wtorek, 31 maja 2016

Służby specjalne. Podwójna przykrywka - Patryk Vega, czyli trzeba mieć charakter

http://woblink.com/e-book,literatura-faktu-otwarte-sluzby-specjalne-podwojna-przykrywka-patryk-vega,25249Po dwóch książkach o pracy policjantów ("Złe psy"Patryk Vega powraca z kolejnym mocnym wywiadem. Reżyser i scenarzysta (m.in. "Pitbull" i "Służby specjalne") na tyle poznał środowisko, że teraz jak sam twierdzi: ma kredyt zaufania - nawet nie szuka kolejnych historii, bo ludzie sami do niego z nimi przychodzą. Może dlatego, że nigdy nie stara się oceniać swoich bohaterów - wysłuchuje ich historii i stara się pokazać emocje jakie nimi rządzą, presję pod jaką działają. To męskie, twarde rozmowy. Szczere i nieraz wstrząsające. 

Nie tylko dlatego, że ujawnia się kulisy funkcjonowania różnych mechanizmów, gierek wewnętrznych, słabego zarządzania, które zniechęcają do pracy i sprawiają, że najlepsi często odchodzą, zamiast rozwijać skrzydła i szkolić innych. Może szokować również ze względu na to, że przyglądamy się ludziom, którzy nie siedzą przecież za biurkiem, grzecznie potakując wszystkim interesantom. 
Przecież praca w policji, czy w wywiadzie to nie tylko różne zadania realizowane jawnie, w mundurze i według regulaminu, ale czasem również wejście np. w środowisko przestępcze, gdzie muszą funkcjonować podobnie jak wszyscy, budując swoją legendę i starając się uniknąć ujawnienia, zanim operacja nie zostanie zakończona. Do takiej roboty nadają się specyficzni ludzie - na pewno nie każdy się w tym sprawdzi. Trzeba mieć charakter, lubić adrenalinę, ale i oprócz różnych umiejętności, które pewnie można wyszkolić, niezbędny jest też chyba obniżony prób lęku. Szybkie decyzje, umiejętność ryzykowania, szarżowania, nawet poza granicami prawa, bywa po prostu niezbędna.

poniedziałek, 30 maja 2016

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo - Radosław Lewandowski, czyli łupy i sława, reszta mało istotna

Rekomendacje innych znanych pisarzy: Ziemiańskiego i Grzędowicza chyba nie są jedynie koleżeńską przysługą. Rzeczywiście Radosław Lewandowski nie tylko potrafi z pasją pisać o realiach w jakich żyli Wikingowie, ich mentalności, ale i wrzucił swoich bohaterów w wir wydarzeń, tak aby czytelnik nawet na chwilę się nie nudził. Mamy więc i ciekawy klimat i niezły rozmach akcji (nawet terytorialny).

Ale od początku. Jeżeli oglądaliście serial "Wikingowie", to pewnie nie będziecie zaskoczeni tym iż groźni wojowie z północy mogą stać się nie tylko tematem skandynawskich podań, animacji dla dzieci (Jak wytresować smoka), ale i świetnej sagi przygodowo-historycznej. Takiej dla dorosłych, gdzie krew i wino leją się równie często, a honor, łupy i sława, są silniejsze niż obawa przed utratą życia. Ci bohaterowie sami się aż proszą o takie męskie opowieści. Jest zapotrzebowanie i ktoś na to odpowiada. Pisząc o tym, co dla niego samego stanowi od dawna pasję. Wikingowie. Wilcze dziedzictwo to początek trylogii jaką zaplanował autor.

Radosław Lewandowski od razu zaplanował sobie w głowie tę historię jako cykl i w dodatku nie z jednym bohaterem, ale z różnymi postaciami i historiami, które w którymś momencie rozdzielają się, kończą – kto wie, może dojdzie do ich połączenia w kolejnych powieściach. Jeżeli więc zetknęliście się z określeniem „Wilczego dziedzictwa”, które jest pierwszą częścią trylogii, jako polskiej „Gry o tron”, to chyba głównie dlatego – autor nie boi się porzucić w połowie książki jakiejś postaci, którą trochę poznaliśmy, by postawić przed naszymi oczyma kogoś nowego i rozpocząć zupełnie nowy wątek.

niedziela, 29 maja 2016

Kto się boi Virginii Woolf, czyli cztery serca, jedna pustka

Po raz kolejny Włodek wyprzedził mnie z recenzją, a że pisze tak szczegółowo, że nigdy mu nie dorównam, umówmy się, że na razie poczytajcie jego tekst z bloga Chochlik Kulturalny, a ja dopisuję pod nim kilka zdań. Maj okazał się wyjątkowo trudnym czasem na pisanie czegokolwiek i mimo, że tym razem jeszcze uda się domknąć miesiąc (wszystko na to wskazuje) zgodnie z planem: jedna notka na dzień, to już boję się o czerwiec. W końcu dwa wyjazdy na konferencję też nie bardzo dają możliwość na blogowanie.

Kiedy Edward Albee w 1962 r. napisał „Kto się boi Virginii Woolf”, nie wiedział jeszcze, że stworzył arcydzieło. Sztuka została od tamtego czasu wystawiona setki, jeśli nie tysiące razy na całym świecie. Jej uniwersalny przekaz zmusza widzów do dokonania rozrachunku z własnymi demonami. Genialna ekranizacja z 1966 r. z Elizabeth Taylor, Richardem Burtonem, Sandy Dennis i Georgem Segalem (Taylor i Dennis zdobyły za ten film statuetki Oscara), sprawiła zaś, że na dziesięciolecia przyjęto, że tak to ma wszystko wyglądać, jak w kinie. A jednak teatr rządzi się innymi prawami, tekst jest genialny i pozwala na scenie pokazać wszystko to, co w kinie, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu, można było zasugerować jedynie między wierszami…
            W Teatrze Polonia reżyserii sztuki podjął się Jacek Poniedziałek, który, wbrew temu, co piszą niektórzy, wiedział doskonale, jak powinien tę walkę dwóch małżeństw rozegrać. Wiedział, ponieważ sam przetłumaczył na nowo dramat, nie ingerując zbyt mocno w treść, a dodając odrobinę mocniejszego języka (czasy się zmieniają, język ewoluuje, trudno byłoby dziś uwierzyć w dramat kobiety, która zwijając się w paroksyzmach emocjonalnego bólu  nazywa mężczyznę, od którego jest uzależniona jedynie „frajerem”).

sobota, 28 maja 2016

Ze wszystkich sił, czyli prawdziwy mężczyzna też czasem płacze

Ostatnimi czasy wzruszam się przy różnych rzeczach coraz częściej. I w takich sytuacjach od razu muszę na początku powiedzieć wszystkim tym, którzy nigdy nie uronią nawet łezki przy żadnym filmie, że moja recenzja w takim razie nie będzie dla nich obiektywna. Bo dla mnie jeżeli wzrusza, budzi emocje, to choćby nawet kiczowate, schematyczne, ale stawiam na filmwebie dużo wyższe noty, niż tam gdzie oglądałem coś na chłodno.
Facetowi też może się łezka w oku zakręcić, prawda?
A ja mam wyjątkową słabość do wszystkich filmów gdzie jest wątek z niepełnosprawnymi, kwestie wychowawcze, opiekuńcze. To nie tylko ze względu na ukończony kierunek studiów - tak już mam i tyle. 
Parę słów o fabule. Zaznaczam iż jest biograficzny, choć to jedynie luźna inspiracja prawdziwą historią, zdaje się, że z lata 80 ze Stanów. 
Julien jest chory na porażenie mózgowe, ma dobrą opiekę, fajną szkołę, ale wciąż mu czegoś brakuje. Choćby bliskości z ojcem, który chyba nigdy nie pogodził się do końca z niepełnosprawnością syna i uciekł w pracę - na całe miesiące znikał z domu na kontrakty, uważając, że taka jest jego rola. Dla matki zawsze będzie ukochanym maleństwem, kurczaczkiem, o którego musi dbać i go chronić, a chłopak mając prawie 18 lat pragnie wyzwań.

piątek, 27 maja 2016

Lamokrady, czyli namawiam Was do wsparcia

Dziś notka trochę wyjątkowa - po pierwsze gościnnie tekst Tomka z zaprzyjaźnionego bloga Board Games Addiction, a po drugie - dołączam się do jego rekomendacji i prośby - sam wsparłem projekt i mam nadzieję, że i Wy pomożecie. Zapowiada się naprawdę fajnie!
Szczegóły tu

Zostań najlepszym Hodowcą!

Tematyka gier planszowych jest tak naprawdę ograniczona jedynie ludzką wyobraźnią. Mieliśmy (mamy) już gry osadzone na Dzikim Zachodzie, w kosmosie, w znanym uniwersum, w Krakowie, czy nawet w Sandomierzu (tak, jest gra bazująca na serialu z Ojcem Mateuszem, znanym z TV, w którą miałem wątpliwą przyjemność zagrać… 😉 ). Jedne gry były bardziej udane, inne mniej. Natomiast nie spotkałem się jeszcze do tej pory z grą, której bohaterami byłyby… lamy! Którym pomagają Dalajlamowie. I którym przeszkadzają kaczki. Co wyszło polskiej grupie MASA Games z takiego połączenia? 
Przekonajmy się! 

czwartek, 26 maja 2016

Matki, czyli miłość jest najważniejsza

Dziś wyjątkowy dzień i trochę w wyjątkowy sposób go zakończyliśmy. Zwykle myślimy w tym dniu o naszych kochanych mamach, o wszystkim co nam dały. Tymczasem najnowsza premiera w Teatrze Żydowskim pokazała nam to święto trochę z innej perspektywy. 
Motywem przewodnim przedstawienia są ludzie, którzy mają aż dwie matki. Jedną - prawdziwą i drugą, która ich wychowała. Dzieci wypuszczane z objęć rodzicielki w świat, z nadzieją, że tak będzie lepiej, że tak się je ochroni. W koszyku niczym Mojżesza. W pudełku po butach. Te starsze pewnie siłą odrywane od rodziców. 
Zaczynające nowe życie, często z nową tożsamością. Kochane. Ale jednak z pewną dziurą w sercu.
Pewnie Włodek na zaprzyjaźnionym blogu Chochlik Teatralny rozłoży ten spektakl na czynniki pierwsze. Ja przyznam się, że nie potrafię. Owszem - jestem świadom pewnych niedoskonałości, ale tym razem chłonąłem wszystko raczej emocjami, a nie intelektem. Bo to nie jest tylko przedstawienie, w którym aktorzy grają jakieś role, które ktoś wymyślił. Oni wszyscy schodzą tu trochę jakby na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się opowieść. I trójka ludzi, którzy ze wzruszeniem opowiada o sobie i o swoich rodzicach. Tych, którzy ich wychowali. I tych, których śladów szukają albo może znaleźli za późno, by z nimi być.  
Elżbiecie Ficowskiej, Joannie Sobolewskiej-Pyz ze stowarzyszenia Dzieci Holocaustu oraz Romualdowi Jakubowi Wekslerowi-Waszkinelowi po prostu dziękuję. Za świadectwo. Wasze i moje łzy. 
Dzięki ich obecności wszystko nabiera zupełnie innego, jeszcze bardziej przejmującego wymiaru. To nie jest już łyżeczka o której ktoś opowiada, włożona do zawiniątka z dzieckiem, z wygrawerowaną na niej datą urodzin. To jest łyżeczka, którą możesz zobaczyć.
Jak bardzo trzeba kochać, by oddać swoje dziecko, ratując je przed zagładą, mając świadomość, że nie wypowie ono być może już nigdy do nas słowa: Mamo. Że wypowie je do kogoś innego. 
PS Rzadko zdarza mi się chwalić wszelkie "udziwnienia" na scenie, ale tym razem brawa za pomysł i za wykonanie dla dziewczyn ze studia aktorskiego netTTheatre. Wasza obecność naprawdę dużo wnosi do tego statycznego rozstawienia, które bez tego byłoby dość nużące. 

środa, 25 maja 2016

Nasza młodsza siostra, czyli trudno o miłość idealną

Co prawda ta notka miała poczekać na drugi film japoński, który mam w planach obejrzeć, ale ponieważ boję się, żeby ten Wam nie zniknął z kin, wolę więc je rozdzielić.
I stwierdzam, że te filmy z kraju kwitnącej wiśni, które jakoś udaje mi się upolować, po prostu mnie zachwycają. Najpierw była fascynacja Takeshi Kitano, potem był świetny "Jak ojciec i syn"...
A teraz kolejny obraz, który jest mało skomplikowany, ale jednocześnie budzi masę ciepłych odczuć. Ten sam reżyser, czyli Hirokazu Koreeda powraca do tematu rodzinnych relacji. Tym razem jednak dzieci są już dorosłe, widzimy więc raczej konsekwencje pewnych decyzji, nie obserwujemy ich na bieżąco. Może nie ma więc tak bardzo gorących emocji, są one bardziej skryte, ale to nie znaczy, że ich nie wyczuwamy.

wtorek, 24 maja 2016

Nazywam się czerwień - Orhan Pamuk, czyli cuda na marginesie książki


Płaczę. Czytam Mularczyka i płaczę. Może to i ze zmęczenia, bo oczy wysiadają od ciągłego wpatrywania się w literki. Ale to nie tylko to. Recenzja wkrótce. A przez te łzy dzisiejsza notka króciutka.
Prawdę mówiąc to dobrze, bo o tej książce nie potrafię napisać zbyt wiele. Zauroczyła mnie przede wszystkim klimatem - to jakby połączenie Opowieści z tysiąca i jednej nocy, świata Islamu sprzed ponad 500 lat, ale również pomysłów całkiem współczesnych - tak jak Umberto Eco zafundował nam śledztwo w Imieniu Róży, tak i Pamuk proponuje nam opowieść o zbrodni, zapraszając nas do zabawy w odgadywanie sprawcy.
Ten początek: jestem trupem, nieruchomym ciałem na dnie studni - czyż nie jest zaskakujący?

Czytanie tej książki jest niczym delektowanie się nie kończącym deserem, który na dodatek nie wywołuje przesytu i niestrawności. Zachwycił mnie przede wszystkim pomysł - by każdy rozdział pisany był z punktu widzenia którejś w postaci - och ileż niuansów dzięki temu można odkryć w tej historii. A niektóre z nich to po prostu perełki! No bo jak to jest na przykład być barwą albo psem z opowieści, którą ktoś opowiada w jeden z kawiarni. Możemy zobaczyć jakie emocje i uniesienia targają mężczyzną i kobietą, jak zupełnie inaczej myślą o swoim związku. Czego tu nie ma - strach, żądza, ambicje, zazdrość, chciwość... Nie zawsze każdy się do nich przyzna, ale my przecież składamy sobie tę historię ze wszystkich kawałeczków, dlatego w naszych oczach wszystko jest wyraźniejsze. 
Aż chciało by się, żeby w tej książce znalazły się ilustracje - tak pięknie jej bohaterowie opowiadają o pracy ilustratorów, miniaturzystów. Jakże odmienne to podejście do przedstawiania świata, od tego co jest w naszej, europejskiej kulturze, gdzie dążyliśmy do jak najwierniejszego odwzorowania tego co widzimy. Tu w miniaturach jest ukryta cała opowieść, symbolika, bo przecież religia nie pozwala na tworzenie wizerunków dzieł Najwyższego. Szukając piękna, doskonałości, mistrzowie prowadzą swoje szkoły, uczą innych, ćwiczą, poszukują czegoś nieuchwytnego, opowiadając sobie legendy o ilustratorze, który sam pozbawił się wzroku, dopiero wtedy odnajdując to czego całe życie szukają.

Powieść wymagająca trochę skupienia, ale naprawdę urokliwa.

Jauja, czyli podróż w nieznane

Notką o tym filmie powinienem chyba rozpocząć cykl pod hasłem: nie ogarniam. 
Było już kilka filmów na moim blogu, gdzie szczerze przyznawałem: arthouse czy zachwyty snobów nad "wielkim dziełami", doszukiwanie się znaczeń tam gdzie ich nie ma, to po prostu nie moja bajka. Z ciekawością zerkam co w ramach przeglądu zwycięzców z Cannes pokazuje Ale kino, ale przy niektórych czuję się kompletnie bezradny.
Może dlatego, że jeżeli ktoś rozpoczyna jakąś historię, to oczekuję, że będzie ją kontynuował. Tymczasem w Jauja ewidentnie fabuła w pewnym momencie przestaje być ważna, a my pozostajemy z samymi znakami zapytania. Czasem lubię takie uczucie, ale tym razem miałem ich chyba zbyt wiele.

poniedziałek, 23 maja 2016

Timeline, czyli pokaż tato jaki jesteś mądry

Po targach książki do domu przywieźliśmy również dwie gry - jedna będzie rozpakowana dopiero za jakiś czas, ale drugą rozpakowaliśmy zaraz po wyjściu ze stadionu i graliśmy według uproszczonych zasad czekając na jedzonko. Niby widywałem już tę grę w sklepach, ale dopiero gdy na stolikach rozłożonych na murawie mogłem w nią zagrać, złapałem bakcyla.

A rzecz jest prosta aż do bólu. Karty z rysunkami oraz nazwą jakiegoś wynalazku (w naszym przypadku), a z drugiej strony konkretna data (lub wiek) jego wymyślenia.

Myślicie, że to tylko dla dzieci? Że dla dorosłych za łatwe? Nic bardziej mylnego.
Wcale nie łatwo odpowiedzieć na pytania typu: Co wynaleziono najpierw: żarówkę czy okulary? Korkociąg czy alfabet Morse'a? Gumkę do ścierania czy szczoteczkę do zębów?

Grać można od dwóch do 8 osób i chodzi o dokładanie swoich kart (bez sprawdzania wcześniej daty) w chronologiczny ciąg wydarzeń. Ale przecież można grać też prościej (tak też my zrobiliśmy). Pokazujemy sobie kartę i przeciwnik obstawia rok lub wiek odkrycia. Po czym my sami też możemy zabawić się w obstawienie: wcześniej lub później.

Zobaczcie jaka inspiracja np. dla nauczania historii! Nic tylko tworzyć nowe karty!


Zabawa przednia. A jeżeli karty poznamy już na tyle, by wszystkie zapamiętać? Brawo! Włączamy do zabawy wtedy drugi zestaw, który można spokojnie łączyć. Albo przechodzimy na wersję Cardline, gdzie musimy odgadywać informacje na temat zwierząt: tam aż trzy opcje do odgadywania: długość życia, wagę i wielkość.

Oglądaliśmy też coś bardziej rozbudowanego, czyli I Know, ale tam cena na razie okazała się zaporowa. Kusi, ale tam pytania dużo trudniejsze, choć ciekawszy system punktowania (nie tylko sami zgadujemy, ale obstawiamy czy inni będą umieli odpowiedzieć prawidłowo).

Grę możecie nabyć np. tu - to zaprzyjaźniony sklep w Warszawie z niezłymi cenami (i do negocjacji).

niedziela, 22 maja 2016

Carte blanche, czyli czy to koniec życia?


Wszyscy chyba lubimy dobre historie. Takie, gdzie nawet dramat można przezwyciężyć i wlać w serducha odrobinę nadziei, ciepła. Gdy tylko przeczytałem o nauczycieli historii, który blisko rok tracił wzrok, ale ukrywał to, nadal ucząc w szkole, czułem, że to będzie temat na film. No i jest. 
Pal licho opinie krytyków i niedociągnięcia w tym filmie. Tu wartością jest sam bohater i choć scenariusz był jedynie inspirowany jego życiorysem, to mając świadomość tego, chce się bić brawa dla niego. No i Andrzej Chyra. Niby bez wielkich fajerwerków, ale i tak przykuwa uwagę. 
Dramat człowieka, który z dnia na dzień, dowiaduje się, że nie ma dla niego ratunku, że kłopoty ze wzrokiem będą każdego dnia się pogarszać, gdy próbuje to ukrywać, balansując wciąż między rozpaczą i próbami oswojenia nowej rzeczywistości - udało się to naprawdę nieźle oddać.

sobota, 21 maja 2016

Jack Ryan. Teoria chaosu, czyli oddajcie Forda! I Targi książki


Tom Clancy pisze moim zdaniem dużo lepsze rzeczy niż Fleming, a mimo to właśnie Bond zawładnął naszą wyobraźnią, a Jack Ryan jakoś jest wyraźnie w cieniu. Czy to kwestia małej charyzmy aktora? Czy też po prostu tego, że Bond był pierwszy i potem już nic nie było takie same, wszystkie sensacje zlewają się w jedno i niewiele się po kilku miesiącach pamięta. Można nafaszerować film akcją, strzelaninami, walkami, pościgami, dać dobrych aktorów do ról czarnych charakterów, a jak wszystko jest nazbyt serio, to zamiast trzymać w napięciu, twórcy fundują nam odmóżdżający relaks, który jednak nie jest wart wydanych pieniędzy na produkcję.

piątek, 20 maja 2016

Marcel, czyli musieli szybko dorosnąć

Pantomima. Na to słowo ludzie dziwnie reagują, mam wrażenie lokując przedstawienia oparte na tej sztuce, gdzieś na półce dla wyjątkowo wyrafinowanych widzów, estetów, którzy znają się (albo udają, że się znają) na tym co oglądają i potrafią to docenić. Bo przeciętny widz na pewno nic nie pojmie. Coś jak balet, opera, nie? 
Doświadczenie tego co robi Warszawskie Centrum Pantomimy (zwykle na jednej ze scen teatru Dramatycznego) pokazało mi jak bardzo można się mylić w takim przekonaniu.
Gdy słuchałem recenzji Włodka (tu), myślałem sobie: przesadza. Ale naprawdę to niesamowicie działa na emocje. Dużą rolę w tym przedstawieniu na pewno ma muzyka, dobre wykorzystanie scenografii, ale to przede wszystkim aktorzy czarują widzów, opowiadając gestem i wyrazem twarzy historię.

czwartek, 19 maja 2016

Locke, czyli auto, telefon i droga


Zanim kolejna notka o czymś z wydawnictwa Dowody na istnienie, chwilka przerwy - dwa filmy, dwa teatry, komiks, może coś muzycznego, a potem dopiero kolejne dwie pozycje reportażowe. W kolejce na notki czekają też Wikingowie i coś na temat służb specjalnych. Mimo, że w tym miesiącu wyjątkowo dużo się dzieje jeżeli chodzi o pisanie, a czasu mało, to póki co nie rezygnuję z bloga...

Dziś pora na chyba jeden z dziwniejszych filmów, które ostatnimi czasy upolowałem w tv. Tom Hardy jedzie samochodem i gada przez telefon. Tak można by całość streścić. 80 minut. I nic więcej się nie dzieje.
Albo inaczej. Dzieje się, ale my widzimy jedynie to co widzimy.

środa, 18 maja 2016

Kampucza, godzina zero - Zbigniew Domarańczyk, czyli jak to objąć rozumem?


Druga książka, o której wspominałem wczoraj - dosłownie wywraca na drugą stronę. I znowu wznowienie - po wielu, latach. I choć dziś o Pol Pocie wiemy dużo więcej, to chyba nadal niewiele rozumiemy z tego co wydarzyło się w Kampuczy (dziś używamy nazwy Kambodża) w ciągu raptem kilku lat. Bo to się po prostu nie mieści w głowie. Przyszły inne tragedie, świadectwa ofiar, media starają się nadążać za tym co dzieje się na świecie i przybliżać te konflikty... Chłoniemy obrazy, współczujemy, być może dołączamy się do gestów solidarności, czy wsparcia. 
Ale czy trochę nie obojętniejemy? W zalewie tych scen, może myślimy: to gdzieś daleko, nie musimy się tym przejmować, nie musimy się nad tym zastanawiać.
Zbigniew Domarańczyk napisał reportaż, który wybija z takiej obojętności. Próbuje nam przybliżyć ramy historyczne i geopolityczne wydarzeń, ale przede wszystkim pisze o tym co sam zobaczył, co usłyszał od tych, którzy przeżyli. A przecież był na miejscu prawie natychmiast po upadku dyktatury Czerwonych Khmerów. Jego wiza i zgoda na wjazd do kraju nosiła numer 001. Wraz z ekipą filmową byli pierwszymi ludźmi z zewnątrz, którzy mieli szansę dotrzeć w różne miejsca kraju i zobaczyć "owoce" polityki ludzi, którzy nazywali się dobroczyńcami kraju.

wtorek, 17 maja 2016

Nie oświadczam się - Wiesław Łuka, czyli czy dziesięć razy powtórzone kłamstwo stanie się prawdą?

Biorę się za książki wydane przez Dowody na istnienie - póki co udało się zgromadzić na półkach wszystko co wydali, ale niektóre pozycje sporo czasu czekają na swoją kolej. Przyszła chyba pora. 
W tym roku sporo reportaży już przeczytanych, ale większość z nich, to rzeczy lżejsze gatunkowo, bez rozdrapywania ran, bez potrząsania czytelnikiem. A tu? W dwa dni dwie książki i każda z nich po prostu wywraca na drugą stronę. Każda z nich ma już kilkadziesiąt lat, ale po wznowieniu, okazuje się, że wciąż działają na czytelnika tak jak pewnie robiły to za pierwszym razem. Tu nie chodzi jedynie o możliwość przyjrzenia się złu, ale o to, że dostrzegamy warunki w jakich mogło ono powstać, widzimy je w dużo szerszej perspektywie. Choćby w reportażach Wiesława Łuki - równie wstrząsająca jest sama zbrodnia, jak i to jak później próbowano ją zatuszować, jak nawet po wielu latach, sprawa ta budziła wielkie emocje. Gdy pisze się o sprawcy, mogą oczywiście pojawiać się pytania o to jak był wychowywany, próbuje znaleźć się dowody na to, że wcześniej dawał jakieś sygnały swoich zaburzeń czy zamiarów. Ale co w sytuacji, gdy w morderstwo jest zamieszana prawie cała społeczność wsi? Jak potem można z czymś takim żyć?


Dzieci niebios, czyli jak mało potrzeba do szczęścia

Szybka notka, bo po powrocie z Poznania padam na nos. Wybieram film starszy, większości z Was pewnie już znany, ale z przyjemnością do niego wracam. Jest w tej prostej historii tyle piękna, wrażliwości, zatrzymania się na chwilę, by pochylić się nad jakimś drobiazgiem.
Mały chłopak przez przypadek gubi buty siostry, które odbierał od szewca. Wie, że w domu się nie przelewa i nie stać ich na nowe, boi się więc przyznać, ale to nawet nie lęk przed karą, a raczej próba uniknięcia dokładania rodzicom kłopotów, których i tak mają niemało. Namawia więc siostrę, by przez jakiś czas (dopóki czegoś nie wymyśli), wymieniali się jego butami - gdy ona wraca ze szkoły, spotkają się gdzie w połowie drogi i na lekcję pobiegnie on.

niedziela, 15 maja 2016

Szklany tron - Sarah J. Maas, czyli co widać na półkach u córki

W tej chwili to co sprzedaje się na rynku wydawniczym najlepiej to różne sagi fantasy dla młodzieży. Sam niestety za stary jestem, by podniecać się każdą tego typu nowością, zbytnio bije mnie po oczach ich sztampowość. Migają więc tylko kolejne tytuły, a ja "nie jestem w temacie". Ale chyba będzie się to powoli zmieniać. Córka weszła już w taki etap, że wreszcie porzuciła wszystkie dziecinne opowiastki i zainteresowało się czymś ciut dojrzalszym - na początek przetrzebiła moje półki, zabierając z nich m.in. Kinga, Pratchetta i tego typu rzeczy. Kolejnym etapem było żądanie biblioteczki i jej stopniowe wyposażanie nowościami. No i czego ojciec nie zrobi dla swojego dziecka. 
Podpatruję co ona tam czyta, podpytuję, nawet sama zaczęła prowadzić jakieś zapiski na blogu. I wreszcie od czasu do czasu sięgam po to, co szczególnie poleca uwadze. Z ostatnio czytanych chyba właśnie Szklany tron i inna seria rozpoczynająca się od Czerwonej Królowej wzbudziły jej najwięcej zachwytów.
Zabieram się więc i ja.

Jarocin. Po co wolność, czyli ile zostało z buntu

Jeszcze w uszach mi szumi po wczorajszym koncercie. Dzieci pojechały same i dostały się w ramach Nocy Muzeów do fabryki Wedla (grunt to samozaparcie), a rodzice w tym czasie robili sobie wspominki. Bo mimo, że nie jeździliśmy do Jarocina w latach 80, to jednak ta muzyka, to miejsce i wszystko co co tam się rodziło, jakoś na nas wpływało. I dziś wciąż słuchamy tych samych zespołów, a na hasło Jarocin, jakoś robi się cieplej na serduchu. Zanim Owsiak rzucił swoje róbta co chceta, to właśnie tamto miasteczko gromadziło ludzi, dla których muzyka i bycie z ludźmi podobnymi do siebie, była najważniejsza. Nie wygłup, nie alkohol, tak jak często to dziś się dzieje w przypadku małolatów jeżdżących na Woodstock. I o tym też trochę było wczoraj.

piątek, 13 maja 2016

Hańba, czyli Malkovich nawet mi tu pasuje

Wydawnictwo ZNAK wydając tę pozycję z okładką filmową, sprawia, że gdzies w wyobraźni ta twarz już tkwi. I nawet mi pasuje on w tej roli. Jest w nim poczucie porażki, ale i jednocześnie wciąż jakieś okruchy sprzeciwu, które popychają go do zaskakujących decyzji. O fabule pisałem już troszkę przy okazji książki, nie ukrywając wtedy, że nie wzbudziła ona we mnie jakiegoś wielkiego zachwytu. Jest w tej historii coś dziwnego co mi przeszkadza - zarówno jeżeli chodzi o tempo wydarzeń, ich następstwa, jak i jakiś fatalizm, bezradność bohaterów (choć wcale nie wydają się osobami słabymi). Film jest bardzo wiernym odtworzeniem tekstu książki, nic więc dziwnego, że moje odczucie wobec niego również nie są zbyt ciepłe.
Może jedynie upał jest jeszcze bardziej wyczuwalny, a samotność i pewien rodzaj marazmu, jeszcze bardziej intensywny.

czwartek, 12 maja 2016

Beirut - No No No, czyli niczym kisiel

Zach Condon pierwsze płyty nagrywał podobno w większości sam i wtedy wydawały mi się one magiczne. Niby proste rytmy, ale całość jaką tworzył z połączenia różnych dźwięków po prostu zachwycała - obojętnie czy były to poszukiwania w kręgach bałkańskich, czy raczej przypominające klimatem kawiarenki nad Sekwaną.
Kolejne płyty były ładne, ale gdzie już mi zniknęło to zaskoczenie, ta magia - były niczym kisiel, który smakuje najlepiej przy pierwszych łyżkach, a potem zastanawiamy się czy to nie przesada jeść taki ulepek. Z tą płytą mam trochę podobnie - jeden utwór, dwa - kręci. Nuci się. Gwiżdże. Ale przy całości jakoś człowiek czuje się znużony. Zwłaszcza, że rozpoznaje podobne sztuczki - plumkanie prostego rytmu na pianinie (np. walczyka), a do tego potem dołożymy rzewne dęciaki, jakieś skrzypki, akordeon albo ukulele. Bez tego całego tła, które tworzy zespół, jego głos - choć nadal czaruje, nie miał by takiego uroku.
Sprawdzajcie sami.

Upolowana, czyli kto mieczem wojuje...

Zdecydowanie za słabo interesujemy się tym co dzieje się w kulturze u naszych sąsiadów, w krajach, które są gdzieś bliżej nas. Rzadko przebijają się do naszych kin i na płyty produkcje z Europy Środkowej, a jeżeli dystrybutor się na to zdecyduje, to też dopiero wtedy, gdy są one zauważone najpierw na festiwalach międzynarodowych. A co z rzeczami bardziej komercyjnymi? Z czego się śmieją albo czym się emocjonują np. Węgrzy? Jak wypada porównanie z naszymi produkcjami?
W przypadku "Upolowanej" - węgierskiego thrillera sensacyjnego, którego akcja dzieje się w dużej mierze na łonie przyrody, w dzikich rejonach Transylwanii, porównania choćby do przelatującego przez nasze ekrany bieszczadzkiego "Na granicy" nasuwają się dość szybko. Bohaterowie postawieni nagle "pod ścianą" okazywali się kompletnie wytrąceni z równowagi - łamali zasady albo musieli poddać się silniejszym od siebie. I wiecie co? Mimo, że polska produkcja miała ciekawe zdjęcia, to naprawdę dużo więcej napięcia i zaskoczenia znajdziecie w filmie węgierskim.

środa, 11 maja 2016

Calineczka dla dorosłych, czyli znacie tę bajkę? To posłuchajcie raz jeszcze


Calineczka - wszyscy znają bajkę, ale mimo tego, że na scenie zobaczymy te same postacie, historia nabiera jakby zupełnie innego kształtu.

Matka, która bardzo pragnie mieć dziecko i wyczarowuje je z ziarenka - tu nie rośnie ono przecież w doniczce (kapitalna scena "rodzenia"). Potem porwanie małej dziewczynki i pożądanie jakie ona budzi u kolejnych postaci, jej przygody, samotność, tęsknota, ale jednocześnie przecież również poznawanie świata, dojrzewanie... I pewnie można by tę wersję "dla dorosłych" pociągnąć w całkiem poważny sposób, ale nie tym razem. O ile bowiem Teatr Papahema z Białegostoku swoimi pantomimicznymi scenami (i kapitalną lalką) opowiada historię w miarę spokojnie, to każde pojawienie się któregoś panów z teatru Montownia na scenie, zamienia wszystko w kabaret. 

wtorek, 10 maja 2016

The crash reel - jazda życia, czyli to nie tylko sport


Niby sezon zimowy już za nami, więc amatorzy deski (lub dwóch) u nas mogą jedynie pomarzyć o szaleńczych jazdach, ale zawsze można pooglądać co wyczyniają inni, prawda? Podziwiać, ale jednocześnie zastanowić się nad tym jakie są granice ryzyka. Dokument o Kevinie Pearc'ie, bardzo młodym amerykańskim snowboardziście, to opowieść o pasji, o tym jak można na niej zarobić ogromne pieniądze, ale też o tym jak można szybko wszystko stracić.

Nigdziebądź - Neil Gaiman, czyli błędny rycerz, drzwi i prawdziwy anioł

Jakże to - kilka lat blogowania i ani wzmianki o Gaimanie, Kingu, czy Pratchettcie? Wcześniej ich przecież czytywałem, a tu taka pustka. Trzeba nadrobić. 
Zacznijmy od Gaimana i powieści, która jest uznawana za jego solowy debiut. I tak naprawdę powstało w głowie autora nie jako powieść, ale jako serial, a potem dopiero przybrało taką, ciut okrojoną formułę.
Aż ciekaw jestem serialu, bo to co wyróżnia tego autora, to fantastyczne czarne poczucie humoru i kreowanie postaci, które w niebanalny sposób łączą potworność ze zwyczajnością. Tak jest też i tu. Choć gdy czytam w recenzjach, że to najlepsza humorystyczna powieść fantastyczna napisana w latach 90, to drapię się po głowie, że kryteria ustawiono dość dziwnie. Przecież to nie Pratchett, by dusić się ze śmiechu, Gaiman może wywołać co najwyżej uśmieszek i to też chyba głównie przy scenach z parą psychopatów, którzy uwielbiają się drażnić ze swoimi ofiarami. Ale jako urban fantasy, przygodówka w fajny sposób łącząca świat realny z tym co podobno jest na wyciągnięcie ręki - sprawdza się nieźle.


niedziela, 8 maja 2016

Polacy kręcą kryminały, czyli Fotograf i Jeziorak

Kryminały uwielbiam, choć ostatnio więcej czytam, niż oglądam. Mam wrażenie, że aby zbudować ciekawy klimat nie wystarczy sama zagadka i stąd ciężko w niecałe dwie godziny poprowadzić historię tak, by wciągnęła widza bez reszty. Dużo łatwiej zrobić to, gdy mamy więcej czasu, gdy napięcie jest stopniowane - przecież Detektyw, The Killing, Top of the Lake, czy Broadchurch, bazują właśnie m.in. na tym. Z tych dwóch ostatnich pełnymi garściami chyba czerpali inspirację twórcy Jezioraka. Bo przecież, choć mówi się w jego przypadku o nawiązaniach do kryminałów skandynawskich, to nie oni pierwsi postawili na pełne mroku, chłodne plenery i obrazki z prowincji (trochę w kontrze do miejskich policyjnych produkcji). Nie od dziś wiadomo, że małe społeczności rządzą się własnymi prawami, że zupełnie inaczej prowadzi się tam śledztwo, że zmowa milczenia i skrywane tajemnice przeszkadzają dużo mocniej. Tu nowe technologie nie zawsze się przydadzą, bo i tak wnioski z nich trzeba potwierdzić "w terenie". 
Ech, rozbił mi się nudny wstęp, a przecież trzeba ciut o filmie. Ale co ja na to poradzę, że przy oglądaniu krajowych produkcji, tak często uruchamiają się skojarzenia z tym co już widziałem gdzie indziej. Choćby policjantka w ciąży - oczywiście Fargo. Moje dywagacje na temat tego czy dłuższa formuła daje większe możliwości też nie są zupełnie od czapy, bo mam wrażenie, że twórcy Jezioraka pokazali iż pomysły i umiejętności mają. Trochę zabrakło im może miejsca, na to, by wszystkie zrealizować. Materiał sprawia wrażenie, że kończy się zbyt szybko, zbyt prosto pewne rzeczy się rozwiązuje. Ale klimat jest. I do cholery, dziesięć razy lepsze to niż choćby serialowa produkcja AXN kręcona nad Bałtykiem. Tu nawet aktorsko jest dużo ciekawiej.


Historia bez cenzury - Wojciech Drewniak, czyli szybkie numerki, polscy piraci i inne ciekawostki

Na początek małe ogłoszenie - do starej notki o książce "Obwód głowy" - reportażach o stosunkach polsko-niemieckich, dopisałem kilka zdań po ponownej lekturze. 

A dziś o czymś bardzo specyficznym. Okazuje się, że do grona osób, które mogą się pochwalić własną publikacja dołączyła kolejna twarz z Youtuba.
Na rynku wydawniczym od dłuższego czasu już obserwowane zjawisko pojawiania się postaci znanych z mediów, coraz bardziej rozciąga się również na media społecznościowe. Nie mam zamiaru z tym dyskutować, choć wciąż nie bardzo potrafię zrozumieć fenomen np. "gwiazd" YT. Jak przełożyć sukces swoich wygłupów i zabawnych filmików, na tekst?
Wojciechowi Drewniakowi (choć on tylko "daje twarz", bo filmy na kanale historia bez cenzury robi zdaje się, że większa ekipa), udało się to całkiem nieźle. Głównie ze względu na to, że pomysł na program zasadza się po prostu na opowiadaniu o różnych postaciach w naszej historii (np. o królach), w sposób żywy, luźny i powiedziałbym nawet dość kontrowersyjny. Bierze się po prostu uwagę to co może wydawać się najbardziej pikantne - krew, seks, kasę, władzę itp. - a to przecież można równie dobrze opowiadać, jak i pisać, prawda?

piątek, 6 maja 2016

Niewinni czarodzieje, czyli w poszukiwaniu straconego czasu (albo miłości)

Ostatnie dni to jakiś jeden wielki maraton i wcale nie widać jego końca - jedno wydarzenie goni kolejne, robota nagle mnoży się w oczach, a terminy wiszą nad głową niczym gilotyna. Nie mam zamiaru porzucać bloga, ale chcąc nie chcąc, nowości książkowe muszą poczekać, a piszę o tym, o czym mi łatwiej - czyli o filmach. I to klasykach. Wkrótce na blogu parę tytułów Polańskiego, a dziś on sam, tyle że w roli aktora.
Śmiesznie popatrzeć na wielkie nazwiska w obsadzie tego filmu Andrzeja Wajdy - Komeda, Cybulski, Skolimowski, Trzaskowski... W roku 1960 każdy z nich dopiero pewnie marzył o karierze - to młode chłopaki, lubiące jazz, wygłupy, dziewczyny. I pewnie trochę dlatego też znaleźli się na planie - znajomy zawołał znajomego i oto w kameralnym obrazie nawet na drugim planie można wypatrzeć kogoś znanego.

Roman Polański, Jan Zylber, Andrzej Trzaskowski, Krzysztof Komeda, Andrzej Nowakowski, Henryk Kurek, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Wojciechowski w filmie Andrzeja Wajdy "Niewinni czarodzieje", 1960, foto: Studio Filmowe Kadr / Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.plCiekaw jestem jak ten film odbierano w latach 60, na ile był obrazem ważnym dla jakiejś części tego pokolenia. Dziś to raczej ciekawostka, pełen nostalgii obraz Warszawy i pokolenia młodych ludzi, którzy czuli się trochę "pomiędzy" starym i nowym. Z jednej strony mieli spore możliwości, w porównaniu z latami 50, większą wolność, ale czuli, że to nie jest do końca jeszcze to czego by chcieli. A może chodzi o to, że sami do końca tego nie wiedzą...

czwartek, 5 maja 2016

Wszystko gra, czyli stracone szanse, wiara w marzenia

Film dopiero chyba jutro wejdzie na nasze ekrany, ale miałem przyjemność obejrzeć go z żoną już w długi weekend, na pokazach przedpremierowych. I wiecie co? Mam strasznie mieszane uczucia. 
Przyzwyczajony do tego iż praktycznie całe filmy można zbudować z piosenek (Across the universe), zachwycając się tym jak za oceanem robi się musicale, jak widowiskowo i zjawiskowo mogą wyglądać sceny taneczne, miałem oczywiście duży apetyt. Widząc zwiastuny i słysząc znane mi kawałki, cieszyłem się, że wreszcie po polsku, że czuć energię. 
No dobra, jak w takim razie oceniam seans?

poniedziałek, 2 maja 2016

Kortez - Minialbum, czyli dla tych co nie wyjechali na majówkę

27710ec702f63378bebb48d4e67e3624Zostawiam na chwilę notki filmowe i książkowe, żeby zarzucić Wam trochę muzyki. Nie jestem na bieżąco z nowościami (niestety), więc Korteza poznałem dość późno. Ale nie chcę pisać o jego debiutanckim albumie, lecz namówić Was na coś nowszego - mini album, na którym chyba trochę więcej jest elektroniki (czyżby zapowiedź delikatnych zmian?), a który mocno mi towarzyszy w ostatnich dniach. Buja i jednocześnie wycisza. Refleksyjnie, lekko, melodyjnie i nawet jeżeli chwilami szybciej, to wciąż jest w tym jakaś wrażliwość, która dobrze na mnie działa. A więc dla wszystkich, którym podobnie jak mi trochę pokrzyżowały się plany na majówkę, nie wyjechali i teraz wkurzają się, że nie wszystko ułożyło się tak jak tego chcieli. Niech Wam poprawi się humor :)
Odpalacie np. Deezer i jazda.
Ale poniżej prawie całość zarzucam również z YT.

niedziela, 1 maja 2016

Za garść dolarów, czyli tak przegrzewała się strzelba. I konkurs.

O pozostałych dwóch filmach tzw. trylogii dolarowej już pisałem, pora więc domknąć historię. Eastwood w chyba najbardziej komiksowym z tych trzech filmów. Dziś ta prosta historia i pewne sceny mogą raczej bawić niż emocjonować, ale to trochę jak z starym Bondem - ogląda się nie dlatego, że to dziś kogokolwiek trzyma w napięciu, ale mamy frajdę z odkrywania jak budowano pewien gatunek, jak bawiono się kinem, schematami lub jak je przełamywano.
Tym razem małe przygraniczne miasteczko jest polem zmagań między dwoma rodzinami (a raczej bandami) - dotąd dzielili się strefami interesów (jedni broń, drudzy alkohol), ale wiadomo gdzie pieniądze, równowagi nie będzie zbyt długo. A mieszkańcy muszą znosić ich rządy, bo kto nie chce się podporządkować, ten ginie. Bezimienny bohater (Clint, bo któż by inny) próbuje tak manewrować, by i u jednych, i drugich uszczknąć troszkę kasy, ale nie tylko o to wzbogacenie mu chodzi. Facet, choć sprawia wrażenie cynika i zimnego drania, serce ma wielkie - szczególnie dla potrzebujących, więc szybko orientujemy się próbuje napuścić jednych na drugich, by wzajemnie się powybijali. I tak chce zasiać sprawiedliwość...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...