sobota, 30 czerwca 2018

Król Ozo, czyli wygra ten kto ma dłuższego...

Czerwiec kończę czymś z wczorajszego wieczoru i dość kopniętym prawdę mówiąc. Ale skoro tyle razy piszę o rzeczach poważnych, to teraz może być bardziej na luzie. Wieczór z planszówkami (a raczej pół nocy jak to zwykle bywa) zaczęliśmy od Króla Ozo, czyli gry imprezowej od wydawnictwa Lacerta (od nich fotki). Nie ukrywam, że nie przypadła mi do gustu, bo
a) nie lubię gier na szybkość bo generalnie z refleksem u mnie nie bardzo
b) wkurza mnie gdy od początku widzę, że nie mam z innymi w to żadnych szans
Ale wiecie co? Rozbawiła mnie ta gra. I nawet nie chodzi o hasło z pudełka, czyli kto ma dłuższego... sznurka. Raczej chodzi o jej prostotę, pomysł i niewielką ilość czasu na zapoznanie się z zasadami i jej rozegranie. Co prawda sprawdziłem jedynie podstawowy wariant w składzie 4 osobowym, ale chyba w pozostałych niewiele się zmienia.

piątek, 29 czerwca 2018

Artur Hajzer. Droga Słonia - Bartek Dobroch, czyli w życiu trzeba mieć pasję

Po przeczytaniu bardzo dobrej książki o Broad Peak, nabrałem ochoty na pozostanie w klimatach wypraw zimowych. Ostatnimi czasy sporo na naszym rynku wydawniczym biografii himalaistów i ludzi gór, ale ja wybrałem książkę Bartka Dobrocha, który był też współautorem książki "Niebo i piekło".
Nad biografią Artura Hajzera, który przecież również zaangażowany w tamtą, tragiczną wyprawę, prace trwały chyba równolegle, bo mam wrażenie, że spokojnie można wskazać pewne fragmenty, które były zawarte w obu pozycjach. Nie jest to nawet zarzut, po prostu to się wyłapuje, nie dotyczy to też samej wyprawy, a raczej fragmentów biograficznych o twórcy programu Polski Himalaizm Zimowy. Tu są one dużo bardziej rozbudowane i to naprawdę robi spore wrażenie - o kimkolwiek by się jakoś nie wspominało tu w jakimś większym fragmencie, Dobroch nie ogranicza się do samych cytatów i opisów sprzed lat, ale dociera do każdego i prosi o aktualny komentarz. Do każdego, to znaczy nie tylko do Polaków, ale również ludzi z zagranicy, którzy na różnych etapach współpracowali, bądź wspinali się z Arturem Hajzerem.

czwartek, 28 czerwca 2018

Cormoran Strike, czyli niespiesznie, ale za to z klimatem

Nie mogłem się doczekać kolejnych odcinków, to obejrzałem sobie całość w HBO GO. I chyba zaraz odpalam w ten sposób jakąś kolejną produkcję.
Serial o Cormoranie Srike'u i jego uroczej asystentce to jedynie 7 odcinków, ale udało się zmieścić wszystkie 3 dotąd wydane książki Rowling (pod pseudonimem Galbraith jak pamiętacie - wszystkie wiszą opisane na blogu). Trzy pierwsze to Wołanie Kukułki, potem po dwa na Jedwabnika i Żniwa zła.
Wrażenia? Podobne jak przy książkach. Jest coś urokliwego w tych historiach, nawet nie sama intryga kryminalna, co raczej para, która je rozwiązuje. Tak niedobrani, a jednocześnie tak pasujący do siebie. Prywatny detektyw, mruk, trochę zaniedbany, lubiący popić i generalnie gość raczej na fali opadającej oraz dobrze zorganizowana, ładna, obrotna, młoda dziewczyna, która od początku wydaje się zafascynowana swoim szefem. Inwalida wojenny, były żołnierz, prywatny detektyw o dość niekonwencjonalnych metodach, choć w pierwszym kontakcie zdaje się odpychający, przyciąga uwagę zresztą również innych kobiet. Chyba nie tylko ze względu na urok osobisty (skrywany głęboko), ale może i na pewne rodzinne powiązania - w końcu być synem gwiazdy rockowej, nawet nieślubnym, to jest coś...

środa, 27 czerwca 2018

Sonata jesienna, czyli co mi chcesz powiedzieć

Teatry zwykle w okolicach czerwca kończą sezon i już rzadkością są premiery, ale w teatrze WARSawy załapałem się jeszcze na jedną z nich. W setną rocznicę urodzin Ingmara Bergmana, znanego u nas chyba bardziej z jego twórczości filmowej, Kuba Kowalski przygotował dość kameralny spektakl, chłodny niczym skandynawskie lody, ale i podnoszący temperaturę u widzów. Być może ktoś będzie kojarzył ten dramat z filmem z  Ingrid Bergman i Liv Ulmmann. Relacje rodzinne, skrywane emocje, żale, kompleksy, urazy i pretensje jeżeli nie dodamy do tego żadnej intrygi, odrobiny akcji, to sprawy, które wcale nie tak łatwo pokazać na scenie, aby widz nie był znudzony. Tu wyszło powiedzmy tak w 70 procentach.

Dziedzictwo. Hereditary, czyli szaleństwo na ekranie i śmiech na sali

Dano nie miałem takiego kłopotu z oceną filmu. Po wielkich zachwytach (przerażający - sic!, horror dekady - sic!) krytyków i części widzów, miałem spore oczekiwania. Tymczasem na maratonie z horrorami, który rozpoczął się tym pokazem Dziedzictwo był chyba najzimniej przyjętym filmem przez publikę. Najpierw spore niezadowolenie, bo większość filmu wcale nie jest horrorem, a raczej thrillerem psychologicznym, dramatycznym obrazem popadania w szaleństwo. Koleżanki były bardzo niezadowolone, że niby co w tym strasznego. W odróżnieniu od nich ta cześć bardzo mi się podobała. Miała w sobie jakąś tajemnicę, niepokoiła i zaciekawiała. Jednak finał i niby rozwiązanie sprawy był ogromnym rozczarowaniem, a na sali z tego co widziałem też raczej budził zażenowanie i śmiech, a nie przerażenie. Och, gdyby tak można było tego nie oglądać i zachować w sobie wrażenie z pierwszych 90 minut...

wtorek, 26 czerwca 2018

Przypomnijmy te cudne melodie, czyli Warszawa w Krakowie


No tak, specjalnie trzeba było jechać do Krakowa, by odkryć zespół, który dość regularnie gra w Warszawie i stąd pochodzi. Tym razem w ramach wyjść kulturalnych na konferencji moje koleżanki wybrało coś dość oryginalnego - nie koncert, nie teatr, nie wystawę, ale potańcówkę. Powinniście posłuchać jak zabawnie wymawiają to słowo goście np. z Izraela. Bo wczoraj było nie tylko tłumnie, ale i międzynarodowo. Po prostu wydarzenie było częścią dużego programu Festiwalu Kultury Żydowskiej, co sprawiło że zainteresowanie było ogromne. Muzycy grali już godzinę, a pod klubem Le Hevre wciąż stała grupa ludzi, którzy czekali na możliwość wejścia, gdyby tylko zwolniły się miejsca.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Delirium, czyli bo na horrorach trzeba skakać

No tak, zanim napiszę o wrażeniach z filmu, który miał być największym hitem Nocnego Maratonu Filmowego w Multikinie, parę zdań o innym horrorze, który był puszczany tej nocy. Wytrwałem na dwóch, ale nawet nie żałuję, bo boję się, że zestawy robione są coraz bardziej na siłę, coraz mniej tam rzeczy oryginalnych.
Delirium choć pogrywa z widzem klasycznymi motywami, w dodatku jest przeraźliwie nielogiczny, akurat sprawdził mi się nieźle. Wszystko bowiem zależy od tego, czego się szuka w takich klimatach. Oryginalności? Potworności? Dla mnie wystarczy trochę dobrych scen typu jumpscare i wychodzę zadowolony. Mam bowiem wrażenie, że im bardziej twórcy silą się na "coś więcej", tym bardziej idiotycznie wychodzi. Potwory śmieszą, psychopaci nie przerażają, a duchy bywają tak kretyńskie, że aż głowa boli. Nie wiem czy to takie trudne, mając niezły budżet, nakręcić film, który nie udaje, że jest czymś więcej niż jest, straszy, wciąga, a jednocześnie nie jest głupawy?

sobota, 23 czerwca 2018

Tajemnica Brokeback Mountain, czyli to uczucie ich zniszczy

Czytam sobie biografię Hajzera, a tam wzmianka, że dla siebie i Szerpów, na jakiejś wyprawie organizowali pokazy filmowe w namiocie, pokazując m.in. "Tajemnica Brokeback Mountain". W gronie samych facetów (a tak często na wyprawach jest) samo w sobie trochę dziwaczne, no chyba, że to tak w ramach "uświadamiania" i "niesienia cywilizacji", a sami to tak przy okazji. Trochę żartuję, ale uświadomiłem sobie, że nie napisałem jakoś o tym filmie, mimo tego, że niedawno go sobie powtórzyłem. Przynajmniej więc kilka zdań, choć lista obejrzanych i tak się posypała, sam więc już się gubię w tym co już było opisywane.
Film Anga Lee zdobył niesamowity rozgłos, choć sam w sobie jest dość kameralny, powiedziałbym nawet, że surowy. Nawet nie jest jakiś wyjątkowy, ale poprzez podjęcie tematu, w pewien sposób przełamujące tabu, schematy, stał się sensacją - jak to: kowboje i uczucie między dwoma facetami? Tego jeszcze nie było.

piątek, 22 czerwca 2018

Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg - Michał Wójcik, czyli szpieg i famme fatale


Zaintrygowała mnie rozmowa w radiu z autorem tej książki. Zupełnie nieznana kobieta szpieg, którą autor „odkrył” dla dnia dzisiejszego w zupełnie przypadkowy sposób. Otóż w jednej z opowieści z powstania warszawskiego usłyszał o młodej kobiecie, która w powstaniu warszawskim, z gruzów, z barykady wyłoniła się w obcisłym kostiumie z pejczem w ręku. Wyobrażacie to sobie? Ja to widzę oczami wyobraźni … Czy można uwierzyć takim słowom? Raczej trudno. Kobieta-kot a może Spiderman płci żeńskiej … wytwór wyobraźni a może jeszcze coś innego? Zafascynowany tym „widokiem” zaczął szukać. I trafił na młodą baronównę, Wandę Kronenberg, która wciągnięta w wir wojny niemal z dnia na dzień stała się szpiegiem. Michał Wójcik, autor, szukał, sprawdzał, potwierdzał w każdych dostępnych archiwach w Polsce i za granicą wszelkich dostępnych wiadomości na temat tej dziwnej osoby. Przekopał tysiące dokumentów, strawił na to kilka lat, ale ułożył z tych skrawków  sensowną historię tej niebanalnej dziewczyny.
Trudno tę książkę zaklasyfikować do jakiejś kategorii;  jest to zarówno książka sensacyjna i to taka, że nie można się od niej oderwać , ale zawiera też domniemania, fikcję literacką. Można też podciągnąć ją pod reportaż śledczy (potwierdzony licznymi sygnaturami prawdziwych archiwalnych akt). Jeśli podciągniemy ją pod kategorię „thriller polityczny”, przy którym cierpnie skóra, też nie popełnimy błędu… jest także niezrównaną powieścią obyczajową o postawach ludzkich w czasach zagłady.

czwartek, 21 czerwca 2018

Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podroże w spódnicy - Anna Dziewit-Meller, czyli uwierzcie w marzenia!

Pamiętacie co pisałem przy pierwszej książeczce z tego cyklu? Zerknijcie tu. Oto jest i kontynuacja. I dobrze, bo przecież tematów pewnie jest jeszcze sporo. Teraz tylko kwestia jak je uporządkować i znaleźć pomysł na ich przedstawienie. Kobiety odważne, silne, nieprzeciętne, takie które odważyły się robić coś trochę wbrew otoczeniu, realizując swoje marzenia, czując taką potrzebę - jest ich przecież cała masa. Dotąd jednak niewiele o nich się w książkach historycznych pisało, zawsze były trochę w cieniu mężczyzn. Ten cykl to dowód na to, że nie musi tak być, że można opowiadać o nich całkiem sporo, bo ich życie na to zasługuje. Podwójnie wartościowy, bo Anna Dziewit-Meller wraz z Joanną Rusinek (jej ilustracje i cała oprawa graficzna są tu równie ważne jak tekst!) przygotowały coś bardzo lekkiego, przystępnego dla młodego czytelnika (lub czytelniczki). Pokazanie, że nie ma czegoś takiego jak gorsza/słabsza płeć, może być szczególnie ważne gdy się dorasta, marzy, a otoczenie próbuje wbić ci do głowy jakieś zasady, których powinnaś się trzymać. A i chłopakom przyda się taka lektura, by spojrzeli trochę inaczej również na swoje koleżanki, mamy, znajome i nie zadzierali nosa tak bardzo.
W tym tomie, przygotowanym trochę na kształt gazety (nawet z reklamami), poznamy kolejne damy, dziewuchy i dziewczyny, których pasją było podróżowanie. Odkrywczynie, pionierki, zdobywczynie opowiedzą co nieco o sobie o swoich osiągnięciach.

Miasto gniewu, czyli wcale tego nie chciałem

Lubię tego typu filmy, bo mogą w mocny sposób uświadomić nam jak bardzo schematycznie myślimy o innych, jak często ignorujemy ich potrzeby, a potem dziwimy się, że wokół narasta wzajemna niechęć, frustracja, złość i agresja. Odpowiedz na to co cię spotyka, oddaj, wyładuj się na słabszym, żeby ci ulżyło... Tyle osób to robi, a przecież od drobnych zdarzeń do dużych tragedii wcale nie jest daleko.
Podobno nad pomysłem tego obrazu reżyser zaczął pracować po tym jak go okradziono. Chciał zrozumieć dlaczego. I podobne pytania zadaje widzom. Widzimy ciało młodego Afroamerykanina, zastrzelonego w ciemnej uliczce, a potem cofamy się, przyglądając różnym zdarzeniom, które do tego doprowadziły. Zupełnie obce osoby, których ścieżki się przecięły, będą mogły coś dorzucić do tej historii.

środa, 20 czerwca 2018

Tato nie wraca, czyli ma się ochotę ją przytulić

Ja wciąż mam kłopot ze znalezieniem czasu, by napisać o spektaklu z Teatru WARSawy, jaki widziałem tydzień temu, a tu M, która była ze mną, zdążyła napisać o czymś co widziała na tej samej scenie w weekend. Ech... Wstyd. Miejcie na uwadze ten teatr i ich repertuar!
Ale dopisuję i od siebie parę zdań

Wiedziałam o tym spektaklu niewiele … że monodram (uwielbiam), że o porzuconym dziecku (tytuł sugerował), że współczesny, że dobry (opinia szeptana). Koniec sezonu, może drugi raz się nie trafi – warto zobaczyć. Poszłam.
Monodram to najbardziej wymagająca forma spektaklu; aktor i widz i co najmniej godzina na snucie opowieści i przykucie uwagi widza. Trudna forma. Ten monodram to autobiografia Agnieszki. Agnieszki Przepiórskiej, która w tym spektaklu obnaża swoje przeżycia, traumy, przemyślenia. To jednocześnie rozrachunki z wielkim nieobecnym… ojcem. Tym co porzucił, nie chciał, nie dbał, nie przytulał, nie tłumaczył… nie kochał. To spektakl o ranieniu dziecka. Nieobecnością, głupim słowem, nieprzemyślaną decyzją. To spektakl o walce dziecka o to by mieć wizję ojca wbrew temu co mówią inni, o poszukiwaniu miłości i słowa „kocham”.

wtorek, 19 czerwca 2018

100 milionów dolarów - Lee Child, czyli ale to już było

Sto milionów dolarów - oprawa twardaSfrustrowany meczem (już nawet nie tylko wynikiem), najchętniej bym nic nie pisał, ale żeby nie wypaść z rytmu, notka musi się pojawić. Na warsztat po raz pierwszy biorę Lee Childe'a - autora, który ma swoich wiernych fanów, ale ja jakoś nigdy do nich nie należałem. I wiecie co? Po tej książce też do nich nie dołączę. Na przełomie lat 80 i 90 zaczytywałem się w MacLeanie, Forsyth'cie, Ludlumie i innych tego typu autorach, zimna wojna była tematem numer jeden, a nawet gdy się skończyła, natychmiast na miejsce Rosjan wskoczył nowy wróg - islamscy terroryści. Zawsze jedno pozostawało bez zmian: Amerykanie byli tymi, którzy musieli wygrywać.
Czytając "Sto milionów dolarów" nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że to książka sprzed kilku dekad. Straszenie katastrofą milenijną na komputerach, prognozowanie, że za kilka lat Internetu używać będzie przynajmniej połowa Amerykanów? Serio? Takie odgrzewane kotlety, jak na książkę pisaną dwa lata temu. Ale Child chyba po prostu tak pisze - prosty pomysł, trochę zwrotów akcji i w centrum bohater, którego wszyscy uwielbiają za jego profesjonalizm, niepokorność, intuicję, skuteczność i co tam jeszcze tylko chcecie. Nawet gdy się myli i tak jest tuż za przeciwnikiem, nawet gdy ten mu ucieknie, Jack Reacher dogoni go i odstrzeli gdy będzie miał takie "widzi mi się". Po co łapać, jeszcze nie daj Boże prawnicy by wyciągnęli go na wolność. Może dlatego przełożeni nienawidzą i kochają go jednocześnie. Niby łamie procedury, nie słucha poleceń, ale za to jest skuteczny jak cholera i dzięki niemu pozbywają się kłopotu.