piątek, 31 sierpnia 2018

Dywizjon 303. Prawdziwa historia, czyli nie pomylisz tych filmów

Nie tak dawno pisałem o "303 Bitwa o Anglię", czyli brytyjskiej produkcji inspirowanej historią Dywizjonu 303, a tu wchodzi kolejna produkcja, tym razem krajowa, na ten sam temat. W dodatku reklamowana hasłami typu: nie pomyl filmów, prawdziwa historia. Oglądają oba w niedługim odstępie czasowym, nie da się uniknąć porównań. Który zatem wypada lepiej i gdzie są większe emocje?

czwartek, 30 sierpnia 2018

Festiwal Singera i jazz, czyli cudowna mieszanka



Strasznie żałuję, że w tym roku tak mało mogę korzystać z wydarzeń Festiwalu Singera. Tak wiele ich kusi, ale doba nie jest z gumy i niestety biorąc pod uwagę dojazdy poza Warszawę, robi się niestety kłopotliwie. Tego koncertu jednak nie chciałem przegapić. Ostatnimi laty mam zresztą wrażenie, że to co najciekawsze (albo ja mam takie szczęście) z wydarzeń festiwalowych, to wydarzenia muzyczne. Jazzu słucham niewiele, ale gdy mam okazję, to podoba mi się coraz bardziej. Szczególnie gdy jest w dobrym wykonaniu, a takich perełek na Festiwalu Singera zwykle nie brakuje.
Koncert Doroty Miśkiewicz, nawiązujący do jej płyty Piano.pl to gratka nie lada, bo obecnie raczej trudno posłuchać tego materiału na żywo. Do teatru Kwadrat też nie udało się ściągnąć wszystkich pianistów, którzy współtworzyli ten krążek, ale ta trójka, która się pojawiła i tak zapewniła nam ucztę.

środa, 29 sierpnia 2018

Lato, czyli jak rodził się bunt


Ostatni film Kiryła Serebrennikowa, którego mimo apeli płynących z całego świata, władze rosyjskie przetrzymują w areszcie, to rzecz dość przewrotna. Nie jest to do końca rzecz biograficzna, choć ewidentnie można wskazać muzyków i kapele, które są w Rosji legendą undergroundowej sceny muzycznej, a stały się tu inspiracją. Nie jest to też do końca rzecz zupełnie serio, choć przecież opowiada o dość poważnych zawirowaniach życiowych w życiu bohaterów. Dzięki przedziwnemu połączeniu zabawnych scenek musicalowych, fragmentów koncertów, dość szarej rzeczywistości w jakiej tkwią bohaterowie i ich wyobrażeń jak by ono inaczej mogło wyglądać, otrzymujemy film na pewno niebanalny, choć może i trochę wprawiający w zakłopotanie. Pamiętając o tym jak u nas wyglądała rewolta muzyczna w latach 80, aż trudno uwierzyć nam w obrazy jakie widzimy na ekranie. Sala domu kultury, gdzie na koncercie nie można nawet wstać z siedzenia, coś krzyknąć, czy poderwać rąk do góry w trakcie koncertu? Dla nas to trochę jak lot na księżyc. Wiadomo, że i u nas były zmagania z cenzurą, problemy rzucane pod nogi młodym kapelom, ale jednak parę niegłupich osób w rządzie chyba stwierdziło iż lepiej dać młodym taki wentyl bezpieczeństwa, niż doprowadzić do istnienia jakiegoś podziemia. Wystarczyło im to polityczne.

Uwolnij się, czyli jak się bawić, to nie samemu

Dziś dwie notki, w tym jedna filmowa nowość, kilka zdań z koncertu odkładam na jutro. Postanowiłem jednak napisać notkę o czymś, co dość intensywnie w ostatnich tygodniach znowu pojawiło się w moim życiu. Pierwszy kontakt z escape room miałem ładnych kilka lat temu i wtedy napisałem też jeden krótki wpis na bloga. Jest jednak kłopot aby recenzować, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele i nie psując przyjemności grupom, które chcą przez dany pokój przejść. Ponieważ rzecz polega na rozwiązywania zadań, łamigłówek, każda podpowiedź może potem mocno wpłynąć na łatwiejsze przejście pokoju. W tej chwili na koncie mam już 17 pokoi, chyba 4 z ostatniego tygodnia. Niby niedużo, ale nawet w odwiedzanych pokojach robi to już wrażenie. Nie wpływa to jakoś w znaczący sposób na to, że stałem się ekspertem, wszystko robię z palcem w nosie. Wiem mniej więcej czego się spodziewać, znam pewne schematy, ale przecież twórcy pokoi wciąż szukają nowych pomysłów, by zaskakiwać różnymi rozwiązaniami. To już dawno nie są jedynie kłódki i szyfry, często wykorzystywane są magnesy, lasery, światło...

Księgarnia z marzeniami, czyli słowa zbliżają

Notka pewnie dopiero wieczorem, bo czekam na seans, ale ponieważ mam niewielką zaległość, to może nawet dziś pojawi się nie jedna, a dwie notki. A jak nie dziś to jutro. Ten film jak znalazł - mam 3 godziny czasu do koncertu, zapowiada się sympatycznie (bo to fajne marzenie prowadzić własną księgarnię), a ulubione kino Atlantic praktycznie po drodze gdzie bym potem nie chciał biec dalej.
Zapowiadam więc relację z filmu, potem pewnie pojawi się jeszcze Bator, może Krajewski i dwa wpisy o premierach kinowych: Dywizjon 303, ale produkcja krajowa, bo brytyjską już widziałem oraz rosyjski Lato.
I nie tracę nadziei, że to będzie kolejny miesiąc, gdy uda się zrealizować plan. Jedna notka na dzień :) niczym bicie serca daje siłę do poszukiwania kolejnych rzeczy. Dla siebie. Dla Was.
I tylko brak czasu na porządki i blog powoli mi zarasta chwastami, jakimiś nieuzupełnionymi notkami.

A teraz parę zdań o filmie. O koncercie jednak jutro.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Bałtyk. Historie zza parawanu - Aleksandra Arendt, czyli tematy leżały blisko plaży

W sumie nawet nie wiem czego się spodziewałem. Może czegoś bardziej spójnego? Mam wrażenie, że ta publikacja przypomina dość na szybko zebrany zbiór ciekawostek, rozdziałów poświęconych zupełnie innym tematom, które skojarzyły jej się z morzem. Od ciekawej historii, aż po współczesność, która raczej już aż tak bardzo pasjonująca nie jest, przynajmniej dla mojego pokolenia - zbyt dobrze ją znam, by zadowolić się kilkoma stroniczkami. A nawet gdy autorka opowiada o historii, nie zawsze potrafi dobrze poradzić sobie z prezentacją materiału, często po prostu cytując wprost jakieś inne publikacje, jakieś rozmowy, niespecjalnie je komentując. Skaczemy trochę po różnych dygresjach, legendach, odwołując się do pełnych pasji ludzi, którzy pokochali Wybrzeże i nasze morze, czasem pokazując obecny wygląd opisywanych miejsc. Nie przeczę - czyta się to szybko, jest trochę fragmentów dla mnie dość interesujących (choćby losy windy w Jastrzębiej Górze, czy zatopione parowozy, niemieccy szybownicy na naszych plażach), ale po przeczytaniu całości ma się jakieś poczucie niedosytu i wrażenie, że w głowie pozostało niewiele.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Na górze, czyli szczerością rozpieprzać bariery

Niby już kilka tygodni mija, a ja wciąż zalegam obiecaną Wam notkę z Woodstocku, to czasem los przypomina o zaległościach w wyraźny sposób. Jeden z koncertów, który zrobił na mnie spore wrażenie to chłopaki z Na górze. I dziś miałem okazję zobaczyć ich raz jeszcze, tym razem na mniejszej scenie, w bardziej kameralnej atmosferze. Ale wiecie co? Kurde, nic a nic nie zmienia to w tym jakie robią wrażenie. Punkowa energia, szczerość i naturalność. Tekst, muzyka, wszystko tak proste, a jednocześnie tak radosne. Bo ta radość i pokój, do którego nawołują, bije po prostu z nich.

sobota, 25 sierpnia 2018

Shertel - Grupa Teatralna Chakad, czyli przełamując bariery

W sieci nie mogę znaleźć plakatu ze sztuki, musicie więc zadowolić się opisem i tym skromnym zdjęciem. Piszę szybko, bo zaraz pakuję książki do bagażnika i jadę na organizowaną przez nas wymiankę książek, jednak choć parę zdań chcę napisać. Może ktoś skorzysta? Dziś wieczorem ostatnia okazja. Przylecieli do Polski z Iranu jedynie na dwa spektakle. Zważywszy na różne zamieszania dyplomatyczne, nie wiadomo kiedy znowu będą mogli z kraju wyjechać... My chyba zapomnieliśmy jak to jest kisić się we własnym sosie, nie mieć kontaktu z innymi kulturami. Oni choć zamknięci trochę w swoich granicach, nie zamierzają przestać poszukiwać. Tak jak mogą chłoną to co robią inni, przerabiają to jednak na swój sposób. Dzięki temu, to co oglądamy ma w sobie świeżość, szczerość, choćby nawet ktoś zarzucał, że nie jest to nowatorskie. Liczy się pomysł. Początkowo wydający się dość karkołomnym, ale... I o tym poniżej. A jego wykonanie też powala naturalnością, energią. Gdybyście chcieli poczytać więcej niż u mnie zapraszam do Chochlika Kulturalnego.

piątek, 24 sierpnia 2018

Dominion, czyli tasuj waćpan

Gdy zakładałem bloga, jednym z celów było robienie notatek (głównie dla siebie), żeby różne rzeczy nie uciekały tak szybko z głowy. Na początek były filmy, książki i płyty, ale choć nie kupuję zbyt wielu planszówek (ach te ceny!), coraz częściej widzę frajdę z notowania sobie wrażeń z nasiadówek przy planszówkach. Przynajmniej pierwsze wrażenia mi nie umkną. Na profesjonalne recenzje się nie silę, bo nie jestem znawcą - widać kurde choćby po tym tytule. Nagrody gry roku za 2009, a ja dopiero teraz to odkrywam, ech... Szkoda gadać.

Gdyby ktoś chciał recenzję to może zerknąć choćby na to co napisał Tomasz z zaprzyjaźnionego bloga Board Games Addiction. Od niego też foty.

Dominion doczekało się już sporej ilości dodatków, ale chyba nie zmieniają one jakoś w znaczący sposób mechaniki, co najwyżej wprowadzają trochę więcej napięcia i negatywnej interakcji. A każdy z nich to wielkie pudło za sporą kasę... W środku zaś... karty. Cholera, gdyby nie to, że tytuł mi się spodobał, ciężko by mi było myśleć o karciance jak o rozbudowanej planszówce. No dobra, kart jest sporo, to muszę przyznać. Wciąż jednak kołacze się myśl: przesadzili. I z wielkością pudła (choć wypraska ładna) i z ceną.

środa, 22 sierpnia 2018

Ach, jak cudowna jest Panama - Janosch, czyli tam wszystko jest większe i wspanialsze


Dziś notka kompletnie inna, bo przecież moje dzieci już dawno wyrosły, niedługo będę miał dorosłe pannice w domu, ale część książek dla dzieci na pewno sobie zostawimy. Mój sentyment, ale mam nadzieję, że również ich wspomnienia, wpłyną na to, iż będą przekazane kolejnemu pokoleniu i czytane dalej.
Obok misia o małym rozumku, mam nadzieję, że znajdzie się miejsce również dla tej pozycji. Cholernie ciekawa jest postać samego autora, faceta, po którym trudno spodziewać się zabawnych historii dla dzieci - muszę kiedyś sięgnąć po biografię Janoscha, a dziś choć parę zdań o jego najsłynniejszej pozycji. Może przekonam kogoś do tego, by rozejrzał się za najnowszym wydaniem (ZNAK)?. To piękna i mądra bajka z zabawnymi ilustracjami, do której dzieciaki pewnie będą chciały wracać. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Mock nadchodzi, czyli mały konkurs

Ziewam, padam na nos i nic mi się nie chce. Do Poznania i z powrotem, a jutro też dzień intensywny... Ech. Nie dość, że prawdziwego urlopu nie miałem już drugi rok, to i posiedzieć w domu nawet nie ma kiedy.
Na dziś więc mini konkurs z najnowszą premierą od Marka Krajewskiego. Ktoś ma ochotę?


niedziela, 19 sierpnia 2018

303. Bitwa o Anglię, czyli dzikusy z duszą husarzy


Nie ma co wkurzać się na producentów i dystrybutorów, którzy sobie wzajemnie robią konkurencję, ale może będzie warto porównać obie produkcje? Polska już za dwa tygodnie w kinach. A może w Atlanticu znowu jakieś pokazy przedpremierowe? Brytyjska produkcja oskarżana jest o to, że nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. I zastanawiam się o co krytykom chodzi najbardziej? O podobieństwo aktorów do prawdziwych postaci? O przebieg wydarzeń? O jakieś detale? Choćby jak mundury, czy malowanie na samolotach przez naszych chłopaków różnych symboli, od małych szachownic, aż po duże znaki dywizjonu (tego tu nie ma). W sumie mało istotne. Nie jest to dokument, a Amerykanie i Brytyjczycy nie raz pokazali, że o historii opowiada się przede wszystkim takim, by budzić emocje, by wiadomo było kto jest dobry, a kto zły, a niuanse pozostawiają historykom. 

451° Farhenheita, czyli powinni tego zabronić

Dziś ostatni dzień długiego weekendu, psychicznie znowu trzeba szykować się do pracy, ale jeszcze z lekką zadyszką dwie notki filmowe. Obie średnio entuzjastyczne, choć ta druga raczej na plus. Przy pierwszej cisną mi się raczej przekleństwa na usta. Bo nie wiem po jaką cholerę robić takie produkcje. Gdyby to było tak, że ktoś sobie wymyślił taki scenariusz i nakręcił średniej jakości SF, ni to cyberpunkowe ni to dystopijne klimaty, nie miałbym żalu. Obejrzałbym pewnie bez emocji, wystawił średnią ocenę i szybko zapomniał. Ale k... oni porwali się na klasykę i zrobili z niej pulpę po prostu niezjadliwą. Czy to jakaś nowa moda, że wszystko będziemy uwspółcześniać i Krzyżacy niedługo będą chodzić w mundurach SS, żeby młodzież miała jakieś bardziej znajome odniesienie?
Jeżeli kojarzycie legendarną powieść Bradbury'ego, to kojarzycie, że chodzi o świat, w którym książki są zakazane, a ludzkość coraz bardzie podlega kontroli i wpływowi mediów elektronicznych. Sam tytuł nawiązuje do temperatury, w jakiej zaczyna palić się papier, a głównym bohaterem jest jeden z członków straży pożarnej, której zadaniem w tym świecie jest nie gaszenie ognia, ale jego wzniecanie, gdy tylko znajdą jakąś biblioteczkę.