Strony

poniedziałek, 23 lutego 2026

Springsteen: Ocal mnie od nicości, czyli walcząc z demonami

Filmowe biografia gwiazd muzyki i estrady wydawałoby się to samograj - trochę piosenek, jakieś poruszające sceny z życia prywatnego, droga do sukcesu z pokonywaniem trudności, czasem dramatyczny finał, jeżeli ktoś odszedł zbyt wcześnie... 
Scott Cooper obiera inną drogę - robi film dość kameralny, z niewielkiego fragmentu życia muzyka, wcale nie stawia mu pomnika, a jednocześnie sprawia że artysta staje się nam jakoś bliższy i ten konkretny album, o którego nagrywaniu opowiada film, natychmiast ma się ochotę sobie odświeżyć. I to mimo tego, że na nim nie ma tych największych przebojów jakie kojarzymy z Bruce'm Springsteenem. 



Jeremy Allen White którego tak polubiłem za The Bear, może nie jest fizycznie idealnym Bruce'm, w tej historii jednak pasuje jak ulał. Ma bowiem w sobie nie tylko ten ogień, który rozpala go gdy wychodzi na scenę, ale i jakąś dziwną melancholię, jakiś niepokój, który go spala. No i kurde śpiewa tak, że aż trudno uwierzyć w to, że to nie są nagrania Springsteena.

Oto artysta, który zyskał już pewną popularność i mógłby spokojnie odcinać od niej kupony, produkując kolejne wpadające w ucho piosenki, a zamiast tego zamyka się w domu na odludziu, by pisać i przygotowywać numery, które raczej dalekie są od przebojowości. To historie o ludziach prostych, często nieszczęśliwych, o takich, którzy nosili w sobie jakieś szaleństwo. Powraca motyw jego własnego dzieciństwa, przemocowego ojca, chwil strachu, ale i takich gdy był szczęśliwy.

niedziela, 22 lutego 2026

Wczoraj byłaś zła na zielono - Eliza Kącka, czyli chcę być obok Ciebie

W najnowszej książce Elizy Kąckiej słowo "autyzm" nie pada ani razu, a mimo to będzie to poruszająca lektura nie tylko dla tych rodziców, którzy stykają się ze spektrum zaburzeń gdzieś w życiu swoich dzieci, ale i dla każdego "zielonego" kto pojęcie ma prawie żadne. Może "Rain Man" ktoś widział lata temu, ale przecież nadal nie rozumie co to znaczy w codziennym funkcjonowaniu towarzyszyć osobie, której życie wymaga dużo więcej uważności, ładu, własnych zasad... Gdy osoba dorosła może powiedzieć o tym czego nie akceptuje, z czym ma trudność, to jest to kwestia podążania za nią, ale to co ciekawe to obserwowanie tego procesu, gdy mały człowiek dopiero uczy się komunikowania, gdy sam jeszcze nie rozumie wielu rzeczy. Towarzyszenie mu z cierpliwością, jednocześnie wciąż pod czujnym okiem i ocenami otoczenia, to niezła lekcja życia. 

Przypomina mi się to z czym zetknąłem się pisząc pracę magisterską o sytuacji rodziców dzieci ze spektrum, w połowie lat 90 i ze zdumieniem odkrywam, że mimo iż rozrosło się środowisko pomocowe (również dzięki samym rodzicom), powiększyła się literatura, to wciąż nie jest łatwo, nawet z samą diagnozą. To jeżdżenie po specjalistach, odbijanie się z czasem zupełnie przeciwnymi zaleceniami, od straszenia do uspakajania (wyrośnie z tego), jest koszmarem i trudno nie pomyśleć o tym jak niewiele się zmieniło pod tym względem. 

piątek, 20 lutego 2026

Klub Kawalerów, czyli wystarczy jedna bystra kobieta



MaGa: Ach, te kobiety… Z nimi źle, ale bez nich – jeszcze gorzej. Imć Michał Bałucki w 1890 roku stworzył „Klub Kawalerów”, a współcześnie Krystyna Janda, wyreżyserowała ten spektakl w taki sposób, że widzowie już od początkowych scen klaskali, zaśmiewając się w głos i przez to zatrzymując na chwilę akcję. Mimo tego tempo nie zanikło, a komedia bawiła wszystkich. I młodych i tych nieco starszych. Osobiście dawno się tak dobrze nie bawiłam. Bo komedię trzeba umieć zrobić, a Krystyna Janda to potrafi.


Robert: Rzeczywiście czuje się to, że zarówno aktorzy jak i widzowie znajdują w tej ramotce jakąś fajną energię, której brakuje nawet współczesnym farsom. To nie tylko sam tekst, ale to jak oni go ożywiają na scenie czyni go tak zabawnym. A fakt iż zmienia się język, maniery, stroje, ale pewne rzeczy się nie zmieniają, czyli zazdrość, gierki jakie czasem stosujemy, by pobudzić czyjeś ego, okazanie zainteresowania, które wyzwala jakby nową energię, wciąż przeżywamy i one w zabawny dla otoczenia sposób potrafią nas zmienić.

czwartek, 19 lutego 2026

Wielki Marty, czyli tupet kontra pokora

Chcę jak najszybciej opisać to co już widziałem spośród nominowanych do Oscara, do końca lutego będą więc chyba na Notatniku przynajmniej dwie notki filmowe. Zresztą nazbierało się tego trochę i marzec też chyba będzie pod znakiem seriali oraz nowości kinowych. W oglądaniu m.in. Ołowiane dzieci. I chyba jednak będzie lepiej niż zrobiło to TVP z Czarną śmiercią (kurczę, też muszę napisać notkę...).

Wielki Marty zbiera sporo pochwał, a ja mimo tempa tej produkcji, emocji jakich funduje, jakoś nie mogę znaleźć w sobie wielu słów zachwytu. To dobry film, niezły scenariusz, niestety mam wrażenie że główny bohater nie da się lubić i przez to jakoś ten brak sympatii przekłada się również na stosunek do całości produkcji. Mieliśmy już postacie, które potrafiły w uroczy sposób kłamać, manipulować, by coś tam dla siebie ugrać, to jednak był jakiś element gry, coś co czasem można było usprawiedliwić potrzebą chwili. Tymczasem w Wielkim Marty'm bohater robi w balona wszystkich po kolei, nawet własną matkę, snuje wielkie wizje, obiecuje, a potem ma wszystkich w dupie. Nie, to nie tylko dlatego że akurat mu się nie udało, bo nawet jak miałby kupę kasy, to też woli wydać na własne przyjemności, ba, nawet rozdać by udowodnić swój gest, a nie by oddać to co ofiarowali mu w potrzebie inni. Kawał cwaniaka i drania po prostu. 

środa, 18 lutego 2026

Siódmy koci żywot - Beata i Eugeniusz Dębscy, czyli to przecież niemożliwe by kot podrzucał wskazówki, prawda?

Nie dość że dziś środa, to wczoraj Dzień kota, a więc połączmy to w jednej notce. A kto poza Martą Matyszczak pokazuje iż nasze ludzkie intuicje, metody dedukcji i wszystkie talenty śledcze to pikuś w porównaniu z tym co potrafią koty? Ano ich miłośnicy, czyli Beata i Eugeniusz Dębscy. Mają już na swoim koncie kilka serii, w tym cykl o detektywie Tomaszu Winklerze, a Siódmy koci żywot miałby szansę otworzyć nowy pomysł. Lekki, ale wciąż kryminalny.

Przecież jest trup, jest śledztwo, są policjanci którzy je prowadzą pod przewodnictwem komisarz Borkońskiej, to byłoby jednak dość banalne gdyby nie ten dodatek - perspektywa kota, który postanowił wciąć sprawy dochodzenia w swoje łapki. Ludzie są tacy mało domyślni. A przecież zginął jego opiekun (właścicieli to mają psy, a nie koty prawda?), który tak o niego dbał. Może i człowiek nie do końca z czystą przeszłością, ale o wielkim serduchu, który starał się naprawiać popełniane przez siebie błędy. Należy się więc jakaś sprawiedliwość...

wtorek, 17 lutego 2026

Gerta Schnirch, czyli zawsze wolałaś milczeć

Chyba umknął by mi ten film, może ominąłbym go spodziewając się jakiegoś rzewnego historycznego melodramatu jakich wiele. Na szczęście Wydawnictwo Afera dało sygnał, że warto zwrócić uwagę, bo to przecież ekranizacja powieści Kateřiny Tučkovej. A po Bilej Vodzie, to dla mnie potwierdzenie jakości. Wciąż co prawda Boginie z Żitkovej czekają na półce, ale w tym roku na pewno trafią bliżej pod rękę - po prostu w skali roku te 180 tytułów przeczytanych to jest pewnie ze 20 procent tego co trafia na półki w domu lub na czytnik :( No nie da się wszystkiego...
 
Oglądając Gertę Schnirch trochę myślałem o tym ile hałasu by zrobił u nas podobny serial - w pewien sposób dotykający bolesnych ran, rozliczeń historycznych, tego jak czasem wolimy zapomnieć o winach i krzywdach, tłumacząc to jeszcze większymi grzechami. Historie pokazujące inną perspektywę zaraz oskarżane są o próby zakłamywania przeszłości, dorabiania poczucia winy ofiarom, a usprawiedliwianiem oprawców. A przecież nie chodzi o odwrócenie przekazu, tylko o to, by z uwagą pochylić się nad losem ludzi, a nie cyferek, nad dramatem, tragedią, a nie pojęciami z podręczników typu "naród", "odpowiedzialność", "wyrównanie krzywd". Nawet polityczne decyzje dotyczące przesuwania granic, nie usprawiedliwiają przecież okrucieństwa i odwetu na tych, w których widzimy jakby przedłużenie obecności krzywdziciela. Bo mówią tym samym językiem, bo wyznają tą samą wiarę, bo nie postrzegamy ich jako "swoich". A teraz możemy "odegrać się" za to wszystko czego doświadczyliśmy. Co z tego że zwykle na niewinnych, na kobietach i dzieciach, ale wmawiamy sobie że były współwinne, bo przecież przez krótki okres czasu żyły lepiej niż my, mogły korzystać z przywilejów, nie broniły nas tak jak byśmy tego chcieli. 

Tak. Gerta Schrnirch to poruszająca historia dotykająca tematu wypędzeń obywateli uznanych za niepożądanych, bo postrzeganych jako ludzi pochodzenia niemieckiego - dotyczy to m.in. nie tylko terenów Czech, ale i naszych ziem zachodnich, w obu przypadkach ludzi, którzy mieszkali tam od pokoleń, współdzieląc te tereny z sąsiadami innych narodowości. 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Hamlet, czyli inna ona, inny on

Bardzo sobie cenię cykl pokazów z National Theatre w Londynie, które możemy oglądać w Polsce m.in. dzięki pokazom w Multikinie. Daje nam to bowiem możliwości poznania innego spojrzenia na teatr, na obsadę spektakli, pokazuje inne rozwiązania scenograficznych. Podobnie było i tym razem. Wydawać by się mogło, że „Hamleta” Szekspira znamy na wylot, że nic już nie jest nas w stanie zaskoczyć… a jednak. To tak jak ze znaną i lubianą potrawą, niby wiemy jak ją podać, a jednak każda restauracja robi to trochę inaczej czym może zaskoczyć.

Hamlet w wykonaniu Hirana Abeysekera jest zdecydowanie inny niż jego poprzednicy w inscenizacjach wcześniej oglądanych. Inna jest również Ofelia w wykonaniu Francesci Mills. Reżyser Robert Hestie pozbawił dramatu sztywności epoki elżbietańskiej ubierając obsadę w stroje zbliżone do współczesnych i przyspieszając akcję, równocześnie odbierając postaci księcia melancholii i czyniąc z niego młodzieńca na poły dziecinnego, na poły nadpobudliwego. Młodego człowieka, który nie jest w stanie sprostać wymaganiom stawianym przez życie. Zabieg na pewno nowatorski, choć moim zdaniem zmniejsza dramaturgię na rzecz lekkości i rozmazuje sens tragedii. Natomiast pomysł na postać Ofelii wydaje się bardziej trafiony. Interpretacja jej postaci jest początkowo młodzieńczo żywiołowa, by zmienić się w tragicznie oszalałą. Według mnie to właśnie ona stała się centrum tego spektaklu i doprawdy jest zdumiewająca.

Flip Top Head - Trilateral Machine, czyli poeci też mogą zaszaleć

Czasem jestem pytany: skąd biorę różne tematy notek i swoje odkrycia np. muzyczne. Po prostu szukam. Czasem to kwestia zaglądania na strony ludzi, których znasz i szanujesz za ich gusta i tam coś trafiasz mniej znanego... Tak właśnie trafiłem np. na dzisiejszą propozycję, band który chyba nawet jeszcze nie ma na koncie albumu, same EPki, a znalazłem ich nazwę na liście tego co puszczał w swojej audycji Mariusz Duda w radiu 357. Jakoś wciąż nie trafiam na odsłuch na żywo, ale co mi szkodzi sprawdzać po nazwach i tytułach? 

Flip Top Head. Nawet nie wiem jak określić ich muzę, ale to ciekawa mieszanka art-rocka, może odrobina folku, ale i chwilami zadziora prawie punkowskiego. To co tworzy na pewno jakąś oryginalność to pomysł na delikatne, trochę melancholijne wokale i muzyka, w której nie brakuje melodii, czasem jednak potrafią zabrzmieć bardziej kakofoniczne nuty. Te przełamania, przejścia z jednego nastroju na drugi, sprawiają że to może trochę niepokoić, na pewno jednak zaciekawia. 

niedziela, 15 lutego 2026

Męczennik! Kaweh Akbar, czyli tak żeby to miało sens

O ile książka o której wczoraj pisałem, czyli Demon Copperhead, to rzecz, która wciąga prawie od samego początku, to Męczennik pewnie nie będzie powieścią która zachwyci każdego. Poruszający debiut prozatorski irańskiego poety, który od lat mieszka w Stanach, ma dość porwaną narrację, więcej tam świata wewnętrznego niż działań postaci, może jednak zachwycić nie tylko ze względu na odmienną kulturowość jakiej dotyka. Działa również język, poruszające dotknięcie tematyki śmierci, która czasem staje się tak bliska, na wyciągnięcie ręki. Już sam bohater zaskakuje oryginalnością - to młody poeta, dorabiający tym że w szpitalach jako aktor uczestniczy w szkoleniach studentów medycyny jak rozmawiać z pacjentami cierpiącymi ból, śmiertelnie chorymi albo członkami ich rodzin. 

Temat śmierci jest dla niego jednocześnie bliski ale i w pewien sposób bolesny, bo nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojej matki, która zginęła według ojca w strąconym przez Amerykanów samolocie. Cyrus Shams mimo młodego wieku ma na koncie już uzależnienia, a w sferze seksualnej też brakuje mu jakichś bardziej poukładanych relacji. To ciągłe eksperymentowanie, poszukiwanie siebie, czasem aż do autodestrukcji. 

sobota, 14 lutego 2026

Demon Copperhead - Barbara Kingsolver, czyli nikomu tak naprawdę na mnie nie zależy

Nawiązanie w tytule do słynnej powieści Dickensa nie jest przypadkowe, choć przecież Barbara Kingsolver nie opowiada historii w kostiumach epoki. Cofa, się ale nie za daleko, pisze o tym co zna, czyli amerykańskiej prowincji, borykającej się z biedą, alkoholizmem i uzależnieniem od opioidów. 

Wiele widziałem opinii na temat tego tytułu w samych superlatywach, że niby "genialny", "porywają" itp. Może nie używałbym aż tak wielkich określeń, ale na pewno to opowieść, która płynie, wciąga nas swoim rytmem, językiem, pewną nieuchronnością tego co przewidujemy. Wśród żywiołowo napisanych powieści społecznych może mieć moc rażenia nawet większą niż reportaże, bowiem porusza emocje. Wobec losu chłopaka, który nosi w sobie jakiś niepokój, bunt ale i wrażliwość, której nie daje w sobie zagasić, trudno pozostać obojętnym.

piątek, 13 lutego 2026

Wszystko na mojej głowie - Jakub Bączykowski, czyli każdy ma jakąś historię do opowiedzenia

Po Zadzwoń zanim dojedziesz dołączyłem do grona tych, którzy każdej książki Jakuba Bączykowskiego wyglądają niczym rośliny wody w ogrodzie. Powieści obyczajowych na rynku nie brakuje, ale on mam wrażenie uchwycił w świetny sposób potrzebę historii, w których najistotniejsze nie są porywy serducha, romanse i szczęśliwe zakończenia. Co w takim razie jest ma być ich siłą? Jakaś prawda w nich zawarta, emocje, uczucia, zakręty życiowe, szukanie nadziei i siły, zadawanie sobie pytań o to w którą stronę pójść. Może dlatego czytelnicy (nie tylko kobiety) tak je pokochali? Bo nie chodzi o to by opowiadać bajki, tylko dotknąć prawdziwego życia, czegoś co przeżywa większość z nas. Trudnych relacji z rodzeństwem, poczucia straty po kimś bliskim, miłości do rodziców którą odkrywamy często za późno, gdy ich już brakuje...  

We Wszystko na mojej głowie, czyli najnowszej książce Kuby znajdziecie nie jedną a kilka takich historii. I może jeszcze bardziej przypominać to różne azjatyckie comfort books, gdzie wokół jednego miejsca gromadzą się ludzie ze swoimi historiami, a wychodzą z niego jacyś spokojniejsi, mniej naładowani lękiem, stresem, czy złości. Salon fryzjerski w Polsce od lat trochę tak się kojarzył - ktoś nie tylko zaopiekuje się nami i sprawi że lepiej będziemy wyglądać, ale i wysłucha, może coś doradzi. Często kojarzymy to z miejscem na ploteczki, ale przecież dobry fryzjer, czy fryzjerka nie opowiadają o innych, nie powtarzają tego co usłyszeli. 

czwartek, 12 lutego 2026

Coben kontra Läckberg, Stany kontra Skandynawia, czyli O krok za daleko i Szklana kopuła

W ubiegłym tygodniu wyzłośliwiałem się nad dwoma serialami w oparciu o prozę Harlana Cobena, to dziś kolejny, ale żeby nie było nudy to tym razem w dwupaku z ekranizacją równie słynnej autorki z północy Europy.
Może za tydzień kolejny dwupak? Mam wrażenie, że jak ktoś wpadnie w rytm to po skończeniu jednego od razu szuka kolejnego, a po każdym rozczarowaniu myśli sobie, może następny wreszcie będzie lepszy. Obie dzisiejsze produkcje są lepsze od tego o czym opowiadałem tydzień temu, ale nie są też żadną rewelacją, mają swoje słabości i powtarzają pewne schematy. W przypadku O krok za daleko już sama obsada może rozbawić, bo oto w rolach głównych pojawia się aktor jakby dobrze nam znajomy (Zostań przy mnie), ale w zupełnie innej roli. Potem powtórzenie pewnych schematów (para morderców, którzy bawią się tym co robią) zwiększa jeszcze jakieś basze zdziwienie. Ta sama stacja robi z widzów idiotów? Nikt nie patrzy na scenariusz, na obsadę? 

środa, 11 lutego 2026

Sygnalista - Robert Peston, czyli polityka to brudna rzecz

Wydawałoby się, że z końcem zimnej wojny, thrillery polityczne trochę stracą rozpęd i nie będą miały już tej temperatury co kiedyś. Tymczasem jak pokazuje choćby House of Cards, polityka nieustannie dostarcza nam tematów, które mogą budzić emocje. W końcu ci ludzie decydują o naszych podatkach, podejmują ważne projekty zmian w prawie, pokazują kierunki zmian i inwestycji. Nie chodzi więc jedynie o bezlitosną walkę między kandydatami w wyborach, o bezwzględność, ale np. o tryb podejmowania różnych decyzji, o ukrywanie działań lobbingowych, czy też po prostu jakichś własnych grzeszków. 

Dziennikarze nie od dziś polują na takie tematy, jedni bardziej nastawiając się na plotki i sensacje obyczajowe, które przecież również mogą zatopić niejednego polityka, a inni mają większe ambicje - ich interesują programy, projekty, realizowanie obietnic, związki z biznesem, przejrzystość w podejmowanych decyzjach. I trochę właśnie takiego człowieka pokazuje nam Robert Peston w "Sygnaliście". Bohater by zdobyć jakieś informacje jest zdolny do bardzo wielu posunięć, czasem wiele ryzykując. Ma dodatkową motywację: podejrzewa że wokół tragicznej śmierci jego siostry, wysoko postawionej urzędniczki w rządzie, jest jakaś tajemnica, którą on musi rozwiązać. 

wtorek, 10 lutego 2026

Pillion, czyli poczuj coś mocniej

Cholera, mam problem z tym filmem, a może raczej ze sposobem w jaki Gutek Film go reklamuje - czyli jako świetną propozycję na Walentynki, jako romantyczny film jednocześnie przełamujący pewne tabu i myślenie o preferencjach seksualnych. 

Możecie stwierdzić że jestem homofobem, że nie kumam środowiska BDSM i jestem nietolerancyjny, jednak w całej tej historii nieśmiałego chłopaka, który zakochuje się w przystojnym motocykliście, jest coś co mnie bardzo uwiera. Gdyby to nie było dwóch facetów, tylko facet i kobitka, pewnie więcej osób podzielałoby moje zdanie - wszystkie te sceny, które niby mogą wydawać się zabawne i tłumaczymy je tym, że przecież to za obopólną zgodą, trzeba jednak wyraźnie nazwać przemocą psychiczną, emocjonalną i fizyczną, obejmującą również gwałt. I ok, jeżeli ktoś godzi się na taką przemoc, to nic mi do tego, choć moim zdaniem zamiast o tym opowiadać i się z tego śmiać, raczej powinniśmy delikatniej lub mocniej sugerować pomoc terapeuty. W tym przypadku moje serducho jest zdecydowanie po stronie matki, która obawia się że synowi dzieje się krzywda. Przesadza? Nie powinna się wtrącać? Kurcze, po to uwrażliwiamy na przemoc, żeby ją ignorować? Przecież ktoś kto jej doświadcza, czasem jest na tyle uzależniony emocjonalnie, tak bardzo zdominowany, że będzie się godził na wiele, byle tylko nie stracić obiektu swoich uczuć. Raniony, poniżany, wciąż spychany do roli tego kto nie ma prawa głosu, ma być posłuszny - czy ktoś taki może być szczęśliwy? 

poniedziałek, 9 lutego 2026

HÉR - Monochrome, czyli surowość północy i jazzowe szaleństwo

W ubiegłym roku muzyki na Notatniku było niewiele, na pewno jednak dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się jazzu (m.in. Omasta) nie tylko w trakcie roku, ale i w podsumowaniach (Nene Heroine). A przecież dotąd tego nie słuchałem w większych dawkach, nie rozumiałem, drażniło mnie. Teraz odkrywam po raz kolejny jak różne oblicza może ta muzyka mieć. W wykonaniu gdańskiego zespołu HÉR przenosi ona nas w bardzo zaskakujące klimatu - surowej północy, nordyckiej mitologii, ale i jakiegoś world music przypominającego wciągające i transowe melodie tworzone przez ukochane przeze mnie od lat Dead Can Dance. 
 

Co kawałek, to zaskoczenie. No bo jest i gardłowy śpiew, są jazzowe wariacje na skrzypcach, ale jest i rytm, bardziej mroczny, rockowy, z wokalem opowiadającym jakąś historię. Ich odniesienie do Islandii, do dalekiej północy, czuje się w tej muzyce, czyni odsłuch podróżą w jakieś fantastyczne krainy. 

niedziela, 8 lutego 2026

Szczodry - Elżbieta Cherezińska, czyli zdrada czy jednak zaniedbania i błędy

Warto domknąć dwutomową opowieść Elżbiety Cherezińskiej o Bolesławie II, królu któremu historia jakoś dziwnie zapomniała zasług, a pamięta głównie jeden czyn, który potem został obudowany czarną legendą przez Kościół. Oczywiście trudno oceniać z perspektywy prawie 1000 lat kto miał rację. To jakaś wersja wydarzeń autorki, choć warto podkreślić iż zwykle swoje powieści mocno opiera na źródłach historycznych. Powiedzmy więc że to próba trochę innego spojrzenia na króla, który dokonał bardzo wiele, a dziś wspomina się go głównie dzięki konfliktowi z biskupem krakowskim i egzekucji, która potem została wykorzystana przez niechętnych władcy. Nie od dziś wiadomo, że krew kogoś kogo można uznać za męczennika, służy sprawie o którą walczył. Cherezińska stawia zaś pytanie: co to była za sprawa. 


O pierwszy tomie tej opowieści pisałem już w grudniu - nosi ona tytuł Śmiały. Dopiero jednak po przeczytaniu całości, wszystko układa nam się zgrabnie, zaczynamy rozumieć znaczenie różnych konfliktów, ambicji, żali, gry rozgrywanej zarówno przez króla, próbującego umocnić państwo i swoją pozycję, jak i przez tych, którzy tego nie chcą. I nawet jeżeli dziś raczej trudno znaleźć wzmianki iż w drugiej połowie XI wieku wpływy różnych pogańskich plemion były tak silne, by mogli oni rozmawiać jak równy z równym z możnymi lub przedstawicielami Kościoła, to przecież byli oni jedynie języczkiem u wagi, siłą którą chciano wykorzystać dla odwrócenia uwagi lub zdobycia jakiejś przewagi. W powieściach o polskich władcach, szczególnie tych z rodu Piastów, autorka często wplata obecność ich kapłanów, żerców, wieszczek, elementy starych wierzeń, magii i można by uznać to za jakąś ciekawostkę, jej własną fantazję, również na to iż one wciąż były żywe nawet po 100 latach od oficjalnego przyjęcia chrztu przez kraj i wykorzenianiu tego co dawne. 

Żywego ducha - Jerzy Pilch, czyli jak bardzo może boleć samotność

Dawno już chyba nie miałem takiej zdegustowanej miny przy lekturze książki wybranej na DKK. Coś co stanowiło ciekawy pomysł, czyli zderzenie się jednego człowieka ze zniknięciem wszystkich pozostałych ludzi, jakby końcem świata, w którym ktoś o tobie zapomniał, z każdą stroną okazywało się coraz bardziej nużącym powtarzaniem tych samych przemyśleń i rozważań. Pilch zawsze lubił opowiadać historie, w których się pojawiał, potrafił to robić z ironią, z humorem. Tym razem jednak to skupienie na sobie - ja, ja, ja, doklejanie do tej historii na siłę cytatów z niby przypomnianych sobie książek, powtarzanie różnych refleksji po 10 razy na różny sposób, sprawiają że z lektury nie ma się prawie żadnej przyjemności. Początkowo tak, bo przecież Pan Jerzy potrafi pisać i nawet jak krąży jedynie wokół tego co ma głowie, wokół wspomnień, nudy nie będzie. "Żywego ducha" jednak wydaje się mocno wymęczone, na granicy grafomanii. To rozciągnięte na kilkaset stron kilka dobrych przemyśleń o tym co po nas zostaje. Przecież świat pozostał bez zmian, tylko ludzie zniknęli. Zostawili domy, zrobioną kawę, otwarte kawiarnie, sklepy, w hotelach rozgrzebane łóżka. Po prostu zniknęli. I w takiej rzeczywistości przechadza się bohater, facet już w starszym wieku, szukając odpowiedzi na pytanie "dlaczego?".

sobota, 7 lutego 2026

Frankenstein, czyli dałeś życie, to teraz nie uciekaj...

Rano o filmie Camerona, a wieczorem Guillermo del Toro. Dwa wielcy reżyserzy, którym zdarzały się filmy doskonałe, ale też od dłuższego czasu bardziej chyba ufają wielkości swojej wizji, niż rzeczywiście oferują nam coś nowego. Frankenstein zachwyca od strony wizualnej, po tylu ekranizacjach powieści Mary Shelley chciałoby się nie tylko wiernego opowiedzenia jej po raz kolejny i pięknych zdjęć, tylko czegoś więcej. Naukowiec ogarnięty obsesją o raz jego dzieło, które budzi u niego wyrzuty sumienia - stwór w którym widzi on jedynie ożywione ciało, a marzył mu się chyba umysł równie genialny jak jego. Istota której dał życie i dał nieśmiertelność, wyjątkową siłę, witalność, ale nie potrafił dać duszy, a może to tylko on jej nie potrafi dostrzec? Przecież jego ukochana (czy też raczej skrycie kochana, bo to wybranka jego brata), w tej istocie dostrzega coś więcej niż zwierzę. On przerażony jej siłą, więzi ją w lochach, ona zaś najchętniej wyprowadziła je na zewnątrz, by doświadczało świata, by się uczyło na niego patrzeć. 
 

Sporo osób podkreślało po seansie, że film jest piękny, brakuje jednak w nim emocji. I to jest pytanie, czy w historii oglądanej po raz... (dziesiąty?), można jeszcze te emocje odnaleźć. Niby wszystko u del Toro jest tak jak powinno być, może trochę bardziej chaotycznie niż można by się tego spodziewać, czegoś jednak brakuje. 

Avatar. Ogień i popiół, czyli jest widowisko ale duszy już brakuje

Trochę dla formalności notka o trzeciej odsłonie Avatara. Czemu dla formalności? Bo to zaczyna przypominać serial i to kiepski, gdzie w każdym odcinku powtarza się nie tylko ten sam schemat, ale nawet poszczególne rozwiązania i sceny. No jak to ma trzymać w napięciu?

A mimo to, podobnie jak pewnie wielu ludzi, których zauroczył pierwszy film z cyklu Camerona, jego widowiskowość, usiadłem na sali kinowej. I nie żałuję, choć już na notkę trochę miejsca mi było żal, gdy tyle innych tytułów czeka na swoją kolej, a na przyszły tydzień szykują się aż 4 spektakle. Noż kurde kiedy ja mam to pisać?  

Podkreślam więc: jedynie dla formalności i bardzo skrótowo, głównie o tym co na plus, bo tego co na minus, czyli powtórzeń, powtórzeń, powtórzeń, po prostu byłoby za dużo. Fakt - coraz większą rolę odgrywa już kolejne pokolenie, ono staje się nie tylko zakładnikiem, by wreszcie ludzie mogli dorwać "zdrajcę" Jake'a Sully'ego, ale też mają ważną rolę w procesie uratowania wszystkich Na’vi i całej Pandory. Ponownie różne plemiona będą musiały poświęcić wiele ofiar, by stanąć do nierównej walki z ludźmi, którzy myślą tylko o zysku i zemście. 

piątek, 6 lutego 2026

Potrójna dawka aburdalnego humoru, czyli Evžen Boček i Arytoskratki część 3, 5 i 6

Może nie polecam tego w tak dużej dawce jak sam sobie zapodałem, czyli 3 tomy jeden za drugim, ale cykl Evžena Bočka to perełka humoru i zdecydowanie jeżeli szukacie czegoś lekkiego na poprawę nastroju, to szukajcie Arystokratki. O poprzednich tomach też pisałem, one łączą się ze sobą, więc najlepiej czytać po kolei, ale każdy też stanowi pewną zamkniętą ramami historię, w które można dostrzec zarówno kontynuację (postacie), jak i nowe pomysły. 

I w sumie chyba nie powinienem zdradzać zbytnio fabuły, bo to sama przyjemność wejścia w te pokręcone historie, ale przynajmniej kilka zdań o każdym z tych trzech tomów napiszę, a wcześniej choć parę słów zarysu okoliczności w jakie wchodzimy. 

czwartek, 5 lutego 2026

Niebo. Rok w piekle, czyli czemu za nim poszedłeś

Dużo sobie obiecywałem po tym serialu, mam jednak wrażenie że nie do końca wykorzystano potencjał jaki był w tej historii. Mimo dobrej obsady (Kot, Różczka, Jastrzębska, Linowski), nie udaje się uchwycić tego co wydawałoby się w historii o sekcie Niebo najważniejsze, czyli psychologicznych mechanizmów, manipulacji. Zamiast tego mamy jakieś elementy dramatu, thrillera (nie da się stąd uciec, odbierają ci dziecko), a historia staje się letnia, brak w niej jakiejś iskry. Co z tego że Tomasz Kot jak zwykle magnetyczny, skoro nie do końca wierzymy w tą jego siłę oddziaływania. Bombardowanie miłością? Przepowiadanie? Uzdrawianie? Przecież pytanie czemu ludzie oddają cały swój majątek, idą za kimś kto karze im żyć w komunie, ciężko pracować fizycznie, w dodatku klepiąc biedę, stawia sobie każdy widz i chciałby zrozumieć, chciałby to poczuć.   

Tymczasem w Niebie od początku wyczuwamy jakieś napięcie, jakieś niepokoje, które potem w naturalny sposób prowadzą głównego bohatera do prób odejścia. Początkowo bardziej by chronić innych, niż siebie, ale to jego zmaganie się z samym sobą, z tym czego doświadczył, z tym że ktoś go "wybrał" aż prosiłoby się o jakieś pogłębienie. 

środa, 4 lutego 2026

Kapsuła - Wojciech Wójcik, czyli ile o sobie wiemy

Powieści Wojtka Wójcika już parę razy gościły na moim blogu i choć można pewnie by wskazać jakieś cechy ich wspólne, za każdym razem wciągają mnie zupełnie w inną historię. Zaskakującą o tyle, że u niego raczej na próżno możecie wypatrywać super przenikliwych gliniarzy, detektywów, pościgów, strzelanin, fajerwerków. Są jakieś zwroty akcji, gdy coś nagle przed nami się odsłania, wszystko jednak toczy się dość powoli. To nie znaczy że brakuje dramatyzmu, albo nie wciąga, z góry jednak trzeba nastawić się na wolniejsze tempo, na zbieranie okruchów i z nich składanie sobie jakiejś historii. Wójcika interesują losy zwykłych ludzi i tam wynajduje materiał na intrygę. Czy to znaczy że jest to mniej ciekawe od wymyślanych seryjnych morderców i genialnych śledczych, którzy ich ścigają? Jest inaczej.  
 
