Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
Strony
▼
niedziela, 5 lipca 2026
Café Slavia - Ota Filip, czyli przejdźmy się kawałeczek i coś panu opowiem
Niby powieść napisana po niemiecku, bo z racji różnych problemów autor musiał wyjechać, akcja dzieje się w Pradze i jest tak przesiąknięta duchem czeskości, że trudno mi traktować ją inaczej niż "literatura czeska".
Bohaterem książki jest austriacki hrabia - Nikolaus Belecredos, który opowiada swoje losy z lat 1910-1968, koncentrujące się wokół tytułowej kawiarni. Od wizyty Lenina w Pradze w 1912 roku, po wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego w 1968 roku. Bynajmniej nie jest to jednak powieść historyczna, oryginalni bohaterowie różnych wydarzeń pojawiają się tu często jedynie jako tło, w zaskakujących konfiguracjach i scenach. Kotłują się razem rewolucjoniści, anarchiści, artyści i wojskowi, bogacze i ci którzy stracili już majątki i zostały im jedynie dawne tytuły i wspomnienia. Choć czasy takie, że wszystko szybko się rozpada i trudno mówić o trwałości tego co zbudowały poprzednie pokolenia, to opowieść o ludziach którzy jakoś dziwnie potrafią się w tym odnaleźć i mimo wszystko uniknąć największych problemów. Hrabia Belecredos może wydawać się utracjuszem, któremu na niczym nie zależy, a za szczyt "odpowiedzialności" z jego strony chyba należałoby uznać to, że liczne swoje potomstwo będące owocem różnych przygód miłosnych, stara się zabezpieczyć podrzucając do opieki obcym, którzy na pewno będą lepszymi rodzicami niż on.
Cała ta książka mocno przypomina jakieś szalone przygody Barona Munchausena, w których już nie wiadomo co jest fantazją, a co prawdą. Przeskakujemy z jednego wątku na drugi, zmieniając się przebrania i maski zakładane przez bohatera, ucieka, ukrywa się, kombinuje, a punktem stałym, niczym port w którym można się schronić pozostaje Café Slavia i pracujący tam kelner. To jak powieść szkatułkowa, gdzie od razu z jednego wątku przeskakujemy do kolejnego, trudno wszystkich spamiętać, a może nawet nie trzeba. W tle mamy zmieniający się klimat miasta, ludzi którzy byli na szczycie i stać ich było na wszystko a potem nagle tracili nawet dach nad głową i uznawani byli za wrogów ludu.
Jest zabawnie i dość przerażająco jednocześnie. Mimo pewnej beztroski bohatera trudno bowiem nie wczuwać się w położenie ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywiści. To spojrzenie na na kraj i na miasto trochę z nostalgią i z ironią, co wyczuwamy w tych przemyśleniach na temat tego, że gdyby Czesi mogli sobie żyć bez wtrącania się obcych, byłoby naprawdę bajkowo, bo sami niewiele mają w sobie tego pierwiastka destrukcji i nawet dokonując rewolucji, pewnie wcale by nie byli skłonni nic niszczyć czy mordować...
Ciekawe, choć warto uprzedzić że raczej dla tych, którzy nie boją się odrobiny absurdu i nie oczekują linearnej i poukładanej fabuły.
Jest zabawnie i dość przerażająco jednocześnie. Mimo pewnej beztroski bohatera trudno bowiem nie wczuwać się w położenie ludzi, którzy nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywiści. To spojrzenie na na kraj i na miasto trochę z nostalgią i z ironią, co wyczuwamy w tych przemyśleniach na temat tego, że gdyby Czesi mogli sobie żyć bez wtrącania się obcych, byłoby naprawdę bajkowo, bo sami niewiele mają w sobie tego pierwiastka destrukcji i nawet dokonując rewolucji, pewnie wcale by nie byli skłonni nic niszczyć czy mordować...
Ciekawe, choć warto uprzedzić że raczej dla tych, którzy nie boją się odrobiny absurdu i nie oczekują linearnej i poukładanej fabuły.