Jakoś tak łagodniej ostatnio w moich notkach muzycznych chyba (może poza Stonesami), a tu przecież Polandrock, inne koncerty wciąż się wyświetlają w rolkach, trzeba więc może sięgnąć po coś ostrzejszego.
I oto nadchodzi Jack White. Ze swoimi przesterowanymi gitarkami, riffami od których serducho się raduje i w głowie się miesza. Siódmy solowy album artysty, spora dawka ciężkiego, elektrycznego grania. Pal licho że znawcy mówią że poprzedni album lepszy. Może i zaskoczenia nie ma, ale żadnego wstydu też nie ma. Materiał jest dobry, równy, energetyczny i choć jest dość surowo, może zbyt mało tu potencjału przebojowego, to miłośnicy dobrego gitarowego grania nie będą rozczarowani.
Słychać w tym bluesa, ale jest i brud, nerw rodem z punk rocka czy garażowego grania grungowego. Oldschoolowe klawisze Hammonda i pomysły rodem z hard rocka z lat 70, White potrafi połączyć ze świeżym spojrzeniem i energią jakiej mogą zazdrościć różne kapele promujące się dziś na buntowników.
Jedyny problem chyba w takich przypadkach, gdy to riffy wysuwają się na plan pierwszy, że w którymś momencie ilość ozdobników, pomysłów może aż zmęczyć. To nie jest model - solóweczka gdzieś pod koniec numeru, tu iskrzy od początku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz