ludzie ludziom potrafią zgotować taki los. A jednocześnie tchnie z niego nadzieja, że może kiedyś znikną wzajemne uprzedzenia, upadną stereotypy.

Robert: Naprawdę czujesz taką nadzieję? Dla mnie niestety to przede wszystkim opowieść pełna goryczy, opowiadana właśnie po to, że tak mało osób rozumie, pamięta. Dlatego tak ważna. Ale czy wychodzi się z nadzieją? Może raczej właśnie z bólem w sercu i znakami zapytania. Nie tylko o to jak to możliwe, że tyle cierpienia zgotowali ludzie innym ludziom. To również pytania o nasze wybory, dokonywane przecież z dobrymi intencjami, ale przecież nie zawsze muszą one nieść dobro innym ludziom.

niedziela, 21 stycznia 2024

Mężczyzna imieniem Otto, czyli czym wypełnić za duże serce

Jak niedziela to kino poniekąd familijne. Poniekąd, bo jednak chyba dla starszych. Feel good moovie, ale z motywami, które pewnie trzeba by z młodszymi obgadać (samobójstwo). No i to co ważne: to remake filmu, który już parę lat temu krążył po kinach (pisałem o nim tak) - Amerykanie jak zwykle muszą wszystko opowiedzieć po swojemu, co wcale nie znaczy że lepiej.
Na pewno każdy kto lubi Toma Hanksa, będzie miał frajdę, porównując jednak oba filmy dostrzega się to, że pazur trochę został stępiony (niechęć wobec imigrantów), a pozostała dość miałka obyczajowa opowieść. Czasem i takie fajnie jest obejrzeć, nie pozostanie w głowie jednak pewnie na dłużej. Ot sympatyczne kino...

Tym razem mam wrażenie, że Hanksa zresztą przyćmiła Mariana Trevino w roli gadatliwej i wrażliwej Marisol, nowej sąsiadki bohatera. Reszta postaci bardziej w tle, niektóre zresztą dość przerysowane, generalnie jednak zachowano to co było ważne w oryginalnej wersji. Oto niewielkie osiedle, w którym od lat mieszka Otto Anderson. Sam sobie nadał rolę strażnika porządku, wszystkich poucza, wyzywa od idiotów i większość mieszkańców jest na niego obrażona, choć już do niego się przyzwyczaili. Czy był taki od zawsze? Jeszcze parę miesięcy temu jego kanciastą osobowość mocno wygładzała żona, ale odkąd zmarła, zamknął się w sobie, a po przejściu na emeryturę nie widzi już żadnego sensu w dalszym życiu.

sobota, 20 stycznia 2024

Transatlantyk 2010 - Sara Różewicz, czyli nawet traumę narodową można przekuć w mit

Transatlantyk. Pierwsze skojarzenie? Gombrowicz i jego mocna satyra na nasze narodowe zadzieranie nosa, na elity.
A data 2010? Katastrofa samolotu z prezydencką parą oraz delegacją na uroczystości w Katyniu, żałoba narodowa, a potem coraz większe kłótnie wokół tego co się wtedy wydarzyło. To co nas na chwilę zjednoczyło, potem nas niestety również podzieliło, bo żadna ze stron nie chce słuchać tej drugiej.

Jak połączyć te dwie sprawy? Czy to nie będzie zbyt kontrowersyjne? Powieść wydana zostaje przez niewielkie wydawnictwo, przy zachowaniu tajemnicy co do tożsamości autora (podobno za pseudonimem Sary Różewicz ukrywa się znany polski pisarz), bez jakiejś wielkiej reklamy, na pewno jednak budzi ciekawość i emocje. Pewnie będzie też powracać, bo jeżeli niedługo rozpoczynają się prace nad filmem, w którym w rolę Lecha Kaczyńskiego zdaje się ma wcielić się Jacek Braciak (on też jest lektorem audiobooka, zresztą podobno kapitalnym). Dużo mamy niedopowiedzeń, informacji które trudno zweryfikować, ale może to świadomy zabieg, zwracający też uwagę na to jak wiele wokół wydarzeń z roku 2010 narosło mitów, interpretacji, oskarżeń i prób wyjaśnienia, a atmosfera publiczna mało sprzyja ich omawianiu, oddzielaniu prawdy od przekłamań. Każda strona trzyma się swojej wersji i to ty obywatelu musisz się opowiedzieć po jakiejś stronie. 


Ta książka nie jest próbą opowiedzenia o faktycznych wydarzeniach, a raczej o mechanizmach, które się uruchomiły przed, w trakcie i po nich. Bez trudu rozpoznamy konkretne postacie, nawet pewne sytuacje, które miały miejsce, a jednocześnie wciąż jest to opowieść raczej symboliczna niż reportaż. To gorzkie spojrzenie na to jak buduje się mit, po to by wzmocnić władzę, a jednocześnie, podobnie jak u Gombrowicza dość ostra satyra na wady, słabostki, kompleksy, które w naszym narodzie nie są wcale takie rzadkie. 

piątek, 19 stycznia 2024

Będzie lepiej, czyli czy naprawdę tego wszystkiego potrzebujesz?

Dziś premiera kinowa, więc znowu przestawiam kolejkę pisania. W planach na weekend na pewno książka, komiks i film, choć jak tu znaleźć czas, jak jeszcze dwa wyjścia teatralne mnie czekają. Gdyby tak dorzucić do każdej doby parę godzin, byłoby miło. Póki co czekam mnie nocka na czuwaniu, więc nie pozostaje nic innego jak próbować wykorzystać to jak najlepiej. Najpierw więc film, a potem stukam dalej...
Będzie lepiej to produkcja ludzi, którzy stali za sukcesem kultowych Nietykalnych, ale powiedzcie sami, czy w dzisiejszym świecie jeden udany film, gwarantuje że kolejny będzie równie dobry? Jaki potencjał w tej komedii jest. Na pewno też próbuje przy okazji dotknąć ważnych kwestii społecznych. Tak jak wtedy było to wykluczenie społeczne imigrantów, podział na lepszych i gorszych, tak teraz jest to temat stylu życia wielu Francuzów, życie na kredytach, konsumpcjonizm. Pewien duch sympatii do postaci, które jak każdy mają nie tylko zalety, ale i wady, również pozostaje wspólny. Mam jednak wrażenie, że teraz historia nie ma w sobie tak dużej siły, jest naciągana i co najgorsze, nie ma aż tak dużo powodu do śmiechu, nie głupawego, wymuszonego, ale będącego efektem inteligentnego scenariusza. Tego trochę zabrakło.

czwartek, 18 stycznia 2024

Ćmienie, czyli nikt nas z raju nie wygnał

Podejrzewam, że ten spektakl okaże się hitem. Jest tak skonstruowany, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jeden się zaduma, drugiego ściśnie w piersi, trzeci westchnie, że: wszystko już było, a na koniec wszyscy będą się śmiać. Zaskakujące zakończenie. To jest taki spektakl, którego nie można nijak opisać, bo kolejni widzowie nie będą mieć frajdy z jego oglądania, a naprawdę warto zajrzeć do Teatru Druga Strefa i zobaczyć go samemu. Opowiada o współczesnych młodych ludziach i o tym jak postrzegają otaczający ich świat, jak się w nim odnajdują, jaka jest ich kondycja psychiczna, co stanowi ich wyzwania, z czym i dlaczego sobie nie radzą. Sami sobie usiłują odpowiedzieć na pytanie co w ich głowach powoduje, że ciągle ich gna, by mieć lepszą pracę, lepsze domy, lepszy wygląd. Czy są w stanie wyjść z tej matni? Czy racjonalne podejście do życia i realny osąd tego co stanowi o tym kim są i gdzie się obecnie znajdują pozwoli im zatrzymać to tytułowe ciągłe ćmienie, ten nieznaczny ból, który wybrzmiewa w ich głowach jako „bądź lepszą wersją siebie”? Czy jest sposób by to ćmienie/ciśnienie zatrzymać?