wtorek, 31 maja 2016

Służby specjalne. Podwójna przykrywka - Patryk Vega, czyli trzeba mieć charakter

http://woblink.com/e-book,literatura-faktu-otwarte-sluzby-specjalne-podwojna-przykrywka-patryk-vega,25249Po dwóch książkach o pracy policjantów ("Złe psy"Patryk Vega powraca z kolejnym mocnym wywiadem. Reżyser i scenarzysta (m.in. "Pitbull" i "Służby specjalne") na tyle poznał środowisko, że teraz jak sam twierdzi: ma kredyt zaufania - nawet nie szuka kolejnych historii, bo ludzie sami do niego z nimi przychodzą. Może dlatego, że nigdy nie stara się oceniać swoich bohaterów - wysłuchuje ich historii i stara się pokazać emocje jakie nimi rządzą, presję pod jaką działają. To męskie, twarde rozmowy. Szczere i nieraz wstrząsające. 

Nie tylko dlatego, że ujawnia się kulisy funkcjonowania różnych mechanizmów, gierek wewnętrznych, słabego zarządzania, które zniechęcają do pracy i sprawiają, że najlepsi często odchodzą, zamiast rozwijać skrzydła i szkolić innych. Może szokować również ze względu na to, że przyglądamy się ludziom, którzy nie siedzą przecież za biurkiem, grzecznie potakując wszystkim interesantom. 
Przecież praca w policji, czy w wywiadzie to nie tylko różne zadania realizowane jawnie, w mundurze i według regulaminu, ale czasem również wejście np. w środowisko przestępcze, gdzie muszą funkcjonować podobnie jak wszyscy, budując swoją legendę i starając się uniknąć ujawnienia, zanim operacja nie zostanie zakończona. Do takiej roboty nadają się specyficzni ludzie - na pewno nie każdy się w tym sprawdzi. Trzeba mieć charakter, lubić adrenalinę, ale i oprócz różnych umiejętności, które pewnie można wyszkolić, niezbędny jest też chyba obniżony prób lęku. Szybkie decyzje, umiejętność ryzykowania, szarżowania, nawet poza granicami prawa, bywa po prostu niezbędna.

poniedziałek, 30 maja 2016

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo - Radosław Lewandowski, czyli łupy i sława, reszta mało istotna

Rekomendacje innych znanych pisarzy: Ziemiańskiego i Grzędowicza chyba nie są jedynie koleżeńską przysługą. Rzeczywiście Radosław Lewandowski nie tylko potrafi z pasją pisać o realiach w jakich żyli Wikingowie, ich mentalności, ale i wrzucił swoich bohaterów w wir wydarzeń, tak aby czytelnik nawet na chwilę się nie nudził. Mamy więc i ciekawy klimat i niezły rozmach akcji (nawet terytorialny).

Ale od początku. Jeżeli oglądaliście serial "Wikingowie", to pewnie nie będziecie zaskoczeni tym iż groźni wojowie z północy mogą stać się nie tylko tematem skandynawskich podań, animacji dla dzieci (Jak wytresować smoka), ale i świetnej sagi przygodowo-historycznej. Takiej dla dorosłych, gdzie krew i wino leją się równie często, a honor, łupy i sława, są silniejsze niż obawa przed utratą życia. Ci bohaterowie sami się aż proszą o takie męskie opowieści. Jest zapotrzebowanie i ktoś na to odpowiada. Pisząc o tym, co dla niego samego stanowi od dawna pasję. Wikingowie. Wilcze dziedzictwo to początek trylogii jaką zaplanował autor.

Radosław Lewandowski od razu zaplanował sobie w głowie tę historię jako cykl i w dodatku nie z jednym bohaterem, ale z różnymi postaciami i historiami, które w którymś momencie rozdzielają się, kończą – kto wie, może dojdzie do ich połączenia w kolejnych powieściach. Jeżeli więc zetknęliście się z określeniem „Wilczego dziedzictwa”, które jest pierwszą częścią trylogii, jako polskiej „Gry o tron”, to chyba głównie dlatego – autor nie boi się porzucić w połowie książki jakiejś postaci, którą trochę poznaliśmy, by postawić przed naszymi oczyma kogoś nowego i rozpocząć zupełnie nowy wątek.

niedziela, 29 maja 2016

Kto się boi Virginii Woolf, czyli cztery serca, jedna pustka

Po raz kolejny Włodek wyprzedził mnie z recenzją, a że pisze tak szczegółowo, że nigdy mu nie dorównam, umówmy się, że na razie poczytajcie jego tekst z bloga Chochlik Kulturalny, a ja dopisuję pod nim kilka zdań. A potem jeszcze dopisuję tekst M z 2022 roku.

Maj okazał się wyjątkowo trudnym czasem na pisanie czegokolwiek i mimo, że tym razem jeszcze uda się domknąć miesiąc (wszystko na to wskazuje) zgodnie z planem: jedna notka na dzień, to już boję się o czerwiec. W końcu dwa wyjazdy na konferencję też nie bardzo dają możliwość na blogowanie.

Kiedy Edward Albee w 1962 r. napisał „Kto się boi Virginii Woolf”, nie wiedział jeszcze, że stworzył arcydzieło. Sztuka została od tamtego czasu wystawiona setki, jeśli nie tysiące razy na całym świecie. Jej uniwersalny przekaz zmusza widzów do dokonania rozrachunku z własnymi demonami. Genialna ekranizacja z 1966 r. z Elizabeth Taylor, Richardem Burtonem, Sandy Dennis i Georgem Segalem (Taylor i Dennis zdobyły za ten film statuetki Oscara), sprawiła zaś, że na dziesięciolecia przyjęto, że tak to ma wszystko wyglądać, jak w kinie. A jednak teatr rządzi się innymi prawami, tekst jest genialny i pozwala na scenie pokazać wszystko to, co w kinie, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, można było zasugerować jedynie między wierszami…

            W Teatrze Polonia reżyserii sztuki podjął się Jacek Poniedziałek, który, wbrew temu, co piszą niektórzy, wiedział doskonale, jak powinien tę walkę dwóch małżeństw rozegrać. Wiedział, ponieważ sam przetłumaczył na nowo dramat, nie ingerując zbyt mocno w treść, a dodając odrobinę mocniejszego języka (czasy się zmieniają, język ewoluuje, trudno byłoby dziś uwierzyć w dramat kobiety, która zwijając się w paroksyzmach emocjonalnego bólu  nazywa mężczyznę, od którego jest uzależniona jedynie „frajerem”).

sobota, 28 maja 2016

Ze wszystkich sił, czyli prawdziwy mężczyzna też czasem płacze

Ostatnimi czasy wzruszam się przy różnych rzeczach coraz częściej. I w takich sytuacjach od razu muszę na początku powiedzieć wszystkim tym, którzy nigdy nie uronią nawet łezki przy żadnym filmie, że moja recenzja w takim razie nie będzie dla nich obiektywna. Bo dla mnie jeżeli wzrusza, budzi emocje, to choćby nawet kiczowate, schematyczne, ale stawiam na filmwebie dużo wyższe noty, niż tam gdzie oglądałem coś na chłodno.
Facetowi też może się łezka w oku zakręcić, prawda?
A ja mam wyjątkową słabość do wszystkich filmów gdzie jest wątek z niepełnosprawnymi, kwestie wychowawcze, opiekuńcze. To nie tylko ze względu na ukończony kierunek studiów - tak już mam i tyle. 
Parę słów o fabule. Zaznaczam iż jest biograficzny, choć to jedynie luźna inspiracja prawdziwą historią, zdaje się, że z lata 80 ze Stanów. 
Julien jest chory na porażenie mózgowe, ma dobrą opiekę, fajną szkołę, ale wciąż mu czegoś brakuje. Choćby bliskości z ojcem, który chyba nigdy nie pogodził się do końca z niepełnosprawnością syna i uciekł w pracę - na całe miesiące znikał z domu na kontrakty, uważając, że taka jest jego rola. Dla matki zawsze będzie ukochanym maleństwem, kurczaczkiem, o którego musi dbać i go chronić, a chłopak mając prawie 18 lat pragnie wyzwań.

piątek, 27 maja 2016

Lamokrady, czyli namawiam Was do wsparcia

Dziś notka trochę wyjątkowa - po pierwsze gościnnie tekst Tomka z zaprzyjaźnionego bloga Board Games Addiction, a po drugie - dołączam się do jego rekomendacji i prośby - sam wsparłem projekt i mam nadzieję, że i Wy pomożecie. Zapowiada się naprawdę fajnie!
Szczegóły tu

Zostań najlepszym Hodowcą!

Tematyka gier planszowych jest tak naprawdę ograniczona jedynie ludzką wyobraźnią. Mieliśmy (mamy) już gry osadzone na Dzikim Zachodzie, w kosmosie, w znanym uniwersum, w Krakowie, czy nawet w Sandomierzu (tak, jest gra bazująca na serialu z Ojcem Mateuszem, znanym z TV, w którą miałem wątpliwą przyjemność zagrać… 😉 ). Jedne gry były bardziej udane, inne mniej. Natomiast nie spotkałem się jeszcze do tej pory z grą, której bohaterami byłyby… lamy! Którym pomagają Dalajlamowie. I którym przeszkadzają kaczki. Co wyszło polskiej grupie MASA Games z takiego połączenia? 
Przekonajmy się! 

czwartek, 26 maja 2016

Matki, czyli miłość jest najważniejsza

Dziś wyjątkowy dzień i trochę w wyjątkowy sposób go zakończyliśmy. Zwykle myślimy w tym dniu o naszych kochanych mamach, o wszystkim co nam dały. Tymczasem najnowsza premiera w Teatrze Żydowskim pokazała nam to święto trochę z innej perspektywy. 
Motywem przewodnim przedstawienia są ludzie, którzy mają aż dwie matki. Jedną - prawdziwą i drugą, która ich wychowała. Dzieci wypuszczane z objęć rodzicielki w świat, z nadzieją, że tak będzie lepiej, że tak się je ochroni. W koszyku niczym Mojżesza. W pudełku po butach. Te starsze pewnie siłą odrywane od rodziców. 
Zaczynające nowe życie, często z nową tożsamością. Kochane. Ale jednak z pewną dziurą w sercu.
Pewnie Włodek na zaprzyjaźnionym blogu Chochlik Teatralny rozłoży ten spektakl na czynniki pierwsze. Ja przyznam się, że nie potrafię. Owszem - jestem świadom pewnych niedoskonałości, ale tym razem chłonąłem wszystko raczej emocjami, a nie intelektem. Bo to nie jest tylko przedstawienie, w którym aktorzy grają jakieś role, które ktoś wymyślił. Oni wszyscy schodzą tu trochę jakby na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się opowieść. I trójka ludzi, którzy ze wzruszeniem opowiada o sobie i o swoich rodzicach. Tych, którzy ich wychowali. I tych, których śladów szukają albo może znaleźli za późno, by z nimi być.  
Elżbiecie Ficowskiej, Joannie Sobolewskiej-Pyz ze stowarzyszenia Dzieci Holocaustu oraz Romualdowi Jakubowi Wekslerowi-Waszkinelowi po prostu dziękuję. Za świadectwo. Wasze i moje łzy. 
Dzięki ich obecności wszystko nabiera zupełnie innego, jeszcze bardziej przejmującego wymiaru. To nie jest już łyżeczka o której ktoś opowiada, włożona do zawiniątka z dzieckiem, z wygrawerowaną na niej datą urodzin. To jest łyżeczka, którą możesz zobaczyć.
Jak bardzo trzeba kochać, by oddać swoje dziecko, ratując je przed zagładą, mając świadomość, że nie wypowie ono być może już nigdy do nas słowa: Mamo. Że wypowie je do kogoś innego. 
PS Rzadko zdarza mi się chwalić wszelkie "udziwnienia" na scenie, ale tym razem brawa za pomysł i za wykonanie dla dziewczyn ze studia aktorskiego netTTheatre. Wasza obecność naprawdę dużo wnosi do tego statycznego rozstawienia, które bez tego byłoby dość nużące. 

środa, 25 maja 2016

Nasza młodsza siostra, czyli trudno o miłość idealną

Co prawda ta notka miała poczekać na drugi film japoński, który mam w planach obejrzeć, ale ponieważ boję się, żeby ten Wam nie zniknął z kin, wolę więc je rozdzielić.
I stwierdzam, że te filmy z kraju kwitnącej wiśni, które jakoś udaje mi się upolować, po prostu mnie zachwycają. Najpierw była fascynacja Takeshi Kitano, potem był świetny "Jak ojciec i syn"...
A teraz kolejny obraz, który jest mało skomplikowany, ale jednocześnie budzi masę ciepłych odczuć. Ten sam reżyser, czyli Hirokazu Koreeda powraca do tematu rodzinnych relacji. Tym razem jednak dzieci są już dorosłe, widzimy więc raczej konsekwencje pewnych decyzji, nie obserwujemy ich na bieżąco. Może nie ma więc tak bardzo gorących emocji, są one bardziej skryte, ale to nie znaczy, że ich nie wyczuwamy.

wtorek, 24 maja 2016

Nazywam się czerwień - Orhan Pamuk, czyli cuda na marginesie książki


Płaczę. Czytam Mularczyka i płaczę. Może to i ze zmęczenia, bo oczy wysiadają od ciągłego wpatrywania się w literki. Ale to nie tylko to. Recenzja wkrótce. A przez te łzy dzisiejsza notka króciutka.
Prawdę mówiąc to dobrze, bo o tej książce nie potrafię napisać zbyt wiele. Zauroczyła mnie przede wszystkim klimatem - to jakby połączenie Opowieści z tysiąca i jednej nocy, świata Islamu sprzed ponad 500 lat, ale również pomysłów całkiem współczesnych - tak jak Umberto Eco zafundował nam śledztwo w Imieniu Róży, tak i Pamuk proponuje nam opowieść o zbrodni, zapraszając nas do zabawy w odgadywanie sprawcy.
Ten początek: jestem trupem, nieruchomym ciałem na dnie studni - czyż nie jest zaskakujący?

Czytanie tej książki jest niczym delektowanie się nie kończącym deserem, który na dodatek nie wywołuje przesytu i niestrawności. Zachwycił mnie przede wszystkim pomysł - by każdy rozdział pisany był z punktu widzenia którejś w postaci - och ileż niuansów dzięki temu można odkryć w tej historii. A niektóre z nich to po prostu perełki! No bo jak to jest na przykład być barwą albo psem z opowieści, którą ktoś opowiada w jeden z kawiarni. Możemy zobaczyć jakie emocje i uniesienia targają mężczyzną i kobietą, jak zupełnie inaczej myślą o swoim związku. Czego tu nie ma - strach, żądza, ambicje, zazdrość, chciwość... Nie zawsze każdy się do nich przyzna, ale my przecież składamy sobie tę historię ze wszystkich kawałeczków, dlatego w naszych oczach wszystko jest wyraźniejsze. 
Aż chciało by się, żeby w tej książce znalazły się ilustracje - tak pięknie jej bohaterowie opowiadają o pracy ilustratorów, miniaturzystów. Jakże odmienne to podejście do przedstawiania świata, od tego co jest w naszej, europejskiej kulturze, gdzie dążyliśmy do jak najwierniejszego odwzorowania tego co widzimy. Tu w miniaturach jest ukryta cała opowieść, symbolika, bo przecież religia nie pozwala na tworzenie wizerunków dzieł Najwyższego. Szukając piękna, doskonałości, mistrzowie prowadzą swoje szkoły, uczą innych, ćwiczą, poszukują czegoś nieuchwytnego, opowiadając sobie legendy o ilustratorze, który sam pozbawił się wzroku, dopiero wtedy odnajdując to czego całe życie szukają.

Powieść wymagająca trochę skupienia, ale naprawdę urokliwa.

Jauja, czyli podróż w nieznane

Notką o tym filmie powinienem chyba rozpocząć cykl pod hasłem: nie ogarniam. 
Było już kilka filmów na moim blogu, gdzie szczerze przyznawałem: arthouse czy zachwyty snobów nad "wielkim dziełami", doszukiwanie się znaczeń tam gdzie ich nie ma, to po prostu nie moja bajka. Z ciekawością zerkam co w ramach przeglądu zwycięzców z Cannes pokazuje Ale kino, ale przy niektórych czuję się kompletnie bezradny.
Może dlatego, że jeżeli ktoś rozpoczyna jakąś historię, to oczekuję, że będzie ją kontynuował. Tymczasem w Jauja ewidentnie fabuła w pewnym momencie przestaje być ważna, a my pozostajemy z samymi znakami zapytania. Czasem lubię takie uczucie, ale tym razem miałem ich chyba zbyt wiele.

poniedziałek, 23 maja 2016

Timeline, czyli pokaż tato jaki jesteś mądry

Po targach książki do domu przywieźliśmy również dwie gry - jedna będzie rozpakowana dopiero za jakiś czas, ale drugą rozpakowaliśmy zaraz po wyjściu ze stadionu i graliśmy według uproszczonych zasad czekając na jedzonko. Niby widywałem już tę grę w sklepach, ale dopiero gdy na stolikach rozłożonych na murawie mogłem w nią zagrać, złapałem bakcyla.

A rzecz jest prosta aż do bólu. Karty z rysunkami oraz nazwą jakiegoś wynalazku (w naszym przypadku), a z drugiej strony konkretna data (lub wiek) jego wymyślenia.

Myślicie, że to tylko dla dzieci? Że dla dorosłych za łatwe? Nic bardziej mylnego.
Wcale nie łatwo odpowiedzieć na pytania typu: Co wynaleziono najpierw: żarówkę czy okulary? Korkociąg czy alfabet Morse'a? Gumkę do ścierania czy szczoteczkę do zębów?