Tu prawie każdy coś ukrywa, ma jakiś sekret, mniej lub bardziej wstydliwy, czasem w ludziach buzują jakieś emocje, pretensje, żale, zazdrość czy coś mniej osobistego, ale bazującego na ich własnych traumach. I to bywa równie ciekawe jak thrillery gdzie co parę stron ma dziać się coś ekscytującego. 

Niby zwykłe miasteczka, środowiska które pewnie znamy i może do nich należymy, a tu nagle jakaś tragedia. Jak reagują ludzie, co mówią i komu nie chcą nic powiedzieć (zwykle policji), może czasem wyjdą jakieś plotki i historia robi się coraz bardziej skomplikowana. 

Czy Coben zawsze będzie trzymał w napięciu, czyli Zostań przy mnie i Już mnie nie oszukasz

Netflix zdaje się uznał że Harlan Coben gwarantuje im sukces serialu, więc produkują je już seryjnie, nie zważając na to iż nawet najlepszemu pisarzowi zdarzają się powieści słabsze no i niestety: im więcej, tym bardziej widać schematy w jego twórczości. 

Oczywiście dużo do zrobienia ma też reżyser, który przecież może trochę poczarować z materiałem, obsada, ale jak widać po przykładach o których dzisiaj - samo nazwisko autora na podstawie którego powieści robi się film, to za mało. Nawet już aktorzy zaczynają być taśmowo zatrudniani przy tych produkcjach i potem zdziwienie, że ta sama twarz ale przecież gra zupełnie kogoś innego. Tych seriali jest już chyba z 10 na samym Netflixie więc nie dziwcie się artykułom w sieci - najlepsza dziesiątka ekranizacji powieści Cobena jakie kochają widzowie. 
Ostrzegam, choć te dwa też znajdziecie na takich listach. Omijajcie je raczej z daleka, bo to strata czasu. 

wtorek, 3 lutego 2026

La Grazia, czyli do kogo należą nasze dni

W niedzielę pisałem o Kandydacie Żulczyka, gdzie mamy obraz prezydenta Polski, a oto powracamy na najwyższy urząd tyle że we Włoszech. Paulo Sorrentino kreśli jednak zupełnie inny obraz - oto człowiek powszechnie szanowany, uznawany za wyrocznię w dziedzinie prawa, choć z wiekiem wydaje mu się że coraz bardziej nie nadąża za rzeczywistością, która tak szybko się zmienia. Oczekiwania by podejmował odważne decyzje, najwyraźniej są dla niego ciężarem, wolałby końcówkę swojego urzędowania potraktować jako spokojne żegnanie się z władzą, bez żadnych gwałtownych ruchów, żeby nikogo nie drażnić. 

Czy więc to film o odwadze i jej braku? A może o rozsądku i spokoju, towarzyszącemu dojrzałości? Wbrew pozorom w bohaterze filmu kotłuje się całkiem sporo emocji, jednak dotyczą one głównie przeszłości - wciąż na przykład przeżywa to że 40 lat temu został zdradzony przez żonę, po której śmierci mocno tęskni. Tą jego samotność wyczuwamy dość mocno, choć wybuchy zazdrości są sporadyczne, częściej to jakaś nostalgia w jaką wpada, może również lęk przed jakimiś radykalnymi zmianami.

poniedziałek, 2 lutego 2026

Za kim idziesz - Hańba, Hiob Dylan, czyli orkiestra uliczna tym razem bardziej po amerykańsku

Najnowszy krążek Hańby to efekt współpracy z Hiobem Dylanem, songwriterem który od kilku lat zdobywa popularność na polskich scenach ze swoim banjo. Sporo tu jego numerów (jak choćby Polska B), ale w zupełnie innych aranżacjach, z szalonym rytmem, energią i naturalnością jaka z tego materiału bije. 

Chłopaki z Hańby, dotąd znani z radykalnych tekstów, punkowo-folkowej muzyki, tym razem trochę skręcają ku amerykańskim brzmieniom, to wciąż jest jednak muzyka ulicy. Rytm, melodia, instrumenty nie wymagające żadnego prądu, nagłośnienia, po prostu czysta zabawa. Tyle że więcej country i bluegrass z punkową energią. No może klarnet i akordeon sprawiają że to wciąż jest takie nasze, swojskie. 

niedziela, 1 lutego 2026

Kandydat - Jakub Żulczyk, czyli teatr pozorów i patologiczny koszmar

W zanadrzu kilka dobrych przeczytanych powieści, pojawia się więc dylemat o czym pisać najpierw. Wybieram najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, choć muszę przyznać że trochę zmęczyła mnie ta lektura. To trochę jak z filmami Smarzowskiego - trzeba się przygotować na to, że nie będzie to przyjemna opowieść o dobrych i złych, o tych co grzeszą i o tych, którzy niosą dobro. U Żulczyka może i pojawiają się ci, którzy mają jakieś dylematy, wyrzuty sumienia, chcą coś naprawić, dość skutecznie jednak los im pokazuje że świat ma w dupie ich "słabość" i albo pogodzą się z tym że są częścią moralnego brudu albo zostaną wymazani z pamięci, zgnojeni, bo nikt nawet nie zauważy ich próby naprawienia czegokolwiek. Zostaną wyśmiani, poniżeni i po prostu skazani na egzystencję w mroku, który coraz bardziej ich będzie pogrążał. 
 
Niech się nie ekscytują więc ci, którzy mieli nadzieję: ach, wreszcie ktoś odważnie dołoży tym ..., pokaże ich zakłamanie, układy i brudne interesy. To nie jest panflet na prezydenta, na popierające go ugrupowanie. To raczej dramat, w którym widzimy ile bólu, samotności, pychy i kompleksów jest we wszystkich uczestnikach tej gry zwanej władzą. 

Bohater Żulczyka jest niczym schodzący przez kolejne poziomy piekła, nigdzie nie znajdując nadziei, wsparcia czy iskry jakiejś siły będącej alternatywą. Polityka, media, służby, niezależnie czy jest to jedna czy druga opcja, prawicowi fanatycy, czy ci którzy sami siebie uznali za elitę intelektualną przemian po roku 1989, moralną wyrocznię, jedynych którzy mają rację, w Kandydacie jawi się jako bagno, w którym każdy myśli tylko o sobie, o władzy, o pieniądzach, o jakichś korzyściach. Gdzie tu państwo, społeczeństwo, gdzie ludzie? No przecież ci maluczcy są tak głupi i nieistotni że nie ma co się nimi przejmować. Liczą się tylko masy, którymi można manipulować. Kłamać, zaprzeczać, preparować fakty, prowokować, ogłaszać wyroki. A gdy ktoś zasługuje na uwagę, szuka się sposobu by go kupić lub zastraszyć. 

sobota, 31 stycznia 2026

Podniebna krucjata - Paul Anderson, czyli w imię króla, naszej wiary no i na pohybel wrogom

W ramach serii Wehikuł Czasu od Wydawnictwa Rebis coraz częściej trafiam na tytuły, które znam jeszcze z lat 80 czy początku 90, gdy mieliśmy wysyp różnych powieści z zagranicy, wydawanych dzięki pasjonatom. Przypominam więc sobie te emocje jakie towarzyszyły mi przy lekturze gdy miałem lat naście i gdy dzięki starszemu bratu, który kupował fantastykę, mieliśmy nawet ładnie oprawione książki zszywane z kartek zamieszczanych w tym piśmie. 


Okładka Podniebnej krucjaty już trochę zwiastuje Wam treść - konfrontacja średniowiecznych rycerzy z przybyszami z kosmosu. O ile jednak przewaga technologiczna z góry jak zakładamy daje przewagę obcym w takim starciu, Anderson trochę kpiarsko prowadzi historię w zupełnie innym kierunku. Determinacja ludzi pragnących zniszczyć "bezeceństwo", które może chce spalić ich domy, doprowadza do wymordowania przybyszy i zajęcia statku. Ba, od pojmanego jeńca żądają by przetransportował on ich do Francji, już licząc na to jak zadrży z przerażania odwieczny wróg Anglików. 

czwartek, 29 stycznia 2026

Żyj teraz! czyli afirmacja życia


MaGa: Samo wejście do sali im. Emiliana Kamińskiego w Teatrze Kamienica nie pozostawia nas obojętnymi. Każdy schodek okraszony krótką sentencją daje nam nadzieję, wiarę i miłość. Nadzieję, że podołamy, wiarę, że wszystko nam się uda i zapewnienie, że miłość jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba jedynie poczynić pierwszy krok. Świadomy i zdecydowany.


Robert: To przesłanie - Żyj teraz, może gdzieś indziej pobrzmiewać sztucznie, jak recepta od coacha, który weźmie za to grube pieniądze. Odbieramy to jednak inaczej gdy stoją za tym konkretne przykłady, historie które mogą motywować, pokazują nam że warto podjąć jakąś walkę, choćby wygrany był tylko jakiś określony odcinek czasu. To od nas zależy jak go przeżyjemy, wykorzystamy, jak zapamiętamy go my i jak zapamiętają go inni. 
Szukać tego co ważne, tego co naprawdę wartościowe - miłości, więzi, nadziei, przyjaźni, bliskości, szczerości, wsparcia, bycia razem. W czasach gdy w teatrach dominują sztuki lekkie, rozrywka, zafundować coś innego, coś z przesłaniem, wymaga sporo odwagi. Tym bardziej jednak trzeba to docenić. 

wtorek, 27 stycznia 2026

Rodzina do wynajęcia, czyli ważne jest nie tylko zlecenie, ale powód jego powstania

Brendan Fraser po zdobyciu Oscara chyba potrzebował jakiejś odmiany, ale powiem Wam że nie zależnie od krytyków krzywiących się na Rodzinę do wynajęcia, jego wrażliwość wciąż robi robotę i sprawia że ten film porusza. Jego bohater to człowiek, który jest samotny, w obcym kraju, niespełniony aktor pragnący sukcesu. Przybył tu dla roli w ekranie, nauczył się języka, jego życie jednak trudno uznać za spełnione. Obserwuje ludzi, uśmiecha się, może zazdrości, wciąż jednak pozostaje kimś trochę z zewnątrz, kto raczej ani ich nie rozumie, ani nie stanie się jednym z nich. 

 

Punktem przełomowym będzie zatrudnienie w firmie, gdzie będzie jako aktor wynajmowany do odgrywania różnych ról w życiu zwyczajnych ludzi. Dla nas może to być kompletnie niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania, w Japonii jednak postrzeganie społeczne, to co myślą inni, jest na tyle ważne, że czasem uważa się iż warto pokusić się o pewnego rodzaju odegranie przedstawienia, by mieć święty spokój. A może to też element poprawienia własnego samopoczucia, w kraju gdzie problemy psychiczne, szukanie pomocy, jest uznawane za powód do wstydu. Zderzenie mentalności Japończyków, z Amerykaninem, raczej dość twardo stojącym na ziemi, nie bawiącym się w jakieś emocjonalne gierki, tylko walącym prosto z mostu, jest tu okazją do ciekawych konfrontacji, czasem powodem do uśmiechu. 

niedziela, 25 stycznia 2026

Tym. Wolałbym być psem - Ryszard Abraham, czyli nie tylko Ryszard Ochódzki

Urodził się w lipcu. Dokładnie 17 lipca. W Małkini... I choć nie przyjęto go do szkoły aktorskiej, właśnie z tą dziedziną był kojarzony bardziej niż z pisania, którym przecież zajmował się częściej.  

Dla wielu kojarzony głównie z rolą z Rejsu, czy Misia, moje pokolenie jednak odnajdzie w jego biografii dużo więcej elementów, przy których powie, "no tak!" "to też on". Może czasem ze zdziwieniem sobie o tym przypomnimy. 

Ryszard Abraham stara się zebrać różne aktywności Stanisława Tyma, przybliżyć nam go jako człowieka, który miał talent do ironizowania, do pokazywania różnych absurdów, ale przede wszystkim próbuje pokazać jego ogromną wrażliwość. Czasem bowiem bywają satyrycy, komicy, którzy z tego co robią starają się zbić jakąś swoją popularność, zyskać przede wszystkim sławę. Tym był inny - raczej starał się pokazywać jakieś idiotyzmy po to by można było je zmienić, byśmy zaczęli się przeciw nim buntować, choćby obśmiewając. Nie miał w sobie jadu, pretensji do kogokolwiek, nie wyszydzał, dopominał się jednak o szacunek, godność człowieka, którego czasem machiny urzędnicze, systemowe traktowały niczym odpad. Wtedy potrafił kłuć piórem i słowem bardzo celnie. 

sobota, 24 stycznia 2026

Księżycowy pył - Arthur C. Clarke, czyli Ziemio, mamy problem

Arthur C. Clarke kojarzony jest głównie z Odyseją Kosmiczną, z ciekawością więc wypatrzyłem w serii Wehikuł czasu do Wydawnictwa Rebis jakąś inną jego książkę. Mam jednak wrażenie że to co mogło być dobrą rozrywką w latach 60, jeżeli nie ma trochę więcej "mięsa", jakiegoś ciekawego klimatu, dziś już nie będzie sprawiać takiej frajdy. Sposób prowadzenia akcji, dość pobieżnie naszkicowane postacie i czasem kompletnie nieadekwatne do realiów zachowania, mocno wpływa w tym przypadku na ocenę tej powieści. 
 
Potraktowałbym ją po prostu jako kolejną lekturę S-F, w której akcja jest na pierwszym miejscu, bo autor niewiele więcej ma do przekazania, brakuje mu nawet jakichś pomysłów na podkręcenie napięcia, wytworzenie jakiegoś klimatu. Ojej, grozi nam śmierć. O, jednak może jeszcze nie teraz. A jednak mamy tylko dwie godziny a nie dobę by nas uratowano... 

No nie wyszło to za specjalnie autorowi. Może i pomysł miał dobry - jakaś katastrofa i akcja ratunkowa, a sceneria księżyca wprowadza dodatkową magię i sprawia trudność, ale brakuje w tym czegoś co by budziło prawdziwe emocje. Już w Ramie udało się to dużo lepiej, ale tam więcej miejsca było na tło, na tajemnicę. 

piątek, 23 stycznia 2026

Hamnet, czyli miłość w cieniu rozpaczy

Wczoraj nominacje do Oscarów i bez zaskoczeń - Hamnet zarówno w kategorii film, reżyseria jak i za role główne ma mocne szanse na wygraną. Jessie Buckley zagrała naprawdę wybornie, a ja muszę przyznać iż historia może i mało skomplikowana, to jednak porusza serducho. Nie mówcie: to kolejny "Zakochany Szekspir" zanim obejrzycie. To nie tyle opowieść o słynnym dramatopisarzu, o jego losach, tworzeniu, czy nawet o romansie, a raczej próba uchwycenia tego jakim mógł być człowiekiem, co go ukształtowało. Przez chwilę będziecie widzieć jak próbuje tworzyć, w finale ogromną rolę gra jedna z jego sztuk, ale to co tworzy prawie w całości ten obraz to życie codzienne - rozmowy, zmaganie się z problemami, posiłki, zabawy z dziećmi, radości i przeżywane tragedie. Jego i jego ukochanej. 

Dwoje wrażliwych ludzi, gdzie każde ma dobre wyczucie tego co siedzi w tym drugim, nie próbuje go zmieniać na siłę. Agnes od zawsze silnie była związana z naturą, nawet postrzegano ją jako lekką zwariowaną córkę wiedźmy, nie można jednak zarzucić jej tego że była złą gospodynią czy matką. A William? Trochę lekkoduch, marzyciel, męczący się pod okiem surowego ojca w jego biznesie, a dzięki temu że żona go wspierała i w niego wierzyła, uciekł do miasta, by tam spróbować czegoś innego. W tym się odnalazł, nigdy o nich jednak nie zapomniał, wszelkie środki wysyłając do domu, dbając żeby miały wszystko co im potrzebne. Taki mąż i ojciec, który trochę z przymusu, a może i trochę pragnąc wolności, jest z nimi szczęśliwy o ile nie musi być na stałe, bo zaraz by wszystko go drażniło. On jest ponad wieś, obowiązki gospodarza, martwienie się o spiżarnię. 

Żyją jakby obok siebie, różni, a jednak uzupełniając się, kochając tak mocno że czas tego nie zmienia.  


Nie znam jeszcze powieści Maggie O’Farrell, która była podstawą do scenariusza, ale mam wrażenie że to może być przypadek podobny do Snów o pociągach, o których pisałem kilka dni temu, gdzie udało się wydobyć z materiały literackiego dużo więcej nawet niż by wynikało z samej treści książki. 

czwartek, 22 stycznia 2026

Żywy czy martwy, czyli na noże tym razem na polu wiary

Kiedyś przyjąłem sobie taką zasadę, że każda notka musi być recenzją i poza nielicznymi wyjątkami krajoznawczymi (a więc polecajką ale turystyczną) starałem się tego trzymać. Czasem więc muszę gdzieś coś wkleić, dopisać, przenieść, w celach porządkowych więc informuję iż świeży wpis o dramacie psychologicznym Pamięć pojawił się nie jako nowy wpis, tylko gdzieś w archiwalia. Znajdziecie go tu. 

U mnie trochę intensywniejszy czas filmowo, wzruszam się przed dużym ekranem (napiszę o jednym z takich wzruszeń jutro), czasem się nudzę przed małym ekranem (Coben nie zawsze da się przełożyć na dobry serial, ale o tym za tydzień). Ja już myślami przy niedzieli i finale WOŚP (tu macie nasze aukcje), ale zapas tematów mam nie tylko do końca stycznia, ale i na pół kolejnego miesiąca. I kolejne rzeczy w czytaniu... Może i teatr się trafi. 

A dziś trzecie odsłona hitu Netflixa czyli Na noże. Każda stanowi odrębną historię, ale łączy je detektyw, grany przez Daniela Craiga. Poprzednie części raz zachwycały bardziej, raz mniej (znajdziecie linki w obejrzanych na górze), a jak wyszło teraz? 

środa, 21 stycznia 2026

Przerwana gra - Wojciech Nerkowski, czyli zamach podczas Konkursu Chopinowskiego

Książka trafiła na licytacje które wraz z przyjaciółmi co roku przygotowuję na finał WOŚP - w tym roku to aż 130 tytułów i wszystkie z autografami - udało się jednak, podobnie jak kilka innych tytułów jeszcze ją szybko połknąć. 

I powiem tak: doceniam pomysł, bo poza Severskim u nas mało kto sięga po budowanie akcji wokół służb specjalnych, a tu jeszcze dość zaskakujące połączenie takiej sensacyjnej fabuły z muzyką Chopina, która będzie nam towarzyszyć jako tło. Sporo jednak psuje fakt iż bohatera autor tak łatwo wikła w romans z "obiektem", który ma ochraniać. Niezależnie czy jest to tak jak w tym przypadku związek homoseksualny czy byłby to związek heteroseksualny, jest to kompletnie nieprofesjonalne i za coś takiego raczej wylatuje się z pracy. A tu? Proszę - wszyscy przymykają oko, żartują i poklepują po ramieniu. Bohater nawet się specjalnie nie kryje z uczuciami w przestrzeni publicznej. 

wtorek, 20 stycznia 2026

Jay Kelly, czyli staję teraz przed wami...

Miałem co prawda pisać o zupełnie innym tytule, ale ponieważ wtorkowy kącik dla wytrawnych kinomaniaków jest dość pojemny to pomieści również rzecz trochę bardziej komercyjną, którą zwróciła moją uwagę. 

Nazbierało się zresztą sporo produkcji bardziej rozrywkowych, więc notek filmowych może będzie więcej w najbliższym czasie. 

Czemu napisałem że Jay Kelly zwrócił moją uwagę? Bo mimo pewnych klisz i chwytów, które zastosowano, doceniam pomysł i klasę Clooneya by się z nim zmierzyć. Każdy aktor chętnie pewnie by sobie zafundował u szczytu kariery coś takiego gdzie może pokazać się trochę autoironicznie i sentymentalnie. Choć przecież nie gra siebie samego, to zarazem gra, bo tytułowy Jay Kelly żongluje jego wizerunkiem z przeszłości i jego dorobkiem. Amant, aktor kina akcji, przystojniak, który starzeje się z wyjątkową klasą, pokazuje kulisy tego swojego świata. 

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Antidepressants - Suede, czyli bynajmniej nie dołuje

Przez ostanie miesiące w notkach muzycznych niewiele było ostrzejszych dźwięków, to może warto zaproponować coś w takim właśnie klimacie? 

Dziesiąty już album tej kapeli, to już bardziej emeryci niż młoda kapela po której byśmy spodziewali się takiej dawki energii, a tu proszę. 

W duchu takich gigantów jak Cure czy The Smiths Suede też w tekstach dotyka różnych lęków i emocji jakie kotłują się czasem w głowach ich liderów, muzycznie też nawet pewnie można by znaleźć podobieństwa, choć chyba więcej w tym zarówno kopa jak i mroku, może bliżej im do punk rocka?   

niedziela, 18 stycznia 2026

Sny o pociągach - Denis Johnson, czyli książka bardziej surowa niż film

Notka trochę dzielona, bo jestem już również po seansie filmowym i prawdę mówiąc nawet trochę jestem zaskoczony że z tej powieści udało się zrobić taki sentymentalny film. Wydobyto jakąś nostalgię, dodano piękne zdjęcia, więź z naturą i nagle produkcja po której nikt się pewnie nie spodziewał, zachwyca tak wielu ludzi. Ciekawe czy po lekturze mieliby podobnie odczucia. 

Powieść Johnsona ma w sobie przede wszystkim bijącą od pierwszej strony po oczach surowość, taki krwisty realizm, jakby nawet trochę wyprany z emocji. One są, ale są po naszej stronie, bo w samym bohaterze się ich tak bardzo nie czuje. Czyta się to trochę jak niektóre powieści Faulknera - początek XX wieku, świat twardych ludzi, którzy jednocześnie walczą z naturą, by wyrąbać w niej swoje miejsce, a z drugiej wtapiają się w nią, bo lepiej się czują w lesie niż w mieście. 

sobota, 17 stycznia 2026

Jules, czyli siadaj, pooglądamy telewizję

Jeżeli Netflix w opisie zaznacza że film jest nietypowy, to już wiele znaczy. Ale wiecie co? Seans z Julesem jest bardzo sympatyczny. Oczywiście zapomnijcie o tym że to film o przybyszu z obcej planety. Tak naprawdę jego przybycie jest jedynie pretekstem by opowiedzieć o samotności starszych ludzi, o tym jak bardzo potrzebują zainteresowania i uwagi. A jednocześnie ile w nich obaw o to, że stracą swoje dotychczasowe życie. To kurczowe trzymanie się miejsc, przedmiotów, przyzwyczajeń, lęk przed tym co nowe, niepewność, zagubienie – to wszystko przecież tak dobrze znamy. 

Młodzi mają swoje życie, często by chcieli ułożyć też życie rodziców czy dziadków by im było lepiej, tyle że to jest ich punkt widzenia, raczej nie uwzględniający uczuć i tego co siedzi w głowie osób starszych. 

I oto Netlflix wjeżdża z tak kameralną, sentymentalną produkcją, w której główne skrzypce gra trójka staruszków. No i Obcy. 
Rany, to naprawdę jest nietypowe. Ale ma w sobie wiele uroku i ciepła. 

piątek, 16 stycznia 2026

Nie chcę się nudzić, czyli Czarownica piętro niżej i Klątwa dziewiątych urodzin Marcina Szczygielskiego

Mam słabość do dobrych książek dla dzieci i młodzieży. Czasem z zazdrością myślę o tym ile teraz mają możliwości, ale i z sentymentem gdy wspominam sobie ile nasze lektury znaczyły, jak rozbudzały wyobraźnię. Z filmami było skromnie, o komórkach i komputerach to pisano w ramach powieści Sci-Fi, ale książki... W nich zawsze się tyle działo. 

Trochę to właśnie znajduję u Szczygielskiego - nie skrępowaną niczym zabawę, wyobraźnię, rzucenie się w przygodę, ale jednocześnie jest coś mądrego - dojrzewanie, podejmowanie wyborów, więzi, poświęcenie, myślenie o innych. Może stąd mam tyle frajdy z jego książek? Cykl z Mają w roli głównej liczy aż 7 tomów, zacząłem od drugiego (o Tuczarni motyli znajdziecie wpis w spisie przeczytanych na górze bloga), to teraz nadrabiam pierwszy i od razu trzeci. Co ciekawe one świetnie mogą pasować do pogody za oknem - totalnie nieprzewidywalnej, bo w każdym z tomów wszystko zaczyna się od jakiejś klęski żywiołowej, raz jest to śnieg, raz wichury, innym razem deszcz. A wtedy wiadomo - nie ma szkoły, mocno ograniczone są wyjścia z domu i dzieci się nudzą. Niby starsi teraz mają komórki, ale Maja ma 8 lat i jakoś nie czerpie jeszcze z tego tyle frajdy, ona potrzebuje raczej towarzystwa, tego żeby coś się wokół niej działo, a nie gapienia się w ekran. Skoro rodzice są bardzo zajęci, to na horyzoncie pojawia się... babcia. A raczej ciabcia, czyli prababcia cioteczna. Ale to nie taka zwyczajna babcia. 

czwartek, 15 stycznia 2026

Osada - Michał Śmielak, czyli zasypało, zawiało...

W taką pogodę jak przez ostatnie tygodnie, gdy próbujemy obśmiać warunki jakie funduje nam natura, a od czego odzwyczaiła nas przez ostanie lata, wyjątkowo fajnie sięgnąć po lekturę która trochę do takich kataklizmów pogodowych nawiązuje. Na początek kryminał, a jak mrozy i śniegi potrzymają na półkach jeszcze Terror i biografia Amundsena :)

Jako dzieciak przeżyłem zimę 1978/1979 zwaną zimą stulecia i co nieco pamiętam, a w okolicach Warszawy i tak chyba mieliśmy trochę lżej niż wsie i osady w górach. Akcja powieści Michała Śmielaka toczy się właśnie w takich okolicznościach przyrody - wioska odcięta przez opady śniegu na długie tygodnie. I niby wszystko byłoby w porządku, bo ludzie się wspierają, nikomu zginąć z głodu nie dadzą, zapasy jakieś mają, a i do braku prądu są przyzwyczajeni. Gdy jednak wydarzy się coś strasznego, nijak ściągnąć pomoc, trzeba radzić sobie samemu. 

środa, 14 stycznia 2026

Włochy kontra Dania, czyli co wypada lepiej: Sara Kobieta cienia czy Kasztanowy ludzik

Bombardowani jesteśmy każdego dnia nagłówkami i hasłami typu bestseller, hit, numer 1, to oglądają wszyscy Polacy, musisz to obejrzeć, coraz trudniej więc nam oddzielać ziarno od plew, rzeczy wartościowe od czegoś co będzie przebojem kilku dni. 

Szkoda czasu by oglądać wszystko, warto więc szukać na różnych forach polecajek widzów, ale jak cię przypili to lecisz po kolei gatunkowo by potem samemu coś wskazać innym. A więc pierwszy z dwupaków (będą kolejne).

Włoski serial Sara: kobieta cienia to historia o emerytowanej agentce, która postanawia podjąć śledztwo po śmierci swojego syna. Dotąd raczej nie utrzymywała z nim kontaktu, ale jednak jakieś emocje w niej się obudziły, a za nimi wątpliwości czy przypadkiem jego śmierć nie była tak przypadkowa jak jej wmawiają. Wciąga więc z dziwną grę pewnego policjanta, który początkowo utrudnia jej wszystko tak jak tylko potrafi, a także dawny zespół, który ma prześledzić kontakty jej syna, by wskazać ewentualne motywy i sprawców. 

wtorek, 13 stycznia 2026

Father, Mother, Sister, Brother, czyli co właściwie nas łączy

Jim Jarmusch ma swoich wiernych fanów, którzy uwielbiają jego poczucie humoru i jego ironię, z radością przyjmą więc jego  najnowszy film. Natomiast nie wiem czy można go polecić nawet tym, którzy nie zawsze odnajdywali się w jego fabułach. Jest inny, spokojniejszy, ale pewnie dla niektórych będzie zbyt banalny.

Ja bym polecił nie tylko ze względu na świetną obsadę, ale i właśnie na jego dość uniwersalny, spokojny klimat. To nie jest spotkanie w knajpie, taksówce, nie ma żadnych wampirów czy filozowania przy papierosach. Jest jakoś tak bardzo zwyczajnie. A jednocześnie wciąż po mistrzowsku w tych wydawałoby się normalnych spotkaniach rodzinnych, możemy przyglądać się iluzoryczności pewnych więzi, pozorowania uczuć. Jarmusch jak zwykle dużo rozgrywa dialogami ale i niedopowiedzeniami, półsłówkami. 

Trzy nowelki, niepowiązane ze sobą, trzy miejsca akcji: Stany, Irlandia i Francja. Nawet różne środowiska. A mimo to gdzieś podskórnie wyczuwamy to że gdzieś coś je łączy. 

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Chłopaki (nie)płaczą - Muniek Staszczyk w rozmowie z Piotrem Żyłką, czyli kiedy przychodzi dojrzałość?

Muniek, czyli Zygmunt Staszczyk, lider T.Love już parę razy dał się namówić na długie wywiady, które potem zaowocowały książkami. Czym więc ta różni się od poprzednich? Przecież raczej raczej wali bez ogródek, jest szczery i niewiele ukrywa. A może to jednak te ostatnie kilka lat, udar, sześćdziesiąte urodziny, jakoś skłoniły go do głębszych refleksji?  

Jaki by nie był tego powód można cieszyć się z tego że panowie się spotkali i powstało "Chłopaki nie płaczą", bo to okazja by przyjrzeć się twarzy muzyka jakiej w mediach często chyba nie pokazuje. O wiarę jeszcze czasem ktoś zapyta, bo i w tekstach się ona pojawia, ale o zdradę? No to już chyba raczej gruby temat. 

Tym razem Muniek otwiera się mocno i szczerze opowiada o różnych kryzysach - nie tylko używkach, blaskach i cieniach życia rockandrollowca, ale i o tym jak dziś na to patrzy, w którym miejscu się teraz znalazł i jak bardzo się cieszy, że dostał od żony kolejne szanse. To ona jest jakby drugą bohaterką tej książki, zwykle w cieniu, a jak widać potrafi być źródłem sensu i spokoju w całym galimatiasie jaki bohater potrafi narobić wokół siebie. 

niedziela, 11 stycznia 2026

Kucharze dyktatorów - Witold Szabłowski, czyli ułagodzić humory i zachować życie

Drugie już wydanie tej pozycji, zdaje się rozbudowane, a autor reklamuje się wiadomością, że na jej podstawie Amerykanie nakręcą film, którego premiera zdaje się już w tym roku.

Sam pomysł doceniam - wszak dotarcie do ludzi, którzy niepodzielnie rządzą jakimś krajem nie zawsze jest możliwe, ale ludzie z ich otoczenia mogą sporo zdradzić. Czy jednak taką osobą może być kucharz? Tu miałbym wątpliwości, choć jak pokazuje część tych rozmów, to czasem bardzo ciekawe opowieści zza kulis. Sam Szabłowski dorzuca jakieś informacje, pokazuje tło, bo jego rozmówcy nie zawsze jakoś do tego nawiązują. Oni przecież żyli niczym pączki w maśle - byli dobrze wynagradzani, doceniani, a że służyli dyktatorom... Cóż. To nie oznacza że popierali to co oni robili, czasem nawet bali się odmówić, bo groziło by im to śmiercią. Ba, niektórzy boją się do dziś i długo pewnie zajmowało autorowi ich przekonanie do rozmowy, do pokazania twarzy, zdradzenia nazwiska. 

Osiem lat jeżdżenia po świecie, dziesięciu pośrednich bohaterów, choć o ich zwyczajach, zachciankach, o tym jak się zachowywali w mniej oficjalnym otoczeniu, opowiada innych dziesięciu ludzi, zwykle anonimowo stojących w kuchni. 

sobota, 10 stycznia 2026

Kroniki jednorożca. Polowanie - Robert J. Szmidt, czyli a maluczcy nawet nie wiedzą

Roberta J. Szmidta znam już w wersji S-F, znam w wersji horroru, to teraz może pora na mieszankę fantastyki i sensacji? Wiecie: służby specjalne, gra wywiadów, polityka, manipulowanie mediami, ale zamiast osiłków w garniturach czy też agentów w stylu Bonda, są ludzie obdarzeni umiejętnościami paranormalnymi (a może raczej parapsychicznymi). Nierealne? A może po prostu przed nami skrywane, żeby nie budzić sensacji? W końcu jakieś wyjątkowe umiejętności umysłu to wciąż sfera badań i raczej chyba problem w ich kontrolowaniu, czy też wzmacnianiu a nie w tym że one nie istnieją. Temat który jest kopalnią inspiracji - przecież fenomen Stranger Things też na tym bazuje. 

Szmidt tym razem zabawił się takim pomysłem, pokazując próbę zbudowania w polskich służbach specjalnych takiego wydziału. Jego początkiem jest człowiek, który jest telepatą i potrafi świetnie czytać w myślach, ale marzeniem człowieka, który to wszystko wymyślił jest znalezienie kogoś potrafiącego przewidywać przyszłość albo osoby zdolnej do spowodowania samozapłonu. 

Tylko pytanie czy służby innych państw nie wyczują tego, że u nas coś nie powstaje co może im zagrozić. 

Polowanie to tom pierwszy, ale stanowi on niezłą, w pewien sposób domkniętą historię, w której nie brakuje napięcia i dobrych pomysłów.