Dopisałem parę zdań o "Przemytniku" z Eastwoodem i tak sobie pomyślałem, że do starszego pana, który wozi narkotyki dla mafii, bo nikt go nie podejrzewa, idealnie będzie pasować bohaterka świeżo przeczytanej książki.
A więc przedpremierowo: Kółko się pani urwało :)
Wyobraźcie sobie emerytkę, która żyje samotnie i według swoich własnych schematów: tu wypatrzy promocję na kurczaki i będzie jechać przez pół miasta (co ma innego do roboty), tu zajrzy do klubu seniora na jakieś zajęcia, to znowu zdrzemnie się na pół dnia, żeby sił nabrać do nowych aktywności. Generalnie stara się nie narzekać, a przynajmniej sama o sobie tak myśli, bo przecież w rzeczywistości narzeka prawie na wszystko. Powiem więcej: jest w cudowny sposób zgryźliwa, chwilami bezczelna, egoistyczna, walcząca o swoje, a w tym wszystkim po prostu chwilami rozbrajająca. Znacie takie staruszki? Takie które nawet z uśmiechem dziękując, że nie trzeba im pomóc, już wpychają ci wózek do dźwigania od którego tobie za chwilę pęknie kręgosłup, a ona przed chwilą ciągnęła go bez zadyszki? Które niby nie mają siły by wstać z ławki na przystanku, a po chwili wpychają się pierwsze do tramwaju nawet nie pozwalając ludziom by wysiedli? Które masz jak w banku, że czekając w kolejce do lekarza wepchną się przed ciebie, choć nawet nie mają numerka? Wiem, wiem, przesadzam, ale właśnie w ten sposób myśli też bohaterka prawie o wszystkich, którzy ją otaczają. Czytanie o tym w jaki sposób ocenia ludzi, jak nimi manipuluje, by uzyskać to co chce, jak sobie radzi nawet w sytuacjach, które są dla niej nowe, to niesamowita zabawa.
Bo też Kółko się pani urwało jest komedią kryminalną, w której niby jest jakaś intryga, największą frajdę sprawiają nam jednak zwariowane pomysły bohaterki.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
piątek, 29 marca 2019
Psie serce, czyli zwierzę sceniczne
To nie
nazwisko autora (Michaił Bułhakow) zwabiło mnie na to przedstawienie, ale Borys
Szyc, którego po „Hamlecie” (również we Współczesnym) uważam za jednego z
najlepszych współczesnych aktorów scen teatralnych. Między znajomymi mówię o
nim jako o „zwierzęciu scenicznym”, a więc nie można było nie widzieć tego
spektaklu.
Powieść
Bułhakowa przedstawia realia po rewolucji październikowej w formie zjadliwej
groteski, ale jak się temu mocniej przyjrzeć, to w dobie współczesnej niekoniecznie
straciło na aktualności – historia jednak kołem się toczy. Widzowie bawią się
świetnie, ale przez ten śmiech przebijają się do mózgu myśli pełne obaw i
dreszcze chodzą po plecach.
czwartek, 28 marca 2019
Przemytnik, czyli nie bierzcie ze mnie przykładu

Ostatnio notki piszę po nocy, potem łażę niczym zombie, a mimo pisania dzień w dzień i ta wciąż gromadzą się zaległości... Czy znowu mam łączyć np. filmy po kilka? Chciałoby się jednak każdemu poświęcić ciut więcej miejsca.
A więc zapowiedź: notka o Przemytniku jutro. Ale mimo mojej miłości do Eastwooda, tym razem rozczarowanie.
W kolejnych dniach na pewno trochę teatrów, z filmów Kurier, Zabić św. jelenia i może coś animowanego, a z książek coś wesołego.
A teraz dobranoc bo padam na nos.
No to co z tym Przemytnikiem. Clint mimo swojego wieku jest nadal w formie. Jako aktor pozostaje sobą, bywa cudownie zgryźliwy, niepoprawny politycznie, ale też potrafi być ciepły, dający wsparcie. Jako reżyser nie ma dwóch zdań — potrafi opowiadać historie. Tym razem jednak coś w tej jego opowieści szwankuje. Po pierwsze brakowało mi w niej jakiegoś napięcia, niby domyślamy się zakończenia, nie ekscytuje ono nas w większy sposób. Do tego dochodzą jeszcze względy moralne...
Mieszko I. Tajemnicze drewienko - Magdalena Koziarek, czyli dotknij, spróbuj, pytaj i wymyślaj historie
Mała zmiana w książkowych notkach. Moje dzieci wyrosły już z książek dla dzieci, same dobierają sobie lektury, a starsza nawet systematycznie ograbia mnie z moich kolekcji (King, Pratchett, Kisiel). Od czasu do czasu sam jednak z ciekawością zerkam na pozycje dla młodszych, przypominając sobie te chwile gdy jeszcze czytywaliśmy razem i wyobrażając sobie jakie emocje budziłby w nas dany tytuł - czy spodobaliby się nam bohaterowie, czy ich przygody by nas wciągnęły? Bardzo dobre wrażenia jakie wzbudziły we mnie książki "Damy, dziewuchy, dziewczyny" sprawiły, że kontynuuję poszukiwania po linii biografii. Seria "Polscy bohaterowie" to różni autorzy, ale w miarę spójna szata graficzna. I chyba do niej miałbym najwięcej krytycznych uwag. Mam wrażenie że jest zbyt infantylna, to ilustracje, które dla dzieciaków są mało atrakcyjne, a dorosłym kojarzą się raczej z wydawnictwami, które dostępne są "po taniości" i walą nachalnymi kolorami po oczach. Warto by nad tym popracować. A treść?
Hmmm... Jak napisać o sławnych postaciach, tak żeby było to ciekawe i nie przypominało cytatów z podręcznika? Najlepiej wpleść w fabułę jakichś młodych bohaterów, którzy sami, niejako przy okazji odkrywają jakiegoś bohatera i jego osiągnięcia. Taki właśnie pomysł wykorzystany jest właśnie w książce Magdaleny Koziarek.
wtorek, 26 marca 2019
CASA VALENTINA, czyli pozwólcie mi być wolnym choć innym
Szalenie
lubię wyjść z teatru i mieć tyle tematów do rozmowy, że nie wiadomo od czego
zacząć, omawiać obsadę kłócąc się zażarcie, kto był najlepszy, by w końcu dojść
do konkluzji, że każdy był rewelacyjny w swojej roli i cieszyć się, że akurat w
ten wieczór wszyscy grali tak pięknie, że widownia zgotowała im oklaski na
stojąco.
Historia (scenariusz
Harvey Fierstein) oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce
w Ameryce, w latach 50-tych. Jest opowieścią o transwestytach, którzy swój raj
na ziemi znaleźli w pensjonacie Rity (Maria Seweryn) i George’a (Rafał Mohr).
Tam czuli się bezpiecznie jako kobiety, zostawiając za sobą, choć na krótką
chwilę, życie w zakłamaniu, kłamstwie i strachu. W tamtym czasie zarówno
homoseksualizm jak i przebieranki w damskie ciuszki, by choć przez chwilę móc
pobyć mężczyznom po tej ich kobiecej stronie, karane były napiętnowaniem:
„zboczenie” i wieloletnimi wyrokami więzienia. W takich warunkach pensjonat
Rity był dla nich oazą ciepła, spokoju, akceptacji. A Rita ich rozumiała, sama
miała męża transwestytę, pobrali się, bo ona pokochała jego męską stronę i
zdołała zaakceptować stronę kobiecą. Jest przyjaciółką ich wszystkich i jako
perukarka pomaga im w tworzeniu kobiecej osobowości. Kiedy kolejni goście
zjeżdżają do pensjonatu jako mężczyźni, by po chwili przeistoczyć się w
kobiety, przekomarzać ze sobą – widzowie pękają ze śmiechu.
poniedziałek, 25 marca 2019
Belfer, czyli dawniej wszyscy byśmy wstali

Narobiło się trochę opóźnień z notkami teatralnymi, ale ponieważ w najbliższych tygodniach szykuje się sporo pracy i wyjazdów służbowych - może choć na pisanie znajdę chwilę.
Dziś Wojciech Pszoniak i świetny monodram Belfer (scena mistrzów Akademii Teatralnej nie zawodzi), spektakl który wzbudził we mnie sporo emocji i refleksji. Będzie więc trochę o samym przedstawieniu, jak i o sprawach jakie porusza scenariusz. Notkę dedykuję wszystkim moim nauczycielom oraz tym, którzy dziś podejmują ten zawód. Dość niewdzięczny przyznajmy, bo bardzo stracił na prestiżu i powodów tego jest cała masa.
Bohater - nauczyciel literatury opowiada o swoim profesorze, jakim szacunkiem go obdarzał, jakim był dla niego autorytetem. Kiedyś w mniejszych miejscowościach poza księdzem i wójtem nie było nikogo, kto byłby obdarzany większym podziwem. Wstawaliśmy mówiąc "dzień dobry" gdy nauczyciel wchodził do klasy... A dziś?
Wiedza na wyciągnięcie ręki, a belfer staje się kimś w rodzaju trenera, który ma ćwiczyć do testów albo cerbera, próbującego upilnować dzieci przez pół dnia, żeby się nie pozabijały. Połowę czasu pracy zabierają mu bezsensowne papiery jakich się od niego wymaga. Zarabia jak zarabia. Nie mam zamiaru w tej notce odwoływać się do strajku, ani bieżącej atmosfery, ale pomyślcie o tym jak Wy odnosiliście się do nauczycieli, jak o nich myślicie dziś i spróbujcie pomyśleć czy tak samo myślą Wasze dzieci. Abstrahując od oceny systemu edukacji, programów nauczania, po prostu mam wrażenie, że szkoła staje się coraz bardzie przykrym obowiązkiem, bo młodzież ma odczucie, że to im do niczego nie potrzebne. Kimś jest nie ten, kto skończył studia, ale ten kto ma fejm, kto zarabia kasę, o kim się mówi. I choćby robił głupoty, staje się wzorem dla młodych. Autorytety? Dziś już chyba dla młodych nie istnieją.
I jak w tej rzeczywistości odnajdują się nauczyciele? Coraz bardziej wypaleni, rozgoryczeni, że ich ambicje, oczekiwania jak to młodzież będzie chłonąć z wdzięcznością ich wiedzę, legły w gruzach. Powiecie - na szacunek trzeba zapracować - ale przyznacie, że trudno to zrobić gdy na wejściu nawet rodzice nie dają ci wsparcia i przytakują dzieciom, że pani pewnie jest głupia, bo robi coś co dzieciom się nie podoba...
Jak to się ma do Belfra?
niedziela, 24 marca 2019
Kryminalne przypadki Matyldy - Bożena Mazalik, czyli na kłopoty... lampka wina
Kryminał tym razem na wesoło. I choć pewne skojarzenia z mistrzynią Joanną Chmielewską pojawiły mi się w trakcie lektury, to już co do intrygi mam trochę uwag.
Generalnie jest sympatycznie. Trochę szalona bohaterka, wraz z równie nieprzewidywalną przyjaciółką, a wokół nich masa wydarzeń, które czasem same prowokują, innym znowu razem jakoś przypadkiem ładują się w samo ich centrum. To chyba jedna z rzeczy, która mi przypominała kultowe postacie z powieści Chmielewskiej: były równie zakręcone, działające pod wpływem impulsu, uparte, ciekawskie, przebojowe... Strach zwykle przychodzi wraz z opamiętaniem ciut za późno, pozostaje więc czekać na to co będzie dalej i liczyć na fart. I chyba nawet dla ewentualnych złoczyńców wcale nie są łatwymi ofiarami, bo niby bezbronne, ale jak coś im wpadnie do głowy...
Generalnie jest sympatycznie. Trochę szalona bohaterka, wraz z równie nieprzewidywalną przyjaciółką, a wokół nich masa wydarzeń, które czasem same prowokują, innym znowu razem jakoś przypadkiem ładują się w samo ich centrum. To chyba jedna z rzeczy, która mi przypominała kultowe postacie z powieści Chmielewskiej: były równie zakręcone, działające pod wpływem impulsu, uparte, ciekawskie, przebojowe... Strach zwykle przychodzi wraz z opamiętaniem ciut za późno, pozostaje więc czekać na to co będzie dalej i liczyć na fart. I chyba nawet dla ewentualnych złoczyńców wcale nie są łatwymi ofiarami, bo niby bezbronne, ale jak coś im wpadnie do głowy...
Stryjeńska. Let’s Dance Zofia! Czyli prawo do bycia sobą
Zofia
Stryjeńska, osoba nietuzinkowa, uznana artysta dwudziestolecia
międzywojennego, wszechstronnie uzdolniona (malarstwo, grafika,
ilustracje książkowe, projektantka zabawek, tkanin dekoracyjnych),
przebojowa, odważna, ryzykantka. Kobieta-artystka.
Wkracza
na scenę ubrana w męski strój, z miękkim wąsikiem nad ponętną
wargą, a za nią na ekranie widzimy współczesne wnętrza Akademii
Sztuk Pięknych w Monachium. Od tego zaczyna swoją opowieść Zofia
Stryjeńska (w tej roli Dorota Landowska), która kolejnymi odsłonami
ukazuje nam barwne życie tej kobiety. Kobiety, która kochała
sztukę do tego stopnia, że w przebraniu, pod fałszywym nazwiskiem
przez rok zdołała studiować w ASP w Monachium, choć wówczas nie
mogły tam studiować kobiety. A jej się udało i nie, nie wyrzucono
jej stamtąd, sama odeszła bojąc się rozpoznania. Jest to zarówno
jej zwycięstwo jak i porażka. Ale jest wolna. Jest niezależna.
sobota, 23 marca 2019
Jednocześnie, czyli co składa się na nas samych
W
ramach serii wydarzeń kulturalnych zgromadzonych pod wspólnym
tytułem „Przebudzenie wiosny” obejrzałam w Teatrze SOHO
monodram „Jednocześnie” oparty na tekście Griszkowca w
wykonaniu Przemysława Stippy, w reżyserii Artura Tyszkiewicza.
Bardzo dziwny ten tekst. Zupełnie jak rozprawka filozoficzna. Jakieś
przedziwne zagłębienie się w siebie, rozkładanie na molekuły
wszystkiego co składa się na nas samych. Nie jest to tekst łatwy,
przyznaję się bez bicia, że ciężko przedzierał się przeze
mnie. Wyszłam z tego spektaklu z pytaniem: a właściwie o czym to
było?
Potem
upłynęło kilka godzin i ten dziwny tekst zaczął do mnie
powracać, intrygować. Nie ma w nim fabuły jak w klasycznym
utworze. Przecież ta niby opowieść, niby rozmowa z widzem to jak
strumień świadomości każdego z nas. Płynie obijając się o sens
życia, muskając uczucia, spowalniając na dramatach, jednocześnie
chowając się w tajemnicach.
piątek, 22 marca 2019
Berek 2, czyli upiór w moherze.
Ponieważ twórcy zadbali o to w tytule, nawet nie musimy w notce dodawać naszego zwyczajowego: czyli...
MaGa: Kontynuacja niemal już kultowej komedii „Berek czyli upiór w moherze” granej przez dobrych kilka lat w Teatrze KWADRAT. Z obecną kontynuacją tej komedii czyli „Berek 2” łączy je odtwórczyni roli głównej czyli Ewa Kasprzyk, tym razem również w roli reżysera. Jeżeli ktoś był na „pierwszym” Berku i śmiał się do woli, tym razem też będzie usatysfakcjonowany, bo to ten sam rodzaj humoru.
R.: Rozgrywanie różnicy pokoleniowej i zderzenia światopoglądów może wydawać się pełne uproszczeń i przerysowań, ale trzeba przyznać, że może też bawić. Religijność, masa przyzwyczajeń, dziwactw i wścibstwo, kontra izolowanie się w swoim świecie, konsumpcjonizm, zabawa i otwarcie na wszystko co nowe - z tego musi rodzić się masa konfliktów. Zwłaszcza gdy ktoś nie chce tak łatwo pogodzić się z tym, że teraz ludzie mają żyć obok siebie, nie wtrącając się ani nawet nie interesując życiem sąsiadów. Dla pewnego pokroju ludzi z dawnych pokoleń to trudne do zaakceptowania, bo przecież życie w samotności nie ma barw, ani smaku. A gdy masz możliwość objęcia swoim zainteresowaniem kogoś innego, nawet różniącego się od ciebie, z nadzieją że twoja pomoc i życzliwość będą docenione, to tak jakby już tu na ziemi złapało się Pana Boga za nogi.
czwartek, 21 marca 2019
Niezatapialni, czyli jeszcze nie utonęliśmy
Reklamowana jako cholernie zabawna komedia francuska "Niezatapialni" jest raczej jednym z tych filmów gdzie uśmiechamy się ciepło, a nie ryczymy ze śmiechu, daje pokrzepienie, a nie śmiech, który by pozwalał nam odreagować. Nie mówię że to źle, ale warto z góry uprzedzić, by potem nikt nie marudził, że musiał oglądać przez półtorej godziny nieudaczników życiowych i nie widział w tym nic zabawnego. Jeżeli z góry wiesz, że efektem będzie nie śmiech, a uśmiech, obejrzysz to z przyjemnością.środa, 20 marca 2019
Cisza Białego Miasta - Eva Garcia Saenz De Urturi, czyli czy da się temu zapobiec?
Szukałem wśród szkiców czegoś ciekawego, co byłoby godne uwagi jako notka nr 3001. Przecież jestem świadom, że pisząc o wszystkim co przeczytam, obejrzę, często operuję ocenami dość średnimi, bo rzeczy fenomenalnych nie trafia się codziennie. Ale ta moim zdaniem na taki tytuł zasługuje. Wśród wielu kryminałów przeczytanych w ostatnich miesiącach ten byłby zdecydowanie na podium i już cieszę się na jego kontynuację (to pierwsza część trylogii której akcja umiejscowiona jest w kraju Basków).
Co mnie tak zachwyciło w "Ciszy Białego Miasta"? Świetne połączenie kilku składników: niebanalnej intrygi kryminalnej, ciekawie zarysowanych postaci, a przede wszystkim prowadzącego sprawę Unai López de Ayala, zwanego Krakenem, tła którym są hiszpańskie miasteczka i ich mieszkańcy, historie które ciągną się czasem wiele pokoleń wstecz. To wszystko tworzy powieść, od której trudno się oderwać.
Co mnie tak zachwyciło w "Ciszy Białego Miasta"? Świetne połączenie kilku składników: niebanalnej intrygi kryminalnej, ciekawie zarysowanych postaci, a przede wszystkim prowadzącego sprawę Unai López de Ayala, zwanego Krakenem, tła którym są hiszpańskie miasteczka i ich mieszkańcy, historie które ciągną się czasem wiele pokoleń wstecz. To wszystko tworzy powieść, od której trudno się oderwać.
wtorek, 19 marca 2019
Ciche miejsce, czyli dawno mnie tak nie wciągnęło
Opublikowałem ten post i ze zdumieniem patrzę na liczby. Piszę po raz 3000. Tyle dni i tyle notek. I dobrze mi z tym. Niby nie są ważne zasięgi, reklama itp. To daje frajdę, bo nigdy nie spodziewałem się, że tyle tego będzie, że wytrwam, że coś się nie zawali... Stracić to wszystko byłoby koszmarem.Odkładam różne szkice na temat książek i teatrów, by wrzucić coś filmowego. Nie, nie nowości, bo znowu do kina nie ma czasu chodzić. Ale w tv zawsze coś można upolować. Usatysfakcjonowany trzecim sezonem Detektywa i piątym Luthera, szukam czegoś kolejnego z kryminałów, ale parę ciekawych krótszych rzeczy w międzyczasie odkryłem z tego co przegapiłem w kinach. Ciche miejsce okazało się hitem! Dawno nie emocjonowaliśmy się tak bardzo losem bohaterów, komentując to co się dzieje na ekranie.
Ze zdumieniem patrzyłem któż to jest reżyserem tego filmu. John Krasiński? A któż to? Przeglądam filmografię, niby ma coś na koncie, ale jakoś nie kojarzyłem go za bardzo. Za kamerą też nie stoi pierwszy raz, ale po tym filmie stwierdzam że muszę baczniej mu się przyglądać. Wiadomo, że w przypadku "Cichego miejsca" liczył się pomysł, ale tu wszystko jest na miejscu i w punkt, a spieprzyć dobry scenariusz zdarza się najlepszym. Krasiński wykorzystał go w 100%. No i sam też zagrał, co trzeba przyznać całkiem nieźle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








