poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Odyseja, czyli trauma wojenna czy jednak rozgrywki bogów?

Sierpień kończę filmem Christophera Nolana, który był tak oczekiwany, ale chyba ostatecznie u nas nie wzbudził aż tak wielkich zachwytów jakich być może oczekiwano. Rzeczywiście - nie jest to widowisko, w którym przeciętny widz mógłby delektować się kolorami, obrazami, akcją, tempem, napięciem. Reżyser pozornie dość wiernie stara się odtworzyć wydarzenia (ale już nie wszystkie elementy ze świata bogów i zmarłych) z epopei Homera, ale robi to po swojemu. W efekcie wychodzi się z kina z refleksją jakże zaskakującą: mimo kompletnie innych czasów udało się połączyć Iliadę i poprzedni film Nolana, czyli Oppenheimera. Przesłanie bowiem jest bardzo czytelne: podejmowane decyzje, realizowana przemoc i zniszczenie, ma swoje konsekwencje również w duszy człowieka. Bogowie starają się pokazać pewną lekcję, a my wciąż jej nie odczytujemy albo nie chcemy przyjąć, wybierając po raz kolejny dumę, chciwość, żądzę, zemstę itd. 

 

Psychologiczne interpretacje tekstów antycznych? Można i tak, tylko czy naprawdę mówi to więcej o tych dziełach czy o nas żyjących współcześnie?  



Odyseusz jawi się nam tu więc nie jako dzielny przywódca, nieustraszony poszukiwacz przygód, ale raczej człowiek złamany przez to co przeżył, wciąż walczący nie tylko z przeciwnościami jakie czekają ich w trakcie powrotu do domu, ale i z demonami we własnej głowie. Można nawet próbować dopowiadać sobie, że bogowie karzą go nawet nie za odpowiedzialność za zniszczenie Troi i zagranie im na nosie, a raczej za zwątpienie w nich i wyrzucanie im tego jak mogli pozwolić na taką rzeź, czemu ich nie powstrzymali.  
 

Jeżeli to już do nas dotrze (do jednych szybciej do drugich wolniej), to prawdę mówiąc potem już obserwuje się kolejne sceny raczej bez emocji. Nie dlatego że je znamy, ale po prostu nie mają w sobie one jakichś większych emocji. Penelopa czeka i próbuje zwodzić zalotników, a Odyseusz tuła się po oceanie skazany przez fatum lub przez jakieś kolejne złe decyzje na przejście przez próby, które mają opóźnić jego powrót lub go uniemożliwić.  

Niby nie ma nudy i trzy godziny zlatują bez wysiłku i ziewania, obrazy docenią smakosze, bo choć może i mało mają kolorów, robią wrażenie... A jednak. To nie jest film do którego by się chciało wracać, nic specjalnie odkrywczego. Jeżeli nie zobaczycie na dużym ekranie, boję się że na małym będzie to robić jeszcze słabsze wrażenie. 
Co zostaje w głowie (przynajmniej mojej)? Nie jakieś wspaniałe sceny i wizje, ale postać młodego chłopca, który dostał samobójczą misję, okłamanego by przypadkiem ich nie zdradził...  

O obsadzie, poszczególnych scenach nie mam zamiaru pisać, to już pewnie kwestia gustu i niech każdy sam ocenia, nie warto pisać elaboratów na ten temat. 

Czy polecam? Cóż. Raczej tak i to na dużym ekranie. Ale nie spodziewajcie się szału :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz