czwartek, 30 czerwca 2011

Prawdziwe męstwo, czyli niewinność i determinacja

Koniec czerwca i mimo ostatnich kłopotów technicznych z blogiem obiecalem sobie, że "wyrobię normę" notatek. Kurcze - pół roku to niezły maraton, ale ja nie mam dość, trochę może wprowadzę porządków do archiwum, może za jakis czas konkurs, ale jestem pełen motywacji, że wakacje nie przeszkodzą mi i w kosztowaniu rzeczy ciekawych i w tym aby sie nimi dzielić. Odwiedzin sporo więc mimo niewielu komentarzy mam nadzieję, że można znaleźć tu coś ciekawego dla siebie :)
A notka na dziś to nadrabianie zaległości z tegorocznych Oscarów. Sam nie wiem czemu tyle odkładałem obejrzenie tego filmu. Może dlatego, że nie przepadam za westernami? A tym razem bracia Coen postanowili nakręcić właśnie coś w tym gatunku. Ale zrobili to trochę po swojemu - nie spodziewajmy się więc przygody, pościgów, strzelanin, super uczciwych szeryfów i tym podobnych schematów, które przychodza nam do głowy. Prawdziwe męstwo najbliżej chyba będzie dramatowi. I podobnie jak w ostatnich filmach tych reżyserów treścią jest nie tylko sama historia ale pokazanie pewnej konfrontacji - jak w świecie bez wartości i zasad zachować swoje morale, jak nie zginąć zbyt szybko, jak sobie radzić w trudnym świecie bez honoru, uczciwości i krztyny miłosierdzia.

Gra o tron, czyli kostiumy, średniowiecze, władza i nadchodzące zło

Wczoraj powrót z Krakowa więc i znowu czasu mało (ostatnie dni dość intensywne więc to norma, może jak dzieci wyjadą to się odpocznie). Ale ponieważ już od jakiegoś czasu zbierałem się aby napisać coś o serialu "Gra o tron" dziś jest dobra okazja na krótką notkę.
Książki George'a R.R. Martina nie czytałem więc i podszedłem do tej ekranizacji z dużym spokojem, bez większych oczekiwań i mimo głośnej reklamy bez emocji. Produkcje HBO zwykle wróżniają się dbałością o oddanie klimatu epoki, o szczegóły, które dodają barwy fabule - kostiumy, dekoracje, wnętrza czy smakowite epizody (często pełne przemocy czy nagości co małolaty nazywają "realizmem"). Nie inaczej jest tu. Tym razem pierwsze wrażenie jest takie - oto kolejny serial historyczny (jak np. Tudorowie) czyli rozgrywki o władzę, romanse na dworze, spiski, zdrady, wierność dla rodu i śmierć dla nieprzyjaciół. Przypomina to nasze średniowiecze, ale w trakcie kolejnych epizodów poznajemy specyfikę tej fantastycznej krainy. Południe, gdzie znajduje się stolica królestwa, kraina gdzie ludzie mają o sobie lepsze mniemanie oraz mroźna północ, gdzie żyja ludzie surowi ale uczciwi. Tu też znajduje się wysoki na 800 stóp lodowy mur który chroni całe królestwo przed siłami ciemności, które leżą poza nim. Ten wątek wydał mi się najbardziej intersujący - oto nadchodzi zima i wraz z nią zza muru nadchodzi coś nieznanego - siły tak przerażające, że trudne do wyobrażenia. Ci którzy potrafią widzieć trochę więcej niż czubek własnego nosa (i rozgrywki o władzę) czują, że to co nadchodzi zmienić może całą ich cywilizację. Ale niestety są oni bardzo nieliczni.

wtorek, 28 czerwca 2011

Festiwal kultury żydowskiej, czyli po prostu alchemia


Być w Krakowie i przegapić taką okazję gdy trwa właśnie festiwal? No przecież aż żal, zwłaszcza, że parę razy już oglądałem transmisję koncertu finałowego na Szerokiej i tak bardzo mi się podobała ta atmosfera. Na koncerty oficjalne bilety drogie no i w ciągu dnia trzeba być do dyspozycji na konferencji. Ale widać Pan obdarza hojnie tych co proszą :)
Najpierw krótki spacer po Kazimierzu i zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na koncert trzech kantorów na schodach synagogi na Izaaka. Potem w poszukiwaniu miejsca gdzie można by posiedzieć knajpka na Szerokiej i znowu malutki koncert - tym razem bardzo kameralny (duet gitara i skrzypce) ale i tak potrafili sprawić, że się "rozbujaliśmy".
No i wreszcie na finał powrót szybkim marszem z Rynku Głównego na Kazimierz. Dobrodziejstwa internetu - udało się wyhaczyć informację, że oprócz koncertów oficjalnych o północy zaczyna się jeszcze jam session (a raczej chyba jazz klezmer session).

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Boisko bezdomnych, czyli każdy ma prawo do sukcesu

sobota, 25 czerwca 2011

Bachata, czyli notka trochę nietypowa i wyjazdowa

Dziś jeszcze jedna notka i jak w tytule - trochę nietypowa. Po pierwsze jutro na kompa nie będzie czasu bo sporo czasu zajmie podróż do Krakowa, a potem też pewnie nic się nie napisze. Po drugie - pisząc zwykle staram się wskazać konkretną płytę, a tym razem jest trochę inaczej. To notka dotycząca raczej pewnego nastroju, gatunku muzyki, więc i wykonawców i płyt można by wymieniać sporo. Ale po kolei. Dostałem kiedyś od koleżanki z pracy na pendrive cały katalog o nazwie Xtrme Bachata. Przesłuchałem specjalnie się nie przyglądając, ponuciłem bo wpada w ucho - ot takie ludowe granie z Ameryki Płd, typowo latynoskie rytmy, może trochę przypominające nam telenowele rodem stamtąd. Odłożyłem "na później" bo muzyki mam tyle, że już na kompa się nie mieści, trzeba to upychać w różne zakamarki, do których sięgam rzadziej. I oto dziś przy sprzątaniu nagle "załapałem " i ta muzyka nie chce za diabła odpuścić, leci w kółko.

Nasza Rosja, czyli dość g...a w kinie

Zastanawiałem się czy w ogóle o tym "filmie" pisać, bo poziom tej komedii trudno porównać do czegokolwiek co dało się oglądać ostatnimi laty (bo głupawych komedii amerykańskich raczej z zasady unikam). Gagi i pościgi rodem z Flipa i Flapa, mnóstwo przerysowań, absurdu i do tego jeszcze rasistowskie dowcipy z imigrantów. No ale muszę przyznać - po pierwsze obejrzałem do końca i nie wyłączyłem, po drugie całość głupawa, ale parę dialogów i parę scen było naprawdę zabawnych, po trzecie ewidentnie jest to specjalnie doprowadzone do przesady więc nawet te rasistowskie dowcipy można wybaczyć (bo śmiejemy się nawet nie z samych dowcipów tylko raczej z tych co się z nich śmieją) - to przewaga dowcipów dla nastolatków ale też mruganie okiem do tych, którzy lubią przerysowany humor. Po czwarte i chyba najważniejsze - zwyciężyła ciekawość co też było hitem kinowym w Rosji w ubiegłym roku przebijając Avatara i inne "hity". Niby demokracja i głosowanie nogami większości nie świadczą o wartości ich wyborów ale zawsze można dowiedzieć sie w ten sposób czegoś o samych głosujących :)

piątek, 24 czerwca 2011

The event, czyli obcy są wśród nas


Kolejny dość ciekawy serial, który prawdopodobnie skończy się już po pierwszym sezonie. Rozumiem, że tego typu produkcje wymagają sporo większych nakładów niż komedie, czy sensacje (choć tu nie jestem pewien) ale przecież oglądalność i popularność nie jest wcale niska (wliczając nie tylko USA ale też inne kraje). Szkoda, bo podobnie jak w przypadku Flashforward pomysł był bardzo rozwojowy i tak jak tamten trochę gubił napięcie i tempo to ten raczej pod koniec przyspieszał (a zakończenie dawało sporą nadzieję na ciekawą kontynuację).
Może nie jest to arcydzieło, ale przy braku ciekawych, niesztampowych seriali była to ciekawa odmiana. Niby jest to Scie-Fi bo fabuła tyczyła sie "obcych", którzy są wśród nas, ale kręcone to było po prostu jak dobry sensacyjno-polityczno-konspiracyjny thriller.

czwartek, 23 czerwca 2011

Wszyscy umrą, lecz nie ja, czyli po raz kolejny o nastolatkach

Ostatnio mam fazę na kanał Wojna i pokój czyli kino rosyjskie. Wiadomo, że oprócz perełek znajdą się tu i rzeczy słabsze - jak w każdej kinematografii, ale ponieważ filmy rosyjskie tak rzadko pojawiają sie w naszych kinach czy w tvp to ten kanał jest dobrym miejscem by nadrabiać zaległości. Tym razem trafiłem na coś mocnego - porównywanego do naszych Galerianek, ale zdaje się że ich produkcja była wcześniejsza. To obraz pokolenia dzisiejszych rosyjskich nastolatków, którym głównie w głowie zabawa i ciekawość tego czego jeszcze nie doświadczyli (kto by tam myślał o konsekwencjach). Dorośli dla nikogo tu niestety nie są autorytetem, a nawet ich wsparcie i zwykła troska bywa odtrącana jako coś żenującego i niepotrzebnego.  Trzy czternastolatki  z Moskwy -  Katia, Żanna i Wika, z wielkim podekscytowaniem oczekują szkolnej dyskoteki - marzą o tym dniu od dawna i robią przy okazji sporo planów (alkohol, ciuchy, no i żeby ktoś zwrócił na nie uwagę).

środa, 22 czerwca 2011

Boso ale na rowerze, czyli wcale nie śmiesznie o dzieciństwie

Różne rzeczy są w trakcie czytania, płyty poszły trochę w odstawkę (ale pewnie na wakacje spory zapas muzyki zabiorę ze sobą) za to filmów ostatnio u mnie tyle obejrzanych, że ciężko nadążyć z zapiskami. Tym razem kolej na Belgię (chyba koprodukcja z Holandią), a w kolejce jeszcze chyba 3 filmy rosyjskie.
Boso ale na rowerze - warto zacząć od tytułu bo sugeruje nam coś zabawnego i głupawego a tymczasem oryginalny tytuł czy nawet angielskie tłumaczenie jest bliżej pojęcia beznadziei (na pewno nie ma tam sugestii niczego wesołego). Czyżby nasi dystrybutorzy obawiali się braku zainteresowania? Toż to zagrywka niczym opisywane przez M. Szczygła zagrania czeskich wydawców którzy każdy film czy książkę muszą zaopatrzyć w określenia typu: zabawna albo ironiczna opowieść, lekka historia, komedia itp.
Film to pewnego rodzaju retrospekcja Gunthera Strobbe - przyglądamy się jak zmaga sie z życiem, z problemami, ale by go lepiej zrozumieć musimy cofnąć się do jego dzieciństwa . Film więc pokazuje chłopaka w wieku lat trzynastu gdy mieszka w domu swojej babci z ojcem, listonoszem i trzema stryjami. Jego normalny dzień to czepiający się nauczyciele, bieda i pijaństwo w domu, zero wsparcia wsparcia i pomocy od bliskich (no chyba, że pomocą nazwiemy poklepywanie po ramieniu i wyciąganie do knajpy na piwo).

wtorek, 21 czerwca 2011

Nostalgia anioła, czyli bajkowe "pomiędzy"

Jakoś długo u mnie przeleżał ten film. Niby nazwisko reżysera kusiło (Peter Jackson), jakieś głosy pozytywne docierały, ale mimo to jakoś nie miałem do niego serca. I chyba miałem sporo racji omijając go z daleka - cholernie dużo emocjonalnie mnie kosztowal ten film. Nie dlatego, żeby był jakoś super poruszający i wyjątkowy, ale jednak temat i sposób opowiadania był dla mnie jako ojca dwóch córek cholernie trudny. Fabuła? Nastoletnia Susie Salmon zostaje brutalnie zgwałcona i zamordowana przez swojego sąsiada. To, co się dzieje po jej śmierci, obserwuje z miejsca jakby pomiędzy niebem a ziemią - nie może i nie potrafi odejść. Trzyma ją nie tylko chęć zemsty i ukarania czlowieka, który ją skrzywdził, ale też głęboka więź z rodziną, żal za tym co zostawiła i czego nie doświadczyła. Obserwuje zatem zmagania bliskich z tym co się stało, jest obok i to ona swoim głosem komentuje to wszystko co się dzieje (również poczynania mordercy). To chyba było najtrudniejsze do oglądania - obserwowanie jak systematycznie zacierane są wszystkie ślady, bezradność całej rodziny i bezkarność sprawcy (a nawet przygotowywanie kolejnej zbrodni, której miałaby paść ofiarą siostra Susie). Nie dość, że człowiek musiał oglądać zwyrodnialca dokonującego zbrodni to jeszcze prawie cały film zaciska pięści i zgrzyta zębami, że uniknie on kary.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Made in Dagenham, czyli ile jest warta praca kobiety

Z dużą przyjemnością obejrzałem ten obraz - niby ckliwy, ile razy oglądaliśmy już tego typu historie oparte na prawdziwych wydarzeniach - trudne zmagania, przeciwności, które i tak udaje się pokonać, historie optymistyczne i podnoszące na duchu. Ale mimo wszystko - zagrane z werwą, bez jakichś dużych luk w scenariuszu no i historia ciekawa. Dziś pewnie mogłaby się wydarzyć np. w Polsce bardzo podobna i pewnie budziłaby podobne kontrowersje.  
Oto rok 1968, kilkaset pracownic fabryki Forda w Dagenham, rozpoczyna strajk aby uzyskać lepszą płacę i lepsze warunki (na głowy cieknie a ich pracę szwaczek zakwalifikowano jako najsłabiej płatną i wykonywaną przez "niewykwalifikowanych"). Czując, że są ignorowane zamiast ustąpić stają sie coraz bardziej zdeterminowane aby walczyć o swą godność. Ich nieformalna przywódczyni (Miranda Richardson) pod wpływem przyjaznych rad kierownika szwalni (Bob Hoskins) zaostrza swe postulaty do wyrównania płac kobiet z tym co zarabiają mężczyźni. Realne? Niby żądanie szacunku, zaprzestania dyskryminacji ze względu na płeć oraz równouprawnienia to ich oczywiste prawa, ale czy będą zrozumiane w świecie mężczyzn?

niedziela, 19 czerwca 2011

Orange Warsaw Festiwal, czyli spory plusik za taki sponsoring

Właściwie z góry powinienem zaznaczyć, iż udało mi się zdobyć bilety tylko na drugi dzień (strasznie żałuję bo jednak to co mnie najbardziej interesowało to Moby i Skunk Anansie) - za późno podjąłem decyzję i mogę sobie tylko pluc w brodę. Za tę cenę tego typu koncerty to gratka nie lada, więc brawa dla organizatorów i sponsorów - chyba nie tylko orange ale i tvn. Można popracować nad organizacją - np. nagłośnieniem czy dystrybucją biletów (w sobotę naprawde było sporo miejsc pustych mimo, że biletów dawno zabrakło), ale i tak dobrze, że Warszawa doczekała się takiego wydarzenia - oby częściej! Stadion ładny wiec jest i miejsce gdzie można to organizować (organizacja dobra, jakoś nie widziałem przepychanek czy absurdalnych kolejek). Ale miało być o wrażeniach muzycznych - w sobotę tylko 3 wystepy, zaplanowany koncert the Streets został odwołany bo lider został z żoną w szpitalu (chyba poród wkrótce). A więc w kolejności: Sistars, Plan B oraz Jamiroquai.

sobota, 18 czerwca 2011

Zmowa vs lincz, czyli kolejny raz na faktach

Ponieważ dziś kolejny dzień "koncertowy" i mało czasu na siedzenie przy kompie (powrót pewnie znowu po północy) więc wrzucam krótką notkę Basi, którą mnie obdarowała kilka dni temu. Filmu nie widziałem więc kolejna rzecz dopisana do listy na później aby wyrobić sobie opinię.
R.
Ostatnio coraz częściej zdarza mi się oglądać filmy parami - najpierw obejrzałam "Lincz" później "Zmowę". Oba filmy przedstawiają folklor polskiej wsi jej raczej ciemne strony. Zmowa jest filmem z 1988 r. W związku z tym metody realizacji były nieco anachroniczne, jakość też, nie mniej jednak na plus temu filmowi trzeba uznać to, że nie bazuje wprost na przemocy, klimat grozy jest budowany środkami pośrednimi, nie ma w nim pustych scen oraz są dobre dialogi. Film przedstawia również prawdziwą historię.