Grać można od dwóch do 8 osób i chodzi o dokładanie swoich kart (bez sprawdzania wcześniej daty) w chronologiczny ciąg wydarzeń. Ale przecież można grać też prościej (tak też my zrobiliśmy). Pokazujemy sobie kartę i przeciwnik obstawia rok lub wiek odkrycia. Po czym my sami też możemy zabawić się w obstawienie: wcześniej lub później.

Zobaczcie jaka inspiracja np. dla nauczania historii! Nic tylko tworzyć nowe karty!


Zabawa przednia. A jeżeli karty poznamy już na tyle, by wszystkie zapamiętać? Brawo! Włączamy do zabawy wtedy drugi zestaw, który można spokojnie łączyć. Albo przechodzimy na wersję Cardline, gdzie musimy odgadywać informacje na temat zwierząt: tam aż trzy opcje do odgadywania: długość życia, wagę i wielkość.

Oglądaliśmy też coś bardziej rozbudowanego, czyli I Know, ale tam cena na razie okazała się zaporowa. Kusi, ale tam pytania dużo trudniejsze, choć ciekawszy system punktowania (nie tylko sami zgadujemy, ale obstawiamy czy inni będą umieli odpowiedzieć prawidłowo).

Grę możecie nabyć np. tu - to zaprzyjaźniony sklep w Warszawie z niezłymi cenami (i do negocjacji).

niedziela, 22 maja 2016

Carte blanche, czyli czy to koniec życia?


Wszyscy chyba lubimy dobre historie. Takie, gdzie nawet dramat można przezwyciężyć i wlać w serducha odrobinę nadziei, ciepła. Gdy tylko przeczytałem o nauczycieli historii, który blisko rok tracił wzrok, ale ukrywał to, nadal ucząc w szkole, czułem, że to będzie temat na film. No i jest. 
Pal licho opinie krytyków i niedociągnięcia w tym filmie. Tu wartością jest sam bohater i choć scenariusz był jedynie inspirowany jego życiorysem, to mając świadomość tego, chce się bić brawa dla niego. No i Andrzej Chyra. Niby bez wielkich fajerwerków, ale i tak przykuwa uwagę. 
Dramat człowieka, który z dnia na dzień, dowiaduje się, że nie ma dla niego ratunku, że kłopoty ze wzrokiem będą każdego dnia się pogarszać, gdy próbuje to ukrywać, balansując wciąż między rozpaczą i próbami oswojenia nowej rzeczywistości - udało się to naprawdę nieźle oddać.

sobota, 21 maja 2016

Jack Ryan. Teoria chaosu, czyli oddajcie Forda! I Targi książki


Tom Clancy pisze moim zdaniem dużo lepsze rzeczy niż Fleming, a mimo to właśnie Bond zawładnął naszą wyobraźnią, a Jack Ryan jakoś jest wyraźnie w cieniu. Czy to kwestia małej charyzmy aktora? Czy też po prostu tego, że Bond był pierwszy i potem już nic nie było takie same, wszystkie sensacje zlewają się w jedno i niewiele się po kilku miesiącach pamięta. Można nafaszerować film akcją, strzelaninami, walkami, pościgami, dać dobrych aktorów do ról czarnych charakterów, a jak wszystko jest nazbyt serio, to zamiast trzymać w napięciu, twórcy fundują nam odmóżdżający relaks, który jednak nie jest wart wydanych pieniędzy na produkcję.

piątek, 20 maja 2016

Marcel, czyli musieli szybko dorosnąć

Pantomima. Na to słowo ludzie dziwnie reagują, mam wrażenie lokując przedstawienia oparte na tej sztuce, gdzieś na półce dla wyjątkowo wyrafinowanych widzów, estetów, którzy znają się (albo udają, że się znają) na tym co oglądają i potrafią to docenić. Bo przeciętny widz na pewno nic nie pojmie. Coś jak balet, opera, nie? 
Doświadczenie tego co robi Warszawskie Centrum Pantomimy (zwykle na jednej ze scen teatru Dramatycznego) pokazało mi jak bardzo można się mylić w takim przekonaniu.
Gdy słuchałem recenzji Włodka (tu), myślałem sobie: przesadza. Ale naprawdę to niesamowicie działa na emocje. Dużą rolę w tym przedstawieniu na pewno ma muzyka, dobre wykorzystanie scenografii, ale to przede wszystkim aktorzy czarują widzów, opowiadając gestem i wyrazem twarzy historię.