Strony

piątek, 27 marca 2015

Dwa wieczory z Rosją, czyli raz się wybawisz, raz wynudzisz


Notka podwójna, wybaczcie, ale jak się doliczyłem dziś 100 szkiców, o rzeczach o których chciałbym napisać, to się złapałem za głowę. Będzie więc więcej dwu, albo i trzy paków :) 
Jutro książka, a potem może filmowo...
A dziś teatralnie i dokumentalnie. Obie rzeczy z tego tygodnia i obie o Rosji.


Najpierw teatr Buffo i wieczór rosyjskie, czyli taki ich "the best of" - zbiór różnych piosenek i muzycznych podróży za naszą wschodnią granicę. Trochę bez ładu i składu, ale o dziwo bawi. I to nie tylko ze względu na dobre, dowcipne prowadzenie Janusza Józefowicza, ale przede wszystkim ze względu na profesjonalizm wykonawców i naprawdę (niektóre) ciekawe pomysły na aranżacje. Była i Ałła Pugaczowa i duet Tatu, piosenka z rosyjskiej wersji spektaklu Romeo i Julia i Biełyje rozy... Szaleństwo taki zestaw.

Jestem zwierzęciem raczej mało "ludycznym", więc ciężko wzbudzić mój entuzjazm, ale tu nawet bez oporów poderwałem się z fotela by tańczyć do "Rasputina" Boney M. Nawet szampan nie był mi potrzebny (a dają na tym przedstawieniu za darmo). Od rzeczy bardziej nostalgicznych i świetnych głosów wokalistek, przez duet fortepianowy (jak zwykle świetny Janusz Stokłosa i Max Bielecki), ciepło przyjętego białoruskiego barda z gitarą (Żmicier Wajciuszkiewicz), aż po brawurowe i z przytupem (dosłownie) wykonania kawałków bardziej przebojowych. Świetni tancerze (również goście z Rosji) i świetne głosy! Tu więcej fotek






























Ermitaż odkryty. 250 lat gromadzenia zbiorów.
Skoro już wiecie, że jeden wieczór był udany, to domyślacie się, że drugi dużo mniej.
Jak dotąd pokazy specjalne w Multikinie mnie nie rozczarowywały, ale tym razem jednak muszę powiedzieć, że mimo hucznych zapowiedzi film "Ermitaż odkryty. 250 lat gromadzenia zbiorów" nic specjalnie przed widzami nowego nie odkrywa. No chyba, że przed widzem na zachodzie, który niewiele wie o samym muzeum i o Rosji.
Ponad 3 miliony dzieł sztuki - od Rembrandta, Michała Anioła, Matisse'a aż po sztukę nowoczesną. To musi robić wrażenie. No i te wnętrza. W końcu była to siedziba carów. Nie wiem czego spodziewałem się po filmie, który trwa niecałe dwie godziny, pewnie moje oczekiwania były po prostu zbyt duże. Jednak bilety po 35 złotych za oglądanie wywiadów z różnymi pracownikami muzeum opowiadającymi o jego historii, choćby nie wiem jak ciekawych, to przesada.
Jak dla mnie za mało samych dzieł sztuki, ich historii (a nie samego budynku), klimatu tego miejsca. Dokumenty podobne do tego pewnie spokojnie można upolować w telewizji, albo nawet w sieci. Może i mniej profesjonalne, ale chyba ciekawsze. Dlatego oprócz zwiastuna produkcji jaką pokazało Multikino, poniżej zamieszczam dwie inne ciekawostki z sieci.

Marzenie - odwiedzić Ermitaż i to nie na kilka godzin, a na dłużej - zapisane.
Więcej informacji: www.hermitagerevealed.com

3 komentarze:

  1. Ermitaż jest i na mojej liście. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cudowne miejsce, choć jak zobaczyłem, mocno przetrzebione - większość mebli i wyposażenia wywieźli do jakiegoś nowoczesnego budynku na peryferiach i tam można to chyba oglądać za szkłem w nowoczesnym magazynie, a bardzo duża część kolekcji też spoczywa w szufladach i szafach, nikomu tego nie pokazują. Dziwne to trochę

      Usuń
  2. Bardzo trafnie uchwycone to „raz się wybawisz, raz wynudzisz” – i mam wrażenie, że to w ogóle dobrze opisuje wiele prób „opakowania” Rosji w kulturze. Z jednej strony żywioł, emocja, energia (jak w tym koncercie – trochę chaosu, ale jednak działa), a z drugiej strony próby uporządkowania i opowiedzenia tego wszystkiego w formie dokumentu, które często wypadają… zbyt sterylnie.

    Bo chyba problem z takimi filmami jak ten o Ermitażu polega na tym, że zamiast pokazać „duszę miejsca”, dostajemy katalog + komentarz. A przecież samo muzeum to coś więcej niż suma eksponatów – to historia, kontekst, napięcia, nawet pewien mit. I jeśli tego nie ma, to rzeczywiście zostaje poczucie lekkiego niedosytu, zwłaszcza przy takiej cenie biletu (tu pełna zgoda).

    Z drugiej strony – ten pierwszy wieczór brzmi jak coś, co działa właśnie dlatego, że nie próbuje być „definitywne”. Trochę składanka, trochę pastisz, trochę sentyment – ale może właśnie to jest bliższe temu, jak większość z nas odbiera rosyjską kulturę: fragmentarycznie, przez skojarzenia i emocje, a nie uporządkowaną narrację.

    I chyba dlatego łatwiej się przy tym bawić niż „uczyć” 😉

    OdpowiedzUsuń