
Pamiętam dobrze jak wsiąkłem w niesamowity mroczny klimat miasta Breslau w pierwszych powieściach Krajewskiego. Potem był Lwów i komisarz Edward Popielski, ale czas ten sam i nawet kiedyś z Eberhardem Mockiem panowie prowadzili jedną sprawę. To wciąż był świat, który trochę już odszedł w zapomnienie - i te miejsca, i ci ludzie. To budowało klimat na równi z akcją i kryminalną zagadką. Ostatnie trzy książki Marka Krajewskiego tu już trochę inna bajka - nie dość, że część akcji dzieje się w czasach nam współczesnych, to i w retrospekcji nie cofamy się jakoś bardzo daleko. Ma to wpływ na atmosferę tych historii - mam wrażenie, że jest dużo bardziej szaro, brudno, nijako. Postać Popielskiego - dżentelmena starej daty, to jeden z niewielu dowodów na to, że nie wszyscy przy nowej ludowej władzy się do niej dostosowują. On na pewno nie ma zamiaru rezygnować ze swych zasad, z honoru, ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
W "Arenie szczurów", którą autor domyka cykl i kończy z tym bohaterem, stawia jednak swego bohatera w takiej sytuacji, że chyba nie ma człowieka, którego nu ona nie złamała. To jedna z książek Krajewskiego, gdzie najwięcej jest brutalności, brzydoty i wszelkiego paskudztwa. Mroczną opowieść, którą będzie odkrywać syn komisarza, tak naprawdę trudno nazwać kryminałem. Owszem jest tu pewna zagadka, ale to raczej pewien bonus, który jest potrzebny na początku i na końcu. To co dla wciąga, przeraża, odrzuca i fascynuje to historia zawarta w notatkach, które trafiają do rąk Wacława Remusa. Ojciec, zmagając się z mrocznymi demonami, które targają jego duszę, szuka zrozumienia, usprawiedliwienia i przebaczenia - a syn będzie musiał zdecydować czy mu ich udzieli.
A więc kryminał to? Może psychologiczny, mroczny thriller? Spowiedź? Etyczny rebus i wstrząsające świadectwo cierpienia w czasach, gdy godność ludzka niewiele znaczyła? Wszystko tak naprawdę po trochu.