Strony

niedziela, 5 kwietnia 2026

Lato marnotrawnych - Barbara Kingsolver, czyli ciekawe ale raczej nie porywa

Drugie spotkanie z Barbarą Kingsolver, ciekawe, choć jednak ciut słabsze niż "Demon". Może dlatego że po lekturze powieści Powersa już trudno mnie zaskoczyć wątkami miłości do przyrody, tego jak natura może wpływać na nasz los. W Lecie marnotrawnych również wybrzmiewają te nuty które można by nazwać świadomością ekologiczną, budzącą się fascynacją z prostego życia na farmie. A jeżeli tym mnie specjalnie autorka nie zaskoczyła i Powersa nie przebiła mocnymi historiami, to zostaje z tego jedynie otoczka obyczajowa, samotność, tęsknota za kimś kogo się straciło. Jedni radzą sobie z tym lepiej, inni słabiej. I oto Kingsolver zbiera kilka takich historii, przeplata je ze sobą, tworząc dość ciekawą całość.  

Ciekawą, ale nie porywającą. Mimo nastroju, refleksyjności, pięknych opisów przyrody rejonu Apallachów, czegoś może jednak Wam w tym brakować. A przynajmniej mi brakowało. 

 

Deanna, to strażniczka lasu, kobieta silna, niezależna, skupiona na pracy i szczęśliwa z powodu mieszkania w chacie położonej wysoko w górach, z daleka od innych ludzi. A gdy zdarzy się miłość? Sama do końca nie będzie wiedziała co z tym zrobić.
Luisa, to żona farmera, która mimo studiów i zacięcia badacza entomologa, zdecydowała się na proste życie jako rolniczki przy boku męża. Gdy go zabraknie zderzy się z dużą niechęcią i uprzedzeniami, bo też nikt dotąd nie traktował jej tu jako "swojej". 
No i Garnett, najstarszy z nich, od lat zajmuje się rosnącymi w okolicy kasztanowcami, typ starego marudy, któremu nic nie pasuje, ale winę widzi zawsze po stronie sąsiada/sąsiadki, a nie po swojej. Czy uda mu się wyjść ze swojej skorupy? 


Trzy historie. Na tle natury, fascynacji przyrodą (albo jej niewielkim fragmentem), trzy osoby przeżywają rozterki, dramaty, radości i dylematy. To walka pomiędzy tym kim są, co robią w tym momencie i czymś co dopiero przed nimi, ale jeszcze pozostaje wciąż za osłoną lęków, przyzwyczajeń, dawnych marzeń. 
Dokonuje się w nich jakaś przemiana, fragmenty są naprawdę niezłe i emocjonalne (podobały mi się relacje Luisy z dziećmi jednej ze szwagierek). 

Czyta się to całkiem fajnie, powtórzę jednak: to przede wszystkim historie obyczajowe (a może nawet obyczajowe z odrobiną erotyki), cała ta ekologia tu jest dołożona jakby na siłę a informacje na temat zwierząt i roślin mam wrażenie że nawet nie zawsze dobrze sprawdzone. Polecam więc ponownie uwadze Powersa choćby Listowieść i zobaczycie czym różni się dobra literatura która porusza, od tej którą po prostu się czyta i szybko o niej zapomina. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